Różaniec do granic

   13-netherlands-and-belgiumW pierwszą sobotę października, która równocześnie była pierwszą sobotą miesiąca i dniem, w którym Kościół czcił Matkę Boską Różańcową, rzesze ludzi udały się na granice naszego kraju, aby otoczyć je murem zbudowanym z paciorków różańca. Oddolna inicjatywa ludzi świeckich spotkała się nie tylko z aprobatą i wielkim uznaniem hierarchów kościelnych, ale przede wszystkim z pozytywnym odzewem wszystkich wiernych, którzy z różnych stron Polski spieszyli na jej krańce, aby modlić się o pokój dla niej i świata całego. Nie chcę jednak dłużej rozwodzić się nad przebiegiem tej akcji. Chcę abyśmy dzisiaj spojrzeli na inne granice. Nie te widoczne na mapie, nie te które wyznaczają długość i szerokość danego kraju, ale na granice, które są w naszym życiu.

   Każdy z nas jest w czymś ograniczony. Każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu się czegoś boi, czegoś lęka, z czymś ma problem. Każdy ma takie miejsca w swojej duszy, których nie chce przekraczać, rejony, w które nie chce się zapuszczać. Są też wśród nas osoby, które stworzyły wokół siebie takie mury i słupy graniczne, że nie jesteśmy w stanie ich przekroczyć. I to do nas wszystkich Jezus kieruje słowa mówiące o tym, że On chce stanąć na granicy naszego serca. Chce stanąć w miejscu, w którym my nigdy nie stanęliśmy. Chce spojrzeć na nas takimi, jakim jesteśmy i powiedzieć, że nie mamy się lękać. On zwyciężył świat. Tylko dzięki zaufaniu Jego słowom możemy robić rzeczy wielkie. Możemy przełamywać będące w nas bariery, przekraczać nieprzekraczalne dotąd granice, szczególnie te związane  z trwaniem w grzechu. Możemy uwalniać się ze zniewalających nas więzów, które ograniczały naszą swobodę. Da się to jednak osiągnąć wówczas, gdy powierzymy wszystko Jemu, gdy to wszystko oddamy w Jego ręce. Jezus nasz zna. On wie, gdzie są nasze granice, on wie, gdzie zbudowaliśmy mur, który stanowi barierę dla Jego miłości. Często nasze życie jest tak pogmatwane, często jest ono przepełnione wieloma zranieniami, upadkami, błędami. To one są poniekąd cegłami, które stanowią elementy budulcowe. Nasz egoizm i chęć robienia wszystkiego po swojemu, stanowią spoiwo, dzięki któremu mur z każdym dniem może stawać się większy. Ale Jezus jest silniejszy od naszych szańców. Jemu wystarczy tylko jedno słowo, aby uzdrowić duszę człowieka. Wystarczy spojrzenie w oczy, aby wszystko się rozpadło. Istotnym jest jednak to, abyśmy chcieli, aby Jezus nas przemieniał. Bez naszego ,,chcę” Bóg nie będzie działał, nie będzie na siłę ingerował w nasze życie, nie będzie wchodził tam, gdzie Go nie zaprosimy. Jest za bardzo delikatny i subtelny. Jednak, gdy z naszej strony pojawi się zawierzenie, że tylko słowo wystarczy, aby dusza była uzdrowiona, wówczas będą dziać się cuda. Uwierzmy! To jest możliwe.

   Dlatego przekraczajmy nasze granice. Burzmy mury, które są wokół nas. Otwierajmy na oścież nasze serca. Nie róbmy tego jednak sami. Zawsze zapraszajmy do tego Jezusa. Bo tylko z nim jesteśmy w stanie przekraczać to co nieprzekraczalne.

Nie ma Go tu! Wstał!

zmartwychwstał-1030x579   Gdy szły, podobno jeszcze było ciemno. Były przerażone. Przecież zabili człowieka, który był im tak drogi, który na każdym kroku pokazywał, jak bardzo je kocha. Zabili Przyjaciela i Mistrza. Z Jego śmiercią skończyło się wszystko, co stanowiło sens istnienia.  Przecież idąc za Nim czuły się dobrze. Łzy spływały po policzkach. Wszędzie czuć było zapach wonności, którymi miały Go namaścić. W głowach tkwiła tylko jedna myśl: kto nam odsunie kamień? Ale kamienia u grobu już nie  było. Leżał obok, tak iż wejście do środka było możliwe. Weszły i przeraziły się. Nie ma Go tu. Zabrali Jego ciało i nie wiadomo, gdzie złożyli. Nawet po śmierci nie okazano Mu szacunku. Na cóż nasze starania, na cóż nasz trud. I wystarczyło jedno słowo. Wystarczyło wypowiedziane imię i wszystko się zmieniało. On jest! On Żyje! On zmartwychwstał! Nie lękajcie się! Idźcie i powiedzcie, że żyję, że to nie koniec.

   Wszyscy doskonale znamy tę historię zaczerpniętą z Ewangelii. Wiemy, że jest ona początkiem czegoś nowego, że jest początkiem rodzącego się Kościoła. Od Zmartwychwstania wszystko się zaczyna. Chciałbym abyśmy dzisiaj nie zatrzymywali się na Zmartwychwstaniu. Chciałbym abyśmy popatrzyli na kobiety idące do grobu oraz na kamień. Spróbujmy w tym wszystkim odnaleźć siebie.

   Czy też w naszym życiu nie ma takich chwil, kiedy wydaje nam się, że wszystko się skończyło? Czy nie przeżywmy momentów, w których zdajemy sobie sprawę, że odeszło od nas coś lub ktoś, co było dla nas ważne, co dawało nam siły, co sprawiało, że się chciało? Czy i wtedy nie jesteśmy, jak te kobiety idące do grobu, które były pogrążone w smutku po śmierci Jezusa? Czy i w nas nie ma wątpliwości o kolejne dni, o to, jak będzie wyglądać przyszłość? Czy i w nas nie rodzą się wątpliwości, czy znajdziemy w sobie tyle sił, aby odsunąć kamień? Kamień zniechęcenia, kamień smutku, kamień nowych możliwości, kamień szans, kamień lepszego jutra? I często, mimo iż nie dostrzegamy tego, ten kamień już jest odsunięty. A w środku czeka na nas zaproszenie do odważnego pójścia dalej, do nie lękania się zmian, do życia takim życiem, do którego wzywa nas Bóg. Do usłyszenia głosu zmartwychwstałego Jezusa, który mówi: nie bój się! Przecież gdyby nie było grobu, gdyby nie było męki i śmierci, nie byłoby też poranka zmartwychwstania. Musiało to wszystko przyjść. I w naszym życiu często dzieją się sytuacje, które są dla nas trudne, które sprawiają, że tracimy sens istnienia. Sytuacje, w których pytamy Boga: dlaczego mi to robisz? Jaki jest cel tych wydarzeń? Wydaje nam się, że wszystko jest przeciwko nam, że nic już nie może dobrego się wydarzyć, że to już koniec. Ale tak nie jest. Bóg zawsze jest ponad to wszystko. Bóg zawsze jest tym, który ma moc odsunięcia kamienia, który powie: zobacz, nie ma go tu. Już nie ma Twojego problemu, pokonałem go. Idź jak te kobiety i głoś światu radość. Idź i głoś, jak bardzo Cię kocham, jak bardzo pragnę Twojego szczęścia. Idź i krzycz: NIE MA GO TU!

   Kobiety w poranek zmartwychwstania przeszły drogę przemiany. Ich smutek, zwątpienie i lęk przerodził się w radość, pokój i nadzieję. Oby i w nas doszło do takiej przemiany. Oby i nasz kamień został odsunięty. Oby i nas dotknęło piękno pustego grobu.

   A tymczasem życzę Czytelnikom, aby tegoroczna Wielkanoc stała się czasem do okrycia sensu naszego życiowego kamienia i próbą jego odsunięcia, aby w pełni zobaczyć i doświadczyć mocy Zmartwychwstałego.

Wyjdź!

psalm37   Już niewiele czasu zostało nam w tym tegorocznym Wielkim Poście. Jeszcze tylko kilkanaście dni i wejdziemy w najpiękniejszy czas w roku- w Wielki Tydzień, w którym to każdy dzień jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Jednak zanim się to stanie, chciałbym abyśmy powrócili do tego, co już było.

   Chciałbym abyśmy powrócili, do Słowa Bożego, jakie usłyszeliśmy w II niedzielę Wielkiego Postu. Wtedy to został odczytany fragment z Księgi Rodzaju, w którym Bóg mówi do Abrama ,,wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który Ci ukażę”. To krótkie zdanie zawiera w sobie treść, która sprawia, że nie możemy przejść obok niej obojętnie. Abram, późniejszy Abraham nie pozostał głuchy na wezwanie Pana Boga. Zostawił wszystko i poszedł. Zaryzykował i dzięki temu dał początek Narodowi Wybranemu, z którego później wyszedł Mesjasz- Jezus. TAK wypowiedziane przez Abrama było początkiem. A ile razy my mówimy Bogu TAK? Ile razy jesteśmy w stanie dla Niego zaryzykować wszystko?

   Czasy, w których przyszło nam żyć nie należą do łatwych. Mimo, iż mamy praktycznie wszystko, to tak naprawdę nie mamy nic. Pieniądze, sukces, sława, to rzeczy, o które dzisiaj walczy się w wielkich korporacjach, to rzeczy, o których marzy młody człowiek. Ale czy tak naprawdę one są sensem życia? A jeśli Bóg wymaga od nas czegoś innego? Czegoś, co w oczach świata jest nieciekawe, czegoś, co wydaje się głupie, czegoś co sprawi, że nasze życie zmieni się diametralnie? Przecież Abram miał gdzie mieszkać, miał swoje określone zajęcia, żył spokojnie w swojej miejscowości. A mimo to zaryzykował. Pozostawił to wszystko i poszedł. Nie wiedząc tak naprawdę, gdzie idzie. Nie znał celu swojej wędrówki. Po prostu rzucił się w przepaść, licząc na to, że Bóg go złapie. I tak też było. Jakże nam brakuje takiego zaufania. Kurczowo trzymamy się tego, w czym obecnie żyjemy. Przecież jest nam wygodnie, ciepło, mamy wszystko, co jest potrzebne. Po co to zmieniać? Nie mamy bowiem pewności, czy nie popełnimy błędu, czy nie odwrócą się o nas koledzy i koleżanki, czy to nie sprawi, że będzie trudniej? Oczywiście może tak być, ale jeśli Bóg ma taki plan, to znaczy, że chce dla nas szczęścia. My musimy tylko zaufać i mimo swoich obaw i lęków powiedzieć Mu TAK. Ile razy w tym Wielkim Poście zrobiliśmy coś, co było przeciwko nam, co wymagało od nas wysiłku i odrzucenia własnych pragnień i potrzeb? Czy potrafiliśmy wtedy powiedzieć: a może Bóg tego chce? A może Bóg chce przez to mi coś powiedzieć? Musimy pamiętać, że nic nie dzieje się przypadkiem. Bóg zazwyczaj działa bardzo delikatnie i intymnie. My musimy tylko to dostrzec. Spróbujmy to zrobić. Zaufajmy.

   Wykorzystajmy jeszcze te kilka dni Wielkiego Postu na refleksję nad naszym zaufaniem Bogu. Nad mówieniem Mu częściej TAK. Oby w Wielkanocy poranek zmartwychwstały Chrystus usłyszał tylko jedno, jedyne zdanie: oto ja, poślij mnie bym czynił Twoją wolę.

Od Wschodu przybyli…

      Christian Christmas Nativity SceneNa nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda. Gwiazda, która świeciła inaczej niż wszystkie. Była wyjątkowa. W starych zapiskach gromadzonych przez mędrców było napisane, że takie zjawisko ma zapowiadać narodziny nowego króla. Króla, który będzie panem nieba i ziemi.

   Tak więc ze Wschodu, Zachodu, Północy i Południa ruszyli władcy poszczególnych krain, aby za przewodem gwiazdy iść na spotkanie nowonarodzonego. Było ich dziesięciu. Każdy z innego państwa, każdy z innym bagażem doświadczeń, każdy idący z innym pragnieniem- jeden z czystej ciekawości, drugi z chęci zawarcia interesu, kolejny chcący ożenić swoją córkę królem, który się narodził. Szli nie wiedząc gdzie. Prowadziła ich gwiazda. Droga była długa i męcząca. Prowadziła przez niebezpieczne tereny. Podróżnicy musieli uważać na drapieżne zwierzęta i grasujących rabusiów. Po kilkunastu dniach wędrówki trzech z nich postanowiło zrezygnować i zawrócić. Stwierdzili, że skoro do tej pory nie doszli do miejsca, w którym urodził się nowy król, nie warto kontynuować podróży, bo jej koszty będą większe niż spodziewane efekty. Powrócili do swoich państw i już nigdy nie dowidzieli się kim było dziecko, które narodziło się w Betlejem. Jeden z podróżujących podczas drogi przechodził przez inne królestwo. W państwie tym pełno było drzew owocowych, sadzawek i pięknych kobiet. Zmęczony długą wędrówką monarcha zatrzymał się tam na kilka dni. Pobyt jednak przedłużył się na tyle, że po dwóch tygodniach odpoczynku stwierdził, że nie idzie w dalszą drogę. Został w tymże mieście i tam ożenił się z córką sułtana. Kolejnemu pielgrzymującemu podczas drogi zaginął wielbłąd. Niedokładnie przywiązał go wieczorem do drzewa, a gdy rano obudził się już go nie było. Nie wiedząc, jak długa podróż go jeszcze czeka, postanowił zawrócić, gdyż droga do domu była pewniejsza, niż ta w nieznane.

   A gwiazda cały czas świeciła pięknym blaskiem.

   Kolejny z monarchów przez całą drogę narzekał, że jest mu niewygodnie, że noce są zimne, że jedzenie, które podczas podróży spożywa jest niesmaczne, że w jego pałacu na pewno płonie w kominku ogień a w kuchni przygotowywana jest pyszna strawa. Nie chcąc narażać się na dalsze komplikacje powrócił do swojego królestwa. Innego natomiast spotkało straszne nieszczęście. Zapomniał, że jego drogowskazem jest gwiazda i zamiast spoglądać w niebo, on cały czas patrzył w mapy, które to zaprowadziły go do ciemnego lasu, w którym roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Jedno z nich niestety zjadło wędrowca i słuch po nim zaginął.

   Na szczęście pośród wędrowców było też trzech, którzy nie zbaczali z drogi, bo szli za przewodem gwiazdy. Byli oni bardzo zdeterminowani, gdyż chcieli zobaczyć nowonarodzonego króla. Ich przodkowie oczekiwali pojawienia się gwiazdy, a to właśnie im dane było żyć w czasach, kiedy ona się objawiła. Kacper, Melchior i Baltazar- bo tak mieli na imię najwytrwalsi królowie, po wielu dniach wędrówki w końcu doszli do miejsca wskazywanego przez gwiazdę. Dotarli do Betlejem i tam pokłonili się nowonarodzonemu dzieciątku- Jezusowi. Przynieśli ze sobą także wspaniałe dary- mirrę, złoto i kadzidło. Ich trud został wynagrodzony. Dowiedzieli się bowiem, że ten, do którego zmierzali jest Synem Bożym, który ma zbawić świat. Pełni radości serca powrócili do swoich królestw i tam opowiadali o wszystkim, czego byli świadkami.

   A my Drodzy Czytelnicy jesteśmy jak Trzej Królowie, którzy dotarli do betlejemskiej szopki, czy może raczej więcej w nas jest tych, którzy zrezygnowali? Czy wygrywa w nas zniechęcenie? Czy łatwo się poddajemy? Czy wolimy wygodne życie? Czy potrafimy przezwyciężać nasze niepowodzenia? Czy jesteśmy leniwi i wygodni? Czy ciągle narzekamy i nie widzimy sensu dalszego życia? Życzę każdemu z Was, abyście nigdy nie rezygnowali z podążania za gwiazdą, abyście każdego dnia na nowo odrywali piękno życia i piękno miłości- bożej i ludzkiej.

 Wielką Miłość w żłobie położono, na sianie,

gdyż w gospodzie miejsca dla Niej nie stanie.

Położono obok krów, osłów i koni,

wśród ryku, krzyku i nieprzyjemnej woni.

Dziecko złożono w miejscu, gdzie zwierzęta mają dom,

choć Ono u Ojca miało ciepło, berło i tron.

Zamiast kołderki miało chustkę matczyną.

Tak to już było z tą Bożą Dzieciną…

Niech te święta będą przepełnione miłością płynącą z betlejemskiego żłóbka.

Niech każdy doświadczy radości ze spotkania Jezusa
obecnego w drugim człowieku.

Niech każdy odnajdzie spokój, radość, ciszę.

Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia

1_swieto-swietej-rodziny-jezusa-jozefa-i-maryi-29122013

Prezenty dla Pana Boga

   pobrany plikKażdy z nas- Drodzy Czytelnicy lubi dostawać prezenty. Te duże, kosztujące bardzo wiele oraz te drobne, które są zazwyczaj przejawem życzliwości czy wdzięczności. Bo w dawaniu bowiem, wydaje mi się, nie liczy się rozmiar a przyświecająca mu intencja. Najważniejsze jest przecież to, aby, to czym kogoś obdarowujemy było okraszone czystością naszych intencji. A jak to jest z podarkami, jakie otrzymuje od nas Pan Bóg? I czy w ogóle takowe otrzymuje? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym artykule. Do napisania go w takiej a nie innej formie, pod takim a nie innym tytułem, skłoniły mnie dwie sytuacje. Pierwszą była sobotnia wizyta w Licheniu, w którym to znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Bolesnej Królowej Polski oraz rozmowa z moim kolegą- przyszłym doktorem teologii. Te dwa niezależne od siebie wydarzenia stopiły się niemal w jedno i dały impuls do tego, aby wyrazić swoją opinię o formie w jakiej możemy Bogu okazywać wdzięczność.

   Licheń to miejsce, gdzie znajduje się sanktuarium maryjne, które od wielu już lat budziło i budzi wiele kontrowersji. Kościół, jaki tam stoi jest bowiem największym, jaki udało się do tej pory pobudować w Polsce. Patrząc dalej jest on 8 w Europie i 12 na świecie pod względem wielkości. Ilość złota, zdobień, marmurów, kamieni i innych elementów ozdobnych jest przeogromna. Jego majestatyczność zapiera dech w piersiach i równocześnie sprawia, że gdzieś z tyłu głowy rodzi się pytanie ,,czy Bogu to się podoba?”. Dodam, że wszystko, co znajduje się w kościele i wokół niego zostało sfinansowane z dobrowolnych ofiar tysięcy, jak nie milionów wiernych, których nazwiska można przeczytać na specjalnych tablicach umieszczonych na ścianach bazyliki. Pozostawmy na chwilę Licheń w spokoju, a wróćmy do drugiego z wydarzeń, które dało początek temu artykułowi. Była to wizyta w salonie hafciarskim, do którego zaprowadził mnie mój kolega Piotr, aby pokazać mi powstający tam pięknie zdobiony ornat. Ornat wyszywany najlepszymi nićmi, którego wartość opiewa na kilka tysięcy złotych, a który- jak mi wytłumaczył Piotr, jest darem, wotum, podziękowaniem pewnej osoby za otrzymane łaski. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, orant ten będzie używany tylko podczas ważnych uroczystości, a resztę roku spędzi wisząc w szafie na zapleczu kościoła, czyli inaczej mówiąc w zakrystii. Te dwa osobne, a jednak tak bliskie w swej naturze wydarzenia sprawiły, że w mojej głowie narodziła się myśl, którą już wcześniej artykułowałem: ,,czy Bogu jest to potrzebne?”.

   Ktoś powie, że każdy człowiek chce mieszkać w jak najlepszych warunkach, chce jeździć jak najlepszym samochodem, ubierać się w modne ubrania i jeździć na najlepsze z możliwych wakacji. Taka jest nasza natura. A skoro my dążymy do tego, aby wszystko wokół nas było jak najlepsze, to dla naszego Stwórcy i Zbawiciela wszystko powinno być po stokroć okazalsze. Tak- zgadzam się z tym w 100%. Skoro ja pragnę ubierać się pięknie, to powinien zadbać o to, aby w domu mojego Boga było pięknie. Co do tego nie mam żadnych uwag. Ale idąc dalej, czy powinno zakładać się gronostajowe futro na brudne ubrania? Wydaje mi się, że nie. Dlatego uważam, że lepszym i milszym dla Boga- chociaż mogę się mylić, gdyż nie jestem teologiem, jest czyste serce jego dzieci, a szczególnie czyste serce osoby, przez której ręce dochodzi do cudownego wydarzenia- przemiany wina w Krew i chleba w Ciało. Bóg w swej mądrości pokazał nam, że to co najważniejsze, to co najbardziej istotne i kluczowe dla naszej wiary, znajduję się w czymś tak bardzo prostym, kruchym i powszednim- w chlebie, który codziennie bierzemy do ręki. O ile jestem za najlepszymi materiałami do produkcji naczyń liturgicznych- bo przecież w nich jest ,,przechowywany” Bóg, tak uważam, że nadmierne zdobienia, piękne szaty są elementem zbędnym. W dzisiejszych czasach do ludzi nie trzeba przemawiać obrazem. Do dzisiejszego człowieka należy przemawiać gestem. Nie żyjemy w Średniowieczu, gdzie Ewangelię wyjaśniały rzeźby i malowidła. Najlepszym przykładem gestu, jaki został nam dany na te czasy jest papież Franciszek, który w dniu wyboru zrezygnował z gronostajowego mucetu, bo jak sam stwierdził ,,karnawał się już dawno skończył”. Poprzez swoje zachowanie pokazuje, że ważniejsza od haftowanego baldachimu, jest miłość okazana bliźniemu. Że większą wartość ma podany kubek wody i otarcie krwawiącej rany, niż srebrna piszczałka czy marmurowy posąg. W swoim nauczaniu odwołuje się do miłości bliźniego, a nie do celebracji, przez co uważany jest za ,,prostackiego papieża”, który nie ubiera się w złoto i szafiry i chodzi w brudnych butach. Ale poprzez takie zachowanie zyskał więcej zwolenników niż przeciwników. To co tu na Ziemi przeminie, z tego co zbudowano nie pozostanie kamień na kamieniu. Jedyne, co będziemy mogli zabrać ze sobą na drugi brzeg, to miłość okazaną bliźniemu. Gdy kochamy swego brata i siostrę- kochamy samego Boga i tym samym dajemy mu najlepszy z możliwych prezentów.

   I na zakończenie. Nie neguje ofiar składanych na kościół. Nie neguje ludzi, którzy oddają swoje pieniądze, złoto czy srebro na zdobienie ołtarzy bądź nowe ornaty czy dekoracje. Robią to co uważają za słuszne. Bóg to widzi i odda im według ich zasług. Jako człowiek wolny, jako osoba będąca członkiem Kościoła, jako osoba głęboko wierząca, kieruję się jednak w życiu inną zasadą, która została zawarta w Ewangelii według świętego Matusza w rozdziale 12, gdzie Jezus mówi ,,chcę raczej MIŁOSIERDZIA niż OFIARY”.

Książki też dokonują wyborów

pobrany plik

   Do niedawna wydawało mi się, że to czytelnik wybiera sobie książkę, którą chce przeczytać. Byłem święcie przekonany, że to tylko od niego zależy, czy w danej chwili zagłębi się w lekturę powieści przygodowej, horroru czy romansu. Okazuje się jednak, że nie zawsze tak musi być. Czasami zdarza się, że to książka wybiera osobę, która ma ją wziąć do ręki. W moim przypadku tak właśnie zrobił wywiad- rzeka z księdzem Janem Kaczkowskim zatytułowany ,,Życie na pełnej petardzie”. Ta właśnie książka weszła w moje życie dokładnie wtedy, kiedy jej najbardziej potrzebowałem i dała odpowiedzi na kilka pytań, które nurtowały mnie od dawna. Pozwolicie, że podzielę się z Wami przemyśleniami po jej lekturze.

   Ksiądz Jan nie owija w niej w bawełnę. Mówi to, co myśli, nawet wtedy, gdy to mogłoby wydawać się niewygodne dla jakieś grupy ludzi. Będąc księdzem nie stroni od krytycznych wypowiedzi o Kościele, o jego kondycji, czy osobach go tworzących- zarówno wiernych jak i duchownych. Nie stroni od tematów trudnych. Bez skrępowania opowiada o swojej chorobie- glejaku, który jest najgorszym z możliwych nowotworów mózgu. O tym, że każdego dnia dziękuje Bogu za życie, które od stwierdzenia choroby miało trwać tylko kilka miesięcy, a trwa już kilka lat. Ten ,,onkocelebryta”- jak sam siebie nazywa- uświadamia Czytelników, że im więcej jest w życiu przeciwności, tym jest ono bardziej wartościowe. Bo przecież wszystko, co nie przychodzi łatwo jest bardziej przez nas szanowane. Nie miał łatwo- jako osoba z poważną wadą wzroku był źle traktowany w szkole. To schorzenie prawie zamknęłoby mu drogę do kapłaństwa. Na szczęście Boża Opatrzność czuwała i sprawiła, że został dopuszczony do święceń. Gdy już wszystko wydawać by się mogło, ,,poukładało się”, okazało się, że jest chory. To jednak nie powstrzymało go przed stworzeniem w Pucku hospicjum, w którym pomaga ludziom godnie umierać, w którym odchodzą oni w świadomości, że jest ktoś obok, kto ich rozumie, kto wysłucha, kto potrzyma za rękę i w końcu, kto udzieli sakramentów. Ksiądz Kaczkowski nie boi mówić się o tym, o czym inni boją się nawet pomyśleć. W tej książce możemy odkryć jego zdanie na temat kondycji, w jakiej znajduje się obecnie duchowieństwo i Kościół- nie zawsze pełne peanów i dobrych słów. Bez skrępowania odpowiada na pytania Piotra Żyłki odnośnie aborcji, eutanazji, in vitro, homoseksualizmu, rozwodów czy sexu przed ślubem. Porusza tematy, które często są omijane i traktowane jako niewygodne. Nie ma gotowych recept na problemy, ale zna lekarza, który zawsze pomoże. We wszystkim zawsze wskazuje Jezusa, który ma moc przemiany i uzdrowienia ludzkich serc, który jest lekiem na całe zło świata.

   Po tę książkę powinien sięgnąć każdy, kto uważa, że Kościół ze swoim nauczaniem nie pasuje do obecnych realiów. Kto w jakiś sposób uważa, że jego wiara ostygła, kto szuka odpowiedzi na nurtujące go od dawna pytania. Jednak przede wszystkim powinien sięgnąć po nią Czytelnik, któremu wydaje się, że jego życie nie ma sensu, że do niczego się nie nadaje, że nic mi nie wychodzi. Ksiądz Kaczkowski udowodni mu jak bardzo się myli. Tak więc: MIŁEJ LEKTURY :) .

Tylko głupcy zostają świętymi

pobrany plik   Każde wypowiadane przez nas słowo niesie za sobą pewną wiązkę uczuć. Jedne z nich mają wydźwięk pozytywny, jak dobro, miłość, pokój, szczęście, czy cnota, inne natomiast zawsze kojarzyć nam się będą z czymś negatywnym: ból, smutek, rozpacz, strach. Jak zwykł mawiać Albus Dumbledore ,,słowa są niewyczerpalnym źródłem magii, mogącym czynić zło, jak i je naprawiać”. Dlatego też, każdy z nas powinien ważyć wypowiadane słowa. I w tym miejscu chciałbym, abyśmy zadali sobie pytanie, jakie emocje niesie za sobą słowa głupek? Zapewne wielu z Was- Drodzy Czytelnicy powie, że jest to wyraz na wskroś negatywny, który wyraża brak wiedzy, brak inteligencji, czy brak samodzielnego myślenia. A ja chciałbym Wam dzisiaj udowodnić, że jest właśnie odwrotnie.

   Robię to dlatego, że już dzisiaj, po raz siódmy stanę na pielgrzymkowym szlaku, który wiedzie przed tron Królowej Polski- na Jasną Górę. Robię to dlatego, że to, co głupie w oczach świata i ludzi, jest przejawem największej mądrości i roztropności w oczach Boga. Robię to dlatego, że głupim jest, aby w dobie szybkiej kolei, samochodów i autobusów, brać na plecy plecak i przez 10 dni iść pieszo ponad 300 kilometrów, aby spojrzeć na obraz. Może głupim wydaje się to w oczach współczesnego człowieka, ogarniętego konsumpcjonizmem, wygodnictwem czy manią zarabiania pieniędzy. Bo dla mnie podjęcie takiego trudu jest czymś zupełnie innym. Jest zadaniem, które wymaga wielkiego samozaparcia, wielkiego pragnienia zmiany własnego życia, wielkiego pragnienia poszukania na nowo sensu własnego życia, wniknięcia we własne ja i zobaczenia, jakie to ono jest piękne. Pielgrzymka jest czasem, podczas którego zbliżając się do Boga, zbliżamy się do drugiego człowieka. Gdzie poprzez odkrywanie największej Miłości potrafimy znaleźć ją w sobie i podzielić się nią z innymi. Gdzie poprzez pot, łzy, bąble czy odparzenia ćwiczymy często swój trudny charakter. Gdzie uczymy się, że można żyć bez telewizora, komputera, komórki, ulubionych seriali czy gier, a dostrzegamy, że kubek wody podany przez współbrata idącego obok, jest heroicznym gestem, który może w diametralny sposób odmienić nasze życie. Pielgrzymka to czas, kiedy ludzie, tak naprawdę stają się ludźmi, kiedy odkrywają, że dobre słowo, braterska pomoc, czy krótka, wspólna modlitwa, może zdziałać więcej niż wszystko inne, co do tej pory uważaliśmy, za niezbędne do realizacji zamierzonego celu- pieniądze czy znajomości. W końcu pielgrzymka to czas przemiany naszych serc, przemiany umysłów i sumień, to czas ładowania duchowych akumulatorów, to czas kiedy nawiązują się nowe, wspaniałe znajomości, czy rodzi się miłość. To czas wyjątkowy.

   Ale tak naprawdę, to trzeba być głupim, aby iść na pielgrzymkę. Trzeba być szaleńcem bożym, aby podjąć trud przejścia 300 kilometrów w deszczu, skwarze słońca, czy innej niesprzyjającej aurze. Trzeba być nienormalnym, aby to wszystko uczynić. Ale jestem z tego dumny, że należę do tego elitarnego grona ludzi głupich. Bo jak już wcześniej wspomniałem- TYLKO GŁUPCY ZOSTAJĄ ŚWIĘTYMI :) .

   P.S. Będę o Was pamiętał w modlitwie- Drodzy Czytelnicy. A po powrocie postaram się napisać obszerną relację z 81 PIESZEJ POZNAŃSKIEJ PIELGRZYMKI NA JASNĄ GÓRĘ :) .