Od Wschodu przybyli…

      Christian Christmas Nativity SceneNa nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda. Gwiazda, która świeciła inaczej niż wszystkie. Była wyjątkowa. W starych zapiskach gromadzonych przez mędrców było napisane, że takie zjawisko ma zapowiadać narodziny nowego króla. Króla, który będzie panem nieba i ziemi.

   Tak więc ze Wschodu, Zachodu, Północy i Południa ruszyli władcy poszczególnych krain, aby za przewodem gwiazdy iść na spotkanie nowonarodzonego. Było ich dziesięciu. Każdy z innego państwa, każdy z innym bagażem doświadczeń, każdy idący z innym pragnieniem- jeden z czystej ciekawości, drugi z chęci zawarcia interesu, kolejny chcący ożenić swoją córkę królem, który się narodził. Szli nie wiedząc gdzie. Prowadziła ich gwiazda. Droga była długa i męcząca. Prowadziła przez niebezpieczne tereny. Podróżnicy musieli uważać na drapieżne zwierzęta i grasujących rabusiów. Po kilkunastu dniach wędrówki trzech z nich postanowiło zrezygnować i zawrócić. Stwierdzili, że skoro do tej pory nie doszli do miejsca, w którym urodził się nowy król, nie warto kontynuować podróży, bo jej koszty będą większe niż spodziewane efekty. Powrócili do swoich państw i już nigdy nie dowidzieli się kim było dziecko, które narodziło się w Betlejem. Jeden z podróżujących podczas drogi przechodził przez inne królestwo. W państwie tym pełno było drzew owocowych, sadzawek i pięknych kobiet. Zmęczony długą wędrówką monarcha zatrzymał się tam na kilka dni. Pobyt jednak przedłużył się na tyle, że po dwóch tygodniach odpoczynku stwierdził, że nie idzie w dalszą drogę. Został w tymże mieście i tam ożenił się z córką sułtana. Kolejnemu pielgrzymującemu podczas drogi zaginął wielbłąd. Niedokładnie przywiązał go wieczorem do drzewa, a gdy rano obudził się już go nie było. Nie wiedząc, jak długa podróż go jeszcze czeka, postanowił zawrócić, gdyż droga do domu była pewniejsza, niż ta w nieznane.

   A gwiazda cały czas świeciła pięknym blaskiem.

   Kolejny z monarchów przez całą drogę narzekał, że jest mu niewygodnie, że noce są zimne, że jedzenie, które podczas podróży spożywa jest niesmaczne, że w jego pałacu na pewno płonie w kominku ogień a w kuchni przygotowywana jest pyszna strawa. Nie chcąc narażać się na dalsze komplikacje powrócił do swojego królestwa. Innego natomiast spotkało straszne nieszczęście. Zapomniał, że jego drogowskazem jest gwiazda i zamiast spoglądać w niebo, on cały czas patrzył w mapy, które to zaprowadziły go do ciemnego lasu, w którym roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Jedno z nich niestety zjadło wędrowca i słuch po nim zaginął.

   Na szczęście pośród wędrowców było też trzech, którzy nie zbaczali z drogi, bo szli za przewodem gwiazdy. Byli oni bardzo zdeterminowani, gdyż chcieli zobaczyć nowonarodzonego króla. Ich przodkowie oczekiwali pojawienia się gwiazdy, a to właśnie im dane było żyć w czasach, kiedy ona się objawiła. Kacper, Melchior i Baltazar- bo tak mieli na imię najwytrwalsi królowie, po wielu dniach wędrówki w końcu doszli do miejsca wskazywanego przez gwiazdę. Dotarli do Betlejem i tam pokłonili się nowonarodzonemu dzieciątku- Jezusowi. Przynieśli ze sobą także wspaniałe dary- mirrę, złoto i kadzidło. Ich trud został wynagrodzony. Dowiedzieli się bowiem, że ten, do którego zmierzali jest Synem Bożym, który ma zbawić świat. Pełni radości serca powrócili do swoich królestw i tam opowiadali o wszystkim, czego byli świadkami.

   A my Drodzy Czytelnicy jesteśmy jak Trzej Królowie, którzy dotarli do betlejemskiej szopki, czy może raczej więcej w nas jest tych, którzy zrezygnowali? Czy wygrywa w nas zniechęcenie? Czy łatwo się poddajemy? Czy wolimy wygodne życie? Czy potrafimy przezwyciężać nasze niepowodzenia? Czy jesteśmy leniwi i wygodni? Czy ciągle narzekamy i nie widzimy sensu dalszego życia? Życzę każdemu z Was, abyście nigdy nie rezygnowali z podążania za gwiazdą, abyście każdego dnia na nowo odrywali piękno życia i piękno miłości- bożej i ludzkiej.

Książki też dokonują wyborów

pobrany plik

   Do niedawna wydawało mi się, że to czytelnik wybiera sobie książkę, którą chce przeczytać. Byłem święcie przekonany, że to tylko od niego zależy, czy w danej chwili zagłębi się w lekturę powieści przygodowej, horroru czy romansu. Okazuje się jednak, że nie zawsze tak musi być. Czasami zdarza się, że to książka wybiera osobę, która ma ją wziąć do ręki. W moim przypadku tak właśnie zrobił wywiad- rzeka z księdzem Janem Kaczkowskim zatytułowany ,,Życie na pełnej petardzie”. Ta właśnie książka weszła w moje życie dokładnie wtedy, kiedy jej najbardziej potrzebowałem i dała odpowiedzi na kilka pytań, które nurtowały mnie od dawna. Pozwolicie, że podzielę się z Wami przemyśleniami po jej lekturze.

   Ksiądz Jan nie owija w niej w bawełnę. Mówi to, co myśli, nawet wtedy, gdy to mogłoby wydawać się niewygodne dla jakieś grupy ludzi. Będąc księdzem nie stroni od krytycznych wypowiedzi o Kościele, o jego kondycji, czy osobach go tworzących- zarówno wiernych jak i duchownych. Nie stroni od tematów trudnych. Bez skrępowania opowiada o swojej chorobie- glejaku, który jest najgorszym z możliwych nowotworów mózgu. O tym, że każdego dnia dziękuje Bogu za życie, które od stwierdzenia choroby miało trwać tylko kilka miesięcy, a trwa już kilka lat. Ten ,,onkocelebryta”- jak sam siebie nazywa- uświadamia Czytelników, że im więcej jest w życiu przeciwności, tym jest ono bardziej wartościowe. Bo przecież wszystko, co nie przychodzi łatwo jest bardziej przez nas szanowane. Nie miał łatwo- jako osoba z poważną wadą wzroku był źle traktowany w szkole. To schorzenie prawie zamknęłoby mu drogę do kapłaństwa. Na szczęście Boża Opatrzność czuwała i sprawiła, że został dopuszczony do święceń. Gdy już wszystko wydawać by się mogło, ,,poukładało się”, okazało się, że jest chory. To jednak nie powstrzymało go przed stworzeniem w Pucku hospicjum, w którym pomaga ludziom godnie umierać, w którym odchodzą oni w świadomości, że jest ktoś obok, kto ich rozumie, kto wysłucha, kto potrzyma za rękę i w końcu, kto udzieli sakramentów. Ksiądz Kaczkowski nie boi mówić się o tym, o czym inni boją się nawet pomyśleć. W tej książce możemy odkryć jego zdanie na temat kondycji, w jakiej znajduje się obecnie duchowieństwo i Kościół- nie zawsze pełne peanów i dobrych słów. Bez skrępowania odpowiada na pytania Piotra Żyłki odnośnie aborcji, eutanazji, in vitro, homoseksualizmu, rozwodów czy sexu przed ślubem. Porusza tematy, które często są omijane i traktowane jako niewygodne. Nie ma gotowych recept na problemy, ale zna lekarza, który zawsze pomoże. We wszystkim zawsze wskazuje Jezusa, który ma moc przemiany i uzdrowienia ludzkich serc, który jest lekiem na całe zło świata.

   Po tę książkę powinien sięgnąć każdy, kto uważa, że Kościół ze swoim nauczaniem nie pasuje do obecnych realiów. Kto w jakiś sposób uważa, że jego wiara ostygła, kto szuka odpowiedzi na nurtujące go od dawna pytania. Jednak przede wszystkim powinien sięgnąć po nią Czytelnik, któremu wydaje się, że jego życie nie ma sensu, że do niczego się nie nadaje, że nic mi nie wychodzi. Ksiądz Kaczkowski udowodni mu jak bardzo się myli. Tak więc: MIŁEJ LEKTURY :) .

Tylko głupcy zostają świętymi

pobrany plik   Każde wypowiadane przez nas słowo niesie za sobą pewną wiązkę uczuć. Jedne z nich mają wydźwięk pozytywny, jak dobro, miłość, pokój, szczęście, czy cnota, inne natomiast zawsze kojarzyć nam się będą z czymś negatywnym: ból, smutek, rozpacz, strach. Jak zwykł mawiać Albus Dumbledore ,,słowa są niewyczerpalnym źródłem magii, mogącym czynić zło, jak i je naprawiać”. Dlatego też, każdy z nas powinien ważyć wypowiadane słowa. I w tym miejscu chciałbym, abyśmy zadali sobie pytanie, jakie emocje niesie za sobą słowa głupek? Zapewne wielu z Was- Drodzy Czytelnicy powie, że jest to wyraz na wskroś negatywny, który wyraża brak wiedzy, brak inteligencji, czy brak samodzielnego myślenia. A ja chciałbym Wam dzisiaj udowodnić, że jest właśnie odwrotnie.

   Robię to dlatego, że już dzisiaj, po raz siódmy stanę na pielgrzymkowym szlaku, który wiedzie przed tron Królowej Polski- na Jasną Górę. Robię to dlatego, że to, co głupie w oczach świata i ludzi, jest przejawem największej mądrości i roztropności w oczach Boga. Robię to dlatego, że głupim jest, aby w dobie szybkiej kolei, samochodów i autobusów, brać na plecy plecak i przez 10 dni iść pieszo ponad 300 kilometrów, aby spojrzeć na obraz. Może głupim wydaje się to w oczach współczesnego człowieka, ogarniętego konsumpcjonizmem, wygodnictwem czy manią zarabiania pieniędzy. Bo dla mnie podjęcie takiego trudu jest czymś zupełnie innym. Jest zadaniem, które wymaga wielkiego samozaparcia, wielkiego pragnienia zmiany własnego życia, wielkiego pragnienia poszukania na nowo sensu własnego życia, wniknięcia we własne ja i zobaczenia, jakie to ono jest piękne. Pielgrzymka jest czasem, podczas którego zbliżając się do Boga, zbliżamy się do drugiego człowieka. Gdzie poprzez odkrywanie największej Miłości potrafimy znaleźć ją w sobie i podzielić się nią z innymi. Gdzie poprzez pot, łzy, bąble czy odparzenia ćwiczymy często swój trudny charakter. Gdzie uczymy się, że można żyć bez telewizora, komputera, komórki, ulubionych seriali czy gier, a dostrzegamy, że kubek wody podany przez współbrata idącego obok, jest heroicznym gestem, który może w diametralny sposób odmienić nasze życie. Pielgrzymka to czas, kiedy ludzie, tak naprawdę stają się ludźmi, kiedy odkrywają, że dobre słowo, braterska pomoc, czy krótka, wspólna modlitwa, może zdziałać więcej niż wszystko inne, co do tej pory uważaliśmy, za niezbędne do realizacji zamierzonego celu- pieniądze czy znajomości. W końcu pielgrzymka to czas przemiany naszych serc, przemiany umysłów i sumień, to czas ładowania duchowych akumulatorów, to czas kiedy nawiązują się nowe, wspaniałe znajomości, czy rodzi się miłość. To czas wyjątkowy.

   Ale tak naprawdę, to trzeba być głupim, aby iść na pielgrzymkę. Trzeba być szaleńcem bożym, aby podjąć trud przejścia 300 kilometrów w deszczu, skwarze słońca, czy innej niesprzyjającej aurze. Trzeba być nienormalnym, aby to wszystko uczynić. Ale jestem z tego dumny, że należę do tego elitarnego grona ludzi głupich. Bo jak już wcześniej wspomniałem- TYLKO GŁUPCY ZOSTAJĄ ŚWIĘTYMI :) .

   P.S. Będę o Was pamiętał w modlitwie- Drodzy Czytelnicy. A po powrocie postaram się napisać obszerną relację z 81 PIESZEJ POZNAŃSKIEJ PIELGRZYMKI NA JASNĄ GÓRĘ :) .

Pola Lednickie- Polami cudownego rozmnożenia chleba

   LednicaBramaRybaZapewne każdy z Was, Drodzy Czytelnicy, a jak nie każdy, to mam nadzieję, że większość, zna ten fragment Pisma Świętego, mówiący o rozmnożeniu chleba przez Pana Jezusa na pustkowiu. Na pewno też większość z Was myśli, że wówczas to Pan Jezus dokonał, tak zwanego ,,czary mary”, aby z  5 chlebów i 2 ryb stworzyć ilość pożywienia, która wykarmiła pond 5000 mężczyzn nie licząc kobiet i dzieci. Bo przecież z ludzkiego punktu widzenia nie jest to możliwe. I ja także, do pewnego momentu tak myślałem. Ale podczas pewnej Mszy Świętej dowiedziałem się, że cudem, który wówczas dokonał Chrystus, był cud przemiany serc. Rozmnożenie chleba polegało na tym, że wszyscy uczestnicy spotkania powyjmowali ze sowich toreb i sakiewek wszystko, co ze sobą zabrali w daleką podróż. Bo przecież logicznym jest, że nikt, kto wybiera się w drogę wychodzi z domu bez prowiantu. Jezus sprawił, że ludzie zaczęli dzielić się tym, co mieli ze sobą, a z tego, co zostało zebrano jeszcze 12 koszy ułomków. Dla Boga bowiem nie ma rzeczy niemożliwych. Zastanawiacie się na pewno, dlaczego przytaczam właśnie ten fragment Ewangelii? Robię to dlatego, aby powiedzieć, że taki sam cud, dzieje się co roku na Polach Lednickich, gdzie zbiera się tłum ludzi młodych, którzy przychodzą posłuchać swojego Mistrza.

   Spotkanie młodych na Polach Lednickich, pod Bramą Rybą, na brzegach jeziora Lednickiego, u źródeł chrześcijańskiej Polski, w sercu jej chrzcielnicy jest  fenomenem na skalę światową. Oto w jednym miejscu, w jednym dniu, spotykają się tysiące osób, młodych osób, tych którzy przeżywają okres buntu, okres dojrzewania, którzy poszukują sensu swojego życia. Właśnie oni przyjeżdżają pod Bramę III Tysiąclecia, aby wybrać Chrystusa, aby obrać Go jako drogowskaz, jako Tego, który będzie z nimi każdego dnia. Ktoś powie, że przecież ta dzisiejsza młodzież to tylko potrafi przeklinać, pić alkohol i robić hałas, że nic z niej nie będzie, że wszystko zaprzepaści i gdy już będzie za późno dopiero zrozumie, że postępowała źle. Ja tym wszystkim osobom mówię, że tak nie jest i zapraszam ich na Lednicę, aby zobaczyli ,,kwiat młodzieży polskiej”, aby zobaczyli ich entuzjazm, ich zaangażowanie, ich zasłuchanie w słowa ojca Jana Góry, biskupów i kapłanów, ich postawę skruszenia podczas spowiedzi, ich gest wyciągniętych rąk proszących o dary Ducha Świętego, ich ręce połączone łańcuchem miłości i w końcu ich autentyczne zaangażowanie w śpiewy i tańce, podczas których tak naprawdę wyrażała się ich wiara w Boga Trójjedynego.

   Największe wrażenie na mnie podczas tegorocznego spotkania zrobił widok młodych ludzi, którzy po tym, jak okazało się, że księżom skończyła się Komunia Święta rozdawana w sektorach, ruszyli niczym ,,pospolite ruszenia” do Kaplicy Adoracji, gdzie miała być ona udzielana. Ten tłum młodych dziewczyn i chłopców, ten kurz przez nich wnoszony, gdy to z radością skakali i podnosili ręce w rytm piosenki o tym, jak bardzo kochają swego Boga. To było coś niesamowitego. Wówczas to naszło mnie przemyślenie, że NORMALNI LUDZIE w takiej kolejce stoją jedynie do kasy w supermarkecie lub gdy w Lidlu jest promocja karpia przez świętami, a NIENORMALNI LUDZIE stoją w kolejce, aby przyjąć do swego serca, to co jest tak proste, kruche i zwykłe, a jednocześnie tak wielkie, piękne i potężne- Chrystusa ukrytego w okruszynie chleba. Aby przyjąć do serca najlepszy towar naszej wiary. Tego tak naprawdę nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć osobiście.

   O Lednickie Pola, dziękuję Wam za to, że co roku stajecie się Polami rozmnożenia Chleba ,że dzięki Wam możliwe jest pokazanie, że Kościół żyje, że są w nim ludzie oddani Bogu, że są księża, którzy są ,,przewodnikami”, poprzez których Bóg zsyła na nas swoje dary, że są młodzi ludzie, którym się chce, którzy w autentyczny sposób są zaangażowani w życie Kościoła, że są świadkami Chrystusa w tym zlaicyzowanym świecie. Można zarzucać Kościołowi, że popełnia błędy, że zdarzają się mu upadki, że nie przystaje do współczesnych realiów. Ale takie właśnie spotkania, jak to nad jeziorem Lednickim pokazuje, że Kościół złożony z ludzi słabych i grzesznych żyje, że mimo trudów i przeciwności wypełnia misję, którą polecił mu wykonywać Chrystus, że jest Kościołem ludzi młodych i pełnych energii, a nie stetryczałych i gnuśnych. Ostatecznie pokazuje, że jest Kościołem, którego nie da się zamknąć w zakrystii czy kruchcie, że jest Kościołem, który może i powinien wychodzić na ulicę, bo ma się czym chwalić. Bo jego największą chwałą jest CHRYSTUS i JEGO OWCZARNIA.