Nie ma Go tu! Wstał!

zmartwychwstał-1030x579   Gdy szły, podobno jeszcze było ciemno. Były przerażone. Przecież zabili człowieka, który był im tak drogi, który na każdym kroku pokazywał, jak bardzo je kocha. Zabili Przyjaciela i Mistrza. Z Jego śmiercią skończyło się wszystko, co stanowiło sens istnienia.  Przecież idąc za Nim czuły się dobrze. Łzy spływały po policzkach. Wszędzie czuć było zapach wonności, którymi miały Go namaścić. W głowach tkwiła tylko jedna myśl: kto nam odsunie kamień? Ale kamienia u grobu już nie  było. Leżał obok, tak iż wejście do środka było możliwe. Weszły i przeraziły się. Nie ma Go tu. Zabrali Jego ciało i nie wiadomo, gdzie złożyli. Nawet po śmierci nie okazano Mu szacunku. Na cóż nasze starania, na cóż nasz trud. I wystarczyło jedno słowo. Wystarczyło wypowiedziane imię i wszystko się zmieniało. On jest! On Żyje! On zmartwychwstał! Nie lękajcie się! Idźcie i powiedzcie, że żyję, że to nie koniec.

   Wszyscy doskonale znamy tę historię zaczerpniętą z Ewangelii. Wiemy, że jest ona początkiem czegoś nowego, że jest początkiem rodzącego się Kościoła. Od Zmartwychwstania wszystko się zaczyna. Chciałbym abyśmy dzisiaj nie zatrzymywali się na Zmartwychwstaniu. Chciałbym abyśmy popatrzyli na kobiety idące do grobu oraz na kamień. Spróbujmy w tym wszystkim odnaleźć siebie.

   Czy też w naszym życiu nie ma takich chwil, kiedy wydaje nam się, że wszystko się skończyło? Czy nie przeżywmy momentów, w których zdajemy sobie sprawę, że odeszło od nas coś lub ktoś, co było dla nas ważne, co dawało nam siły, co sprawiało, że się chciało? Czy i wtedy nie jesteśmy, jak te kobiety idące do grobu, które były pogrążone w smutku po śmierci Jezusa? Czy i w nas nie ma wątpliwości o kolejne dni, o to, jak będzie wyglądać przyszłość? Czy i w nas nie rodzą się wątpliwości, czy znajdziemy w sobie tyle sił, aby odsunąć kamień? Kamień zniechęcenia, kamień smutku, kamień nowych możliwości, kamień szans, kamień lepszego jutra? I często, mimo iż nie dostrzegamy tego, ten kamień już jest odsunięty. A w środku czeka na nas zaproszenie do odważnego pójścia dalej, do nie lękania się zmian, do życia takim życiem, do którego wzywa nas Bóg. Do usłyszenia głosu zmartwychwstałego Jezusa, który mówi: nie bój się! Przecież gdyby nie było grobu, gdyby nie było męki i śmierci, nie byłoby też poranka zmartwychwstania. Musiało to wszystko przyjść. I w naszym życiu często dzieją się sytuacje, które są dla nas trudne, które sprawiają, że tracimy sens istnienia. Sytuacje, w których pytamy Boga: dlaczego mi to robisz? Jaki jest cel tych wydarzeń? Wydaje nam się, że wszystko jest przeciwko nam, że nic już nie może dobrego się wydarzyć, że to już koniec. Ale tak nie jest. Bóg zawsze jest ponad to wszystko. Bóg zawsze jest tym, który ma moc odsunięcia kamienia, który powie: zobacz, nie ma go tu. Już nie ma Twojego problemu, pokonałem go. Idź jak te kobiety i głoś światu radość. Idź i głoś, jak bardzo Cię kocham, jak bardzo pragnę Twojego szczęścia. Idź i krzycz: NIE MA GO TU!

   Kobiety w poranek zmartwychwstania przeszły drogę przemiany. Ich smutek, zwątpienie i lęk przerodził się w radość, pokój i nadzieję. Oby i w nas doszło do takiej przemiany. Oby i nasz kamień został odsunięty. Oby i nas dotknęło piękno pustego grobu.

   A tymczasem życzę Czytelnikom, aby tegoroczna Wielkanoc stała się czasem do okrycia sensu naszego życiowego kamienia i próbą jego odsunięcia, aby w pełni zobaczyć i doświadczyć mocy Zmartwychwstałego.

Od Wschodu przybyli…

      Christian Christmas Nativity SceneNa nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda. Gwiazda, która świeciła inaczej niż wszystkie. Była wyjątkowa. W starych zapiskach gromadzonych przez mędrców było napisane, że takie zjawisko ma zapowiadać narodziny nowego króla. Króla, który będzie panem nieba i ziemi.

   Tak więc ze Wschodu, Zachodu, Północy i Południa ruszyli władcy poszczególnych krain, aby za przewodem gwiazdy iść na spotkanie nowonarodzonego. Było ich dziesięciu. Każdy z innego państwa, każdy z innym bagażem doświadczeń, każdy idący z innym pragnieniem- jeden z czystej ciekawości, drugi z chęci zawarcia interesu, kolejny chcący ożenić swoją córkę królem, który się narodził. Szli nie wiedząc gdzie. Prowadziła ich gwiazda. Droga była długa i męcząca. Prowadziła przez niebezpieczne tereny. Podróżnicy musieli uważać na drapieżne zwierzęta i grasujących rabusiów. Po kilkunastu dniach wędrówki trzech z nich postanowiło zrezygnować i zawrócić. Stwierdzili, że skoro do tej pory nie doszli do miejsca, w którym urodził się nowy król, nie warto kontynuować podróży, bo jej koszty będą większe niż spodziewane efekty. Powrócili do swoich państw i już nigdy nie dowidzieli się kim było dziecko, które narodziło się w Betlejem. Jeden z podróżujących podczas drogi przechodził przez inne królestwo. W państwie tym pełno było drzew owocowych, sadzawek i pięknych kobiet. Zmęczony długą wędrówką monarcha zatrzymał się tam na kilka dni. Pobyt jednak przedłużył się na tyle, że po dwóch tygodniach odpoczynku stwierdził, że nie idzie w dalszą drogę. Został w tymże mieście i tam ożenił się z córką sułtana. Kolejnemu pielgrzymującemu podczas drogi zaginął wielbłąd. Niedokładnie przywiązał go wieczorem do drzewa, a gdy rano obudził się już go nie było. Nie wiedząc, jak długa podróż go jeszcze czeka, postanowił zawrócić, gdyż droga do domu była pewniejsza, niż ta w nieznane.

   A gwiazda cały czas świeciła pięknym blaskiem.

   Kolejny z monarchów przez całą drogę narzekał, że jest mu niewygodnie, że noce są zimne, że jedzenie, które podczas podróży spożywa jest niesmaczne, że w jego pałacu na pewno płonie w kominku ogień a w kuchni przygotowywana jest pyszna strawa. Nie chcąc narażać się na dalsze komplikacje powrócił do swojego królestwa. Innego natomiast spotkało straszne nieszczęście. Zapomniał, że jego drogowskazem jest gwiazda i zamiast spoglądać w niebo, on cały czas patrzył w mapy, które to zaprowadziły go do ciemnego lasu, w którym roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Jedno z nich niestety zjadło wędrowca i słuch po nim zaginął.

   Na szczęście pośród wędrowców było też trzech, którzy nie zbaczali z drogi, bo szli za przewodem gwiazdy. Byli oni bardzo zdeterminowani, gdyż chcieli zobaczyć nowonarodzonego króla. Ich przodkowie oczekiwali pojawienia się gwiazdy, a to właśnie im dane było żyć w czasach, kiedy ona się objawiła. Kacper, Melchior i Baltazar- bo tak mieli na imię najwytrwalsi królowie, po wielu dniach wędrówki w końcu doszli do miejsca wskazywanego przez gwiazdę. Dotarli do Betlejem i tam pokłonili się nowonarodzonemu dzieciątku- Jezusowi. Przynieśli ze sobą także wspaniałe dary- mirrę, złoto i kadzidło. Ich trud został wynagrodzony. Dowiedzieli się bowiem, że ten, do którego zmierzali jest Synem Bożym, który ma zbawić świat. Pełni radości serca powrócili do swoich królestw i tam opowiadali o wszystkim, czego byli świadkami.

   A my Drodzy Czytelnicy jesteśmy jak Trzej Królowie, którzy dotarli do betlejemskiej szopki, czy może raczej więcej w nas jest tych, którzy zrezygnowali? Czy wygrywa w nas zniechęcenie? Czy łatwo się poddajemy? Czy wolimy wygodne życie? Czy potrafimy przezwyciężać nasze niepowodzenia? Czy jesteśmy leniwi i wygodni? Czy ciągle narzekamy i nie widzimy sensu dalszego życia? Życzę każdemu z Was, abyście nigdy nie rezygnowali z podążania za gwiazdą, abyście każdego dnia na nowo odrywali piękno życia i piękno miłości- bożej i ludzkiej.

10 wspaniałych dni

5   Tak jak obiecałem, kończąc ostatni z moich artykułów- dzisiaj pragnę podzielić się z moimi Czytelnikami wrażeniami z 81 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Co by nie przedłużać, przejdę od razu do meritum.

   Czym tak naprawdę jest dla mnie pielgrzymka? Czy jest ona tylko 10- dniowym marszem z Poznania do Częstochowy? Gdyby tak było, jej sens byłby całkowicie wypaczony, a osoby w niej uczestniczące mogłyby równie dobrze przemierzyć tę trasę w pojedynkę, idąc w dowolnym czasie, dowolnej porze i zapewne tylko w sprzyjających warunkach atmosferycznych :) . Tym właśnie pielgrzymowanie różni się od zwykłego wędrowania, że zakłada wspólnotę- równość w różności. Mimo iż pochodzimy z różnych domów, mamy różne zwyczaje i nawyki, uczymy się bądź pracujemy w różnych miejscach, to na pielgrzymce musimy o tym wszystkim zapomnieć, musimy to wszystko odłożyć na bok. Bo pielgrzymka to czas, kiedy człowiek tak naprawdę uświadamia sobie, jak wiele w jego życiu jest niedociągnięć, jak wiele złych nawyków posiada, jak wiele różni, go od innych. To wówczas, idąc ramię w ramię obok osoby, której nie znamy (ale na Jasnej Górze już zapewne będziemy przyjaciółmi :) ), możemy wniknąć w głąb samego siebie. Poprzez spoglądanie na bliźnich, na ich roześmiane, zamyślone lub przepełnione cierpieniem twarze, możemy tak naprawdę poznać siebie. Z własnego- siedmioletniego już stażu pielgrzymowania- wiem, że pielgrzymka jest czasem, gdy przemianie ulega nasz charakter. To, co w ciągu roku zdaje nam się być przykrą koniecznością-  chociażby wstawanie skoro świt- wtedy nabiera innego sensu. Bo przecież, kto rano wstaje temu Pan Bóg daje, kto rano wstaje, ten ma dłuższy dzień i kto rano wstaje, ten może z zapałem i radością wyśpiewać Godzinki. To, na co, na co dzień zwykle nie mamy czasu, na pielgrzymce jest na wyciągnięcie ręki- Eucharystia, która jest centrum naszego kroczenia do Matki, Słowo Boże, chwile ciszy, które uświadamiają nam, ile hałasu i zgiełku jest wokół nas oraz, że głos Boga jest słyszalny tylko, gdy to my zamkniemy usta. Pielgrzymka jest także czasem, gdy potrafimy uznać nad sobą władzę innych- czy to księdza przewodnika czy służb porządkowych, jest czasem, gdy wszystko ma swoje miejsce- Msza Święta, posiłki, odpoczynek, modlitwa, rozmowa. W końcu jest czasem, podczas którego można poznać Boga, ale i drugiego człowieka. Czasem, gdzie zawiązują się nowe znajomości (Robert, żeby nie było, że obiecałem, iż o Tobie napiszę, a tego nie zrobiłem :) ), przyjaźnie, a nawet rodzi się miłość :) .

   Powiem Wam- Drodzy Czytelnicy, że w pielgrzymce nie jest najtrudniejsze te 300 kilometrów, które trzeba przejść. Trudnym nie jest także deszcz, który sprawia, że wszystko jest mokre, czy słońce, które opala nas, tak, że potem trudno jest się pokazać na plaży, gdyż wszystko opalone jest tylko do połowy :) . Nie jest trudnym wczesne wstawanie, późne kładzenie się spać, czy krótki sen. Najtrudniejszym po pielgrzymce jest utrzymanie jej ducha przez cały rok. Dlatego też, życzę każdemu pielgrzymowi 81 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę, aby przez kolejne 365 dni, był taki, jak podczas tych 10 wyjątkowych dni. Wówczas świat wokół nas będzie piękniejszy a nasze życie na pewno okaże się łatwiejsze.

Tylko głupcy zostają świętymi

pobrany plik   Każde wypowiadane przez nas słowo niesie za sobą pewną wiązkę uczuć. Jedne z nich mają wydźwięk pozytywny, jak dobro, miłość, pokój, szczęście, czy cnota, inne natomiast zawsze kojarzyć nam się będą z czymś negatywnym: ból, smutek, rozpacz, strach. Jak zwykł mawiać Albus Dumbledore ,,słowa są niewyczerpalnym źródłem magii, mogącym czynić zło, jak i je naprawiać”. Dlatego też, każdy z nas powinien ważyć wypowiadane słowa. I w tym miejscu chciałbym, abyśmy zadali sobie pytanie, jakie emocje niesie za sobą słowa głupek? Zapewne wielu z Was- Drodzy Czytelnicy powie, że jest to wyraz na wskroś negatywny, który wyraża brak wiedzy, brak inteligencji, czy brak samodzielnego myślenia. A ja chciałbym Wam dzisiaj udowodnić, że jest właśnie odwrotnie.

   Robię to dlatego, że już dzisiaj, po raz siódmy stanę na pielgrzymkowym szlaku, który wiedzie przed tron Królowej Polski- na Jasną Górę. Robię to dlatego, że to, co głupie w oczach świata i ludzi, jest przejawem największej mądrości i roztropności w oczach Boga. Robię to dlatego, że głupim jest, aby w dobie szybkiej kolei, samochodów i autobusów, brać na plecy plecak i przez 10 dni iść pieszo ponad 300 kilometrów, aby spojrzeć na obraz. Może głupim wydaje się to w oczach współczesnego człowieka, ogarniętego konsumpcjonizmem, wygodnictwem czy manią zarabiania pieniędzy. Bo dla mnie podjęcie takiego trudu jest czymś zupełnie innym. Jest zadaniem, które wymaga wielkiego samozaparcia, wielkiego pragnienia zmiany własnego życia, wielkiego pragnienia poszukania na nowo sensu własnego życia, wniknięcia we własne ja i zobaczenia, jakie to ono jest piękne. Pielgrzymka jest czasem, podczas którego zbliżając się do Boga, zbliżamy się do drugiego człowieka. Gdzie poprzez odkrywanie największej Miłości potrafimy znaleźć ją w sobie i podzielić się nią z innymi. Gdzie poprzez pot, łzy, bąble czy odparzenia ćwiczymy często swój trudny charakter. Gdzie uczymy się, że można żyć bez telewizora, komputera, komórki, ulubionych seriali czy gier, a dostrzegamy, że kubek wody podany przez współbrata idącego obok, jest heroicznym gestem, który może w diametralny sposób odmienić nasze życie. Pielgrzymka to czas, kiedy ludzie, tak naprawdę stają się ludźmi, kiedy odkrywają, że dobre słowo, braterska pomoc, czy krótka, wspólna modlitwa, może zdziałać więcej niż wszystko inne, co do tej pory uważaliśmy, za niezbędne do realizacji zamierzonego celu- pieniądze czy znajomości. W końcu pielgrzymka to czas przemiany naszych serc, przemiany umysłów i sumień, to czas ładowania duchowych akumulatorów, to czas kiedy nawiązują się nowe, wspaniałe znajomości, czy rodzi się miłość. To czas wyjątkowy.

   Ale tak naprawdę, to trzeba być głupim, aby iść na pielgrzymkę. Trzeba być szaleńcem bożym, aby podjąć trud przejścia 300 kilometrów w deszczu, skwarze słońca, czy innej niesprzyjającej aurze. Trzeba być nienormalnym, aby to wszystko uczynić. Ale jestem z tego dumny, że należę do tego elitarnego grona ludzi głupich. Bo jak już wcześniej wspomniałem- TYLKO GŁUPCY ZOSTAJĄ ŚWIĘTYMI :) .

   P.S. Będę o Was pamiętał w modlitwie- Drodzy Czytelnicy. A po powrocie postaram się napisać obszerną relację z 81 PIESZEJ POZNAŃSKIEJ PIELGRZYMKI NA JASNĄ GÓRĘ :) .

Pola Lednickie- Polami cudownego rozmnożenia chleba

   LednicaBramaRybaZapewne każdy z Was, Drodzy Czytelnicy, a jak nie każdy, to mam nadzieję, że większość, zna ten fragment Pisma Świętego, mówiący o rozmnożeniu chleba przez Pana Jezusa na pustkowiu. Na pewno też większość z Was myśli, że wówczas to Pan Jezus dokonał, tak zwanego ,,czary mary”, aby z  5 chlebów i 2 ryb stworzyć ilość pożywienia, która wykarmiła pond 5000 mężczyzn nie licząc kobiet i dzieci. Bo przecież z ludzkiego punktu widzenia nie jest to możliwe. I ja także, do pewnego momentu tak myślałem. Ale podczas pewnej Mszy Świętej dowiedziałem się, że cudem, który wówczas dokonał Chrystus, był cud przemiany serc. Rozmnożenie chleba polegało na tym, że wszyscy uczestnicy spotkania powyjmowali ze sowich toreb i sakiewek wszystko, co ze sobą zabrali w daleką podróż. Bo przecież logicznym jest, że nikt, kto wybiera się w drogę wychodzi z domu bez prowiantu. Jezus sprawił, że ludzie zaczęli dzielić się tym, co mieli ze sobą, a z tego, co zostało zebrano jeszcze 12 koszy ułomków. Dla Boga bowiem nie ma rzeczy niemożliwych. Zastanawiacie się na pewno, dlaczego przytaczam właśnie ten fragment Ewangelii? Robię to dlatego, aby powiedzieć, że taki sam cud, dzieje się co roku na Polach Lednickich, gdzie zbiera się tłum ludzi młodych, którzy przychodzą posłuchać swojego Mistrza.

   Spotkanie młodych na Polach Lednickich, pod Bramą Rybą, na brzegach jeziora Lednickiego, u źródeł chrześcijańskiej Polski, w sercu jej chrzcielnicy jest  fenomenem na skalę światową. Oto w jednym miejscu, w jednym dniu, spotykają się tysiące osób, młodych osób, tych którzy przeżywają okres buntu, okres dojrzewania, którzy poszukują sensu swojego życia. Właśnie oni przyjeżdżają pod Bramę III Tysiąclecia, aby wybrać Chrystusa, aby obrać Go jako drogowskaz, jako Tego, który będzie z nimi każdego dnia. Ktoś powie, że przecież ta dzisiejsza młodzież to tylko potrafi przeklinać, pić alkohol i robić hałas, że nic z niej nie będzie, że wszystko zaprzepaści i gdy już będzie za późno dopiero zrozumie, że postępowała źle. Ja tym wszystkim osobom mówię, że tak nie jest i zapraszam ich na Lednicę, aby zobaczyli ,,kwiat młodzieży polskiej”, aby zobaczyli ich entuzjazm, ich zaangażowanie, ich zasłuchanie w słowa ojca Jana Góry, biskupów i kapłanów, ich postawę skruszenia podczas spowiedzi, ich gest wyciągniętych rąk proszących o dary Ducha Świętego, ich ręce połączone łańcuchem miłości i w końcu ich autentyczne zaangażowanie w śpiewy i tańce, podczas których tak naprawdę wyrażała się ich wiara w Boga Trójjedynego.

   Największe wrażenie na mnie podczas tegorocznego spotkania zrobił widok młodych ludzi, którzy po tym, jak okazało się, że księżom skończyła się Komunia Święta rozdawana w sektorach, ruszyli niczym ,,pospolite ruszenia” do Kaplicy Adoracji, gdzie miała być ona udzielana. Ten tłum młodych dziewczyn i chłopców, ten kurz przez nich wnoszony, gdy to z radością skakali i podnosili ręce w rytm piosenki o tym, jak bardzo kochają swego Boga. To było coś niesamowitego. Wówczas to naszło mnie przemyślenie, że NORMALNI LUDZIE w takiej kolejce stoją jedynie do kasy w supermarkecie lub gdy w Lidlu jest promocja karpia przez świętami, a NIENORMALNI LUDZIE stoją w kolejce, aby przyjąć do swego serca, to co jest tak proste, kruche i zwykłe, a jednocześnie tak wielkie, piękne i potężne- Chrystusa ukrytego w okruszynie chleba. Aby przyjąć do serca najlepszy towar naszej wiary. Tego tak naprawdę nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć osobiście.

   O Lednickie Pola, dziękuję Wam za to, że co roku stajecie się Polami rozmnożenia Chleba ,że dzięki Wam możliwe jest pokazanie, że Kościół żyje, że są w nim ludzie oddani Bogu, że są księża, którzy są ,,przewodnikami”, poprzez których Bóg zsyła na nas swoje dary, że są młodzi ludzie, którym się chce, którzy w autentyczny sposób są zaangażowani w życie Kościoła, że są świadkami Chrystusa w tym zlaicyzowanym świecie. Można zarzucać Kościołowi, że popełnia błędy, że zdarzają się mu upadki, że nie przystaje do współczesnych realiów. Ale takie właśnie spotkania, jak to nad jeziorem Lednickim pokazuje, że Kościół złożony z ludzi słabych i grzesznych żyje, że mimo trudów i przeciwności wypełnia misję, którą polecił mu wykonywać Chrystus, że jest Kościołem ludzi młodych i pełnych energii, a nie stetryczałych i gnuśnych. Ostatecznie pokazuje, że jest Kościołem, którego nie da się zamknąć w zakrystii czy kruchcie, że jest Kościołem, który może i powinien wychodzić na ulicę, bo ma się czym chwalić. Bo jego największą chwałą jest CHRYSTUS i JEGO OWCZARNIA.

,,Zło dobrem zwyciężaj”

   Niemal codziennie, każdy z nas drodzy Czytelnicy musi podejmować jakieś wybory. Z samej definicji wyboru wiemy, że aby o nim mówić, muszą występować przy najmniej dwa warianty spośród, których wybieramy. I tak, idąc ścieżką w lesie często dochodzimy do jej rozwidlenia i musimy podjąć decyzję odnoszącą się do kierunku naszej dalszej podróży- w lewo czy w prawo. Robiąc zakupy w sklepie zastanawiamy się, czy kupić jabłka z polskich sadów, czy może wybrać te pochodzące z importu. Nasze wybory są różne. Często zdarza się tak, że żałujemy podjętej decyzji, że uważamy, iż przyniosła ona nam więcej szkód niż korzyści. Ale musimy pamiętać, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że z każdej źle obranej ścieżki można zawrócić, że zawsze istnieje powrotna droga. Doskonale o tym  wiedział bohater mojego kolejnego artykułu- błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko.

   Dlaczego postanowiłem napisać właśnie o tym nietuzinkowym kapłanie? Skłoniło mnie do tego kilka powodów. Pierwszym z nich było powtórne obejrzenie przejmującego filmu Rafała Wieczyńskiego pod tytułem ,,Popiełuszko. Wolność jest w nas”, kolejnym był fakt lepszego poznania osoby i historii tego niezwykłego człowieka, a trzecim i chyba najważniejszym, fakt, że błogosławiony ksiądz Jerzy wraz z świętym Pawłem od Krzyża patronują mojej osobie. W dniu ich wspomnienia liturgicznego, czyli 19 października, obchodzę bowiem imieniny. Jakże wielkie to szczęście mieć tak mocnych orędowników w niebie.

   Ksiądz Jerzy powinien być przykładem dla wszystkich, którzy uważają, że są sytuacje, w których trzeba ulegać silniejszym, w których trzeba popierać to, co w naszym mniemaniu jest niegodne z naszymi przekonaniami (inni nazwą to sumieniem). Powinien być wzorem dla tych,  którzy szukają łatwych kompromisów, które tylko lakonicznie łagodzą powstałe spory. W końcu powinien być autorytetem dla tych, którzy zbyt szybko się poddają, którzy odrzucają miecz od razu po pierwszym uderzeniu przeciwnika, którzy godzą się na zwycięstwo nie zawsze silniejszego przeciwnika. Jego życie i postawa jest wyrazem tego wszystkiego. Mimo tego, iż jak podają źródła w szkole uczył się dość ,,przeciętnie”, to spełnił swoje największe marzenie i idąc za głosem powołania wstąpił, a następnie ukończył  Wyższe Metropolitarne Seminarium Duchowne w Warszawie. Następnie będąc już kapłanem został kapelanem warszawskiej Solidarności i mimo, iż groziły mu represje ze strony władzy ludowej, odprawił dla strajkujących pracowników Huty Warszawa Eucharystię. Następnie zapoczątkował Msze  Święte za Ojczyznę. Mimo, iż nie było to w smak ówcześnie rządzących, przyciągały one rzesze wiernych. Ksiądz Jerzy porywał tłumy swoimi kazaniami, w których wykorzystując nauczanie świętego Jana Pawła II i kardynała Wyszyńskiego, upominał się o poszanowanie godności osoby ludzkiej, o wolność i sprawiedliwość społeczną. Jak sam powtarzał ,,walczył ze złem, a nie z jego ofiarami”. Rozumiał, że ludzie, którzy pracowali dla Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej czy Służb Bezpieczeństwa są jego braćmi i siostrami, i mimo iż popełniają błędy, należy im się miłosierdzie. Był na tyle świętym człowiekiem, że zanosił swoim prześladowcom- tym, którzy śledzili go na każdym kroku- termos z gorącą herbatą, gdy oni przez całą noc siedzieli pod plebanią, w której mieszkał. Bo świętość to nie heroizm, ale życie zgodnie z sumieniem. To wszystko, co czynił błogosławiony ksiądz Jerzy doprowadziło go do męczeńskiej śmierci. Śmierci, która była wyrazem słabości władzy i bezsensowności prowadzonej przez nią propagandy, a stała się symbolem siły Kościoła i ludzi, którzy byli wierni słowom księdza Jerzego.

   Czego dzisiaj, 30 lat po swojej męczeńskiej śmierci uczy nas kapelan warszawskiej Solidarności? Myślę, że ksiądz Jerzy, tak jak już wcześniej wspomniałem, powinien być dla nas wzorem determinacji i bezkompromisowości. Współczesnemu człowiekowi, brakuje bowiem własnego zdania i często idzie za głosem tłumu, nie wiedząc samemu, kim jest i w co wierzy. Powinien być dla nas przykładem walki, która mimo, iż wydaje się przegrana, to po latach przynosi owoce. Walki, która uświadamia człowiekowi, że wielokrotnie chodzenie pod prąd jest czymś trudnym, ale skutecznym, szczególnie wówczas gdy wiemy, że wszyscy dookoła nas się mylą. Powinien być autorytetem dla tych, którzy sądzą, że tylko pieniądze, sława, popularność i rozgłos się liczą. To on właśnie mówi, że wystarczy niewiele, aby osiągnąć wszystko. Bo przecież dla człowieka, najważniejszy powinien być drugi człowiek. W końcu pokazuje nam, że zło nigdy nie ma ostatniego słowa, że mimo iż nasze ciało może zostać zniszczone, my zabici, to  wszystko, kim byliśmy i co robiliśmy zostaje i wydaje owoce. Pokazuje, że każdy z nas może zostać świętym.

Uwierz w Ducha- czyli wiara to szaleństwo

Duch Święty_0   W roku 1990, dokładnie 24 lata temu, czyli tyle lat, ile ma twórca tego wpisu :) , powstał film pod tytułem ,,Uwierz w ducha”. Główną rolę grał w nim, znany ze słynnego ,,Dirty Dancingu”- Patrick Swayze. Ale nie o nim chcę pisać. Mój dzisiejszy wpis będzie trochę inny od pozostałych, gdyż temat ten jeszcze nigdy nie został przeze mnie na blogu poruszony. A mianowicie, chciałbym trochę napisać o tym, w co wierzę. Temat trudny, ale warty podjęcia.

  Każdy z nas w coś wierzy. Są to bardziej lub mniej realne rzeczy, które powodują, że życie człowieka nabiera głębszego sensu. Jedni wierzą w to, że we wszechświecie żyją inne stworzenia, inni, że na świecie kiedyś nastanie wieczny pokój, a pozostali twierdzą, że istnieje jakaś wyższa siła, która kieruje wszystkim, co dzieje się w naszym życiu. I chyba tych ostatnich jest najwięcej. Mimo, iż różnie nazywają swoje bóstwo, to utrzymują, że jest ono początkiem i końcem wszystkiego. I tak też jest z nami chrześcijanami. Mamy swojego Boga- Jezusa. Wierzymy w Niego, modlimy się, zwracamy się z prośbami, dziękczynieniami, bo jesteśmy przekonani, że On nas wysłucha. Ale czy na pewno? Czy jesteśmy zawsze w pełni świadomi, tego w co wierzymy?

   Jeśli ktoś nie zna naszej religii, pomyśli sobie, że ci ludzie muszą być naprawdę szaleni, skoro utrzymują, że w kawałku chleba i kilku kroplach wina skrywa się ich Bóg. Pan i Władca tego świata, od którego wszystko pochodzi. Jego zdziwienie nie będzie jednak niczym dziwnym, bo trzeba naprawdę być szalonym, żeby w to wierzyć. Ale to szaleństwo, nie ma oczywiście podłoża psychicznego. Jest to szaleństwo w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bo jak nazwać osobę, która pozostawi oglądanie telewizji, czytanie gazety, spotkanie ze znajomymi i pójdzie spotkać się z tym kawałkiem Chleba, która spożyje Go, wierząc, że mam moc ją zmienić, uzdrowić. Tylko osoba szalona. Szalona, czyli szczęśliwa. A żeby tego było mało, da się temu Bogu prowadzić, odda mu swoje życie, wszystko co w nim jest, Jemu podporządkuje. To wszystko jest nieprawdopodobne, ale jednak się dzieje.

   Mimo, iż mówi się, że wiara zanika, że w obecnych czasach coraz mniej osób chodzi do kościoła, że jest ona tylko skupiskiem ludzi starych, to wcale tak nie jest. Trzeba tylko dobrze poszukać. Nie zawsze wystarczy własna parafia. Czasami musimy sięgnąć dalej, aby odkryć, że mimo powszechnej ateizacji i marginalizacji roli Kościoła, on żyje, rozwija się i ma się całkiem dobrze. Że są w nim ludzie młodzi, którzy są przyszłością.

   Ale żeby tak było, nie wystarczy tylko to, że rodzice wpoili nam, iż w niedzielę należy iść na Mszę, i że w piątek nie wolno jeść pokarmów mięsnych.  Trzeba zrobić krok do przodu. Tak jak staramy się, aby nasze wykształcenie było solidne, kończymy kolejne szkoły, robimy kursy, szkolenia, tak też należy postępować z wiarą. Należy ją pogłębiać, bo inaczej stanie się pustym sloganem i równie dobrze, będzie można powiedzieć, że wierzy się w to, iż od jutra wszyscy ludzie na Ziemi będą mówić jednym językiem. Abstrakcja, prawda?  Jest tyle możliwości, tyle różnych inicjatyw, zarówno tych podejmowanych przez osoby duchowne jak i świecie, że każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Wystarczy tylko chcieć :) .

   Ja ze swojej strony polecam wszystkim tym, którzy wierzą, ale nie wiedzą w co, którzy szukają, ale nie wiedzą czego, którzy idą, ale nie wiedzą dokąd, wybranie się na Mszę Świętą połączoną z uwielbieniem. W wielu parafiach takie Eucharystie się odbywają, wystarczy poszperać w Internecie. Gwarantuję, że dzięki nim można zrozumieć sens swojego życia i tak na poważnie uwierzyć w Ducha. Ale w Ojca i Syna też :) .

Czy wypada tańczyć z Buddą?

pobrany plik  Korzystając z ostatniego weekendu wakacji- oczywiście dla tych, którzy zaczynają rok szkolny we wrześniu ( ja na szczęście należę do grona wybrańców, którzy mogą jeszcze miesiąc odpoczywać :) ) wraz ze znajomymi wybrałem się do jednego z poznańskich lokali, który oferuje swoim gościom możliwość zabawy tanecznej. Jakże wielkie było moje zdumienie, gdy na parkiecie tegoż klubu ujrzałem wielki posąg siedzącego Buddy. I od razu w mojej głowie pojawiły się pytania. Czy jego tam obecność jest wskazana? Czy nie obraża to uczuć tych, którzy w niego wierzą? Otóż dzisiaj postaram się na te pytania dać odpowiedź.

  Chcąc zaspokoić swoją ciekawość skorzystałem z dobrodziejstw jakie daje Internet i dowiedziałem się różnych ciekawych rzeczy na temat buddyzmu. Jak podaje Wikipedia, jest to nonteistyczny (czyli nie afirmujący ani też nie negujący istnienia bóstwa) system filozoficzno-religijny, którego założycielem i twórcą był Siddhārtha Gautama. Jednoznaczne określenie czy buddyzm jest religią nie jest możliwe, dlatego też jest on przez wszystkich uważany za religię nieteistyczną. Mimo iż, nie ma tam wskazania na konkretnego Boga, to jednak jego wyznawcy zwracają się w swoich modlitwach do posągów, które mają im w jakiś sposób spersonifikować to, w co wierzą. Dlatego też zastanowiło mnie, czy wypada mi bawić się w obecności wielkiego pomnika Buddy? Bo wyobraźmy sobie sytuację, że gdzieś w innej części świata, na przykład w Indiach czy w Chinach w pomieszczeniu, w którym tańczą młodzi ludzie stoi podobizna Jezusa na krzyżu. Dla nas byłoby to coś niedopuszczalnego, ale myślę, że na osobach nie będących chrześcijanami obecność takiego elementu dekoracji nie robiłaby żadnego wrażenia. Punkt widzenia zależy bowiem od punktu siedzenia. To co dla jednych jest świętością, dla innych nie stanowi żadnego znaczenia.

  Może i muzyka była fajna, może i sam wystrój też (orient ma swoje niewątpliwe uroki), może i towarzystwo dobrze się bawiło, ale we mnie zrodziła się jakaś wewnętrzna niepewność, o to, czy przypadkiem nie wchodzę z butami w święte dla innych tajemnice….