Wiadro i studnia

20246192_1541442315907542_4833704930784849905_n   W przydomowym ogródku stała od wielu lat studnia. Obok niej leżało metalowe wiadro. Wiadro dość już stare, trochę powykrzywiane. Wielokrotnie bywało ono spuszczane w dół studni na zardzewiałym łańcuchu, aby w drodze powrotnej przynieść w sobie zimną i czystą wodę, która najlepiej smakowała  w upalne, letnie dni. Czasami jednak wiadro uderzało o błotniste dno i powracało na powierzchnię puste. Czy i my Drodzy Czytelnicy czasami nie jesteśmy takim wiadrem, które tapla się w błocie? Wiadrem, które chce spełniać swoją funkcję, a nie może? Zastanówmy się dzisiaj nad tym.

   Papież Franciszek wielokrotnie powtarza, że Kościół to szpital polowy, którego głównym zadaniem jest balsamowanie ran a nie ich rozdrapywanie. I w tym właśnie kontekście musimy patrzeć na przywołane na początku wiadro i studnię. Bo czyż nie jesteśmy właśnie wiadrem, którym Bóg chce wydobywać na świat dobro i miłość. Wiadrem, dzięki któremu inni będą mogli Go poczuć i doświadczyć. Co z tego, że wiele razy spadamy na samo dno, gdzie nie ma wody. To co, że czasami taplamy się w błocie, że siedzimy w nim po pas. Przecież miłość Stwórcy jest od tego silniejsza. Wydawać by się mogło, że dno, na którym się znaleźliśmy jest końcem, jest sytuacją bez wyjścia. I tego właśnie chce szatan. Chce abyśmy tak myśleli, abyśmy to błoto traktowali, jak coś normalnego, jako naturalne środowisko życia. Skoro już jestem na tym dnie, skoro z ludzkiego punktu widzenia nie mam szans na zmianę , to przecież muszę w niej trwać. Ale Bóg lubi wkładać ręce w takie błoto i z niego tworzyć piękne rzeczy. Prawda tak trudna do zrozumienia, że aż boli. Błoto to przecież najlepsze środowisko do działania bożego miłosierdzia. Gdy prześledzimy historię wielu świętych Kościoła, to dostrzeżemy, że ich życie właśnie tak wyglądało. Byli po uszy upaprani błotem, tym błotem brudzili także innych i gdy wydawać by się mogło dotknęli  najdalszych czeluści dna, wtedy w ich życie wchodził Bóg. Poprzez grzech, który był ich wolnym wyborem, Bóg wprowadzał w ich życie swoją miłość. Ile razy brzydziliśmy się siebie, ile razy myśleliśmy, że nie ma dla nas ratunku. Przecież zapędziliśmy się tak bardzo w zło, że już dalej nie można.

   A Bóg nam pokazuje, że czasami dno jest jedynym miejscem, dzięki którym On może do nas dotrzeć. I wtedy czujemy Jego wyciągniętą dłoń skierowaną w naszą stronę. Czujemy Jego mocny uścisk, który wyraża tylko jedno: KOCHAM CIĘ. I znowu stajemy się wiadrem, które niestrudzenie po rozwijanym łańcuchu przemieszcza się w głąb studni, aby zaczerpnąć z niej wody, która daje życie- nowe życie. Miejmy zawsze w pamięci słowa papieża Franciszka, który powiedział, że ,,nie ma świętego bez PRZESZŁOŚCI i grzesznika bez PRZYSZŁOŚCI”.

 

Mądrości papieża Franciszka

pobrany plik Papież Franciszek chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Jego prośba, którą skierował w pierwszą niedzielę września, podczas modlitwy Anioł Pański, do wszystkich parafii, sanktuariów, zakonów i wspólnot, była i jest bowiem najlepszą i najmądrzejszą, którą, jak do tej pory, udało się wystosować jakiemukolwiek z władców tego świata- do których biskup Rzymu niewątpliwie należy. Nie był potrzebny nadzwyczajny szczyt państw należących do Unii Europejskiej, nie było potrzebne spotkanie premierów czy prezydentów krajów Europy Zachodniej, przepełnione blaskiem kamer, fleszami aparatów, sztucznymi uśmiechami czy uściskami dłoni, aby powiedzieć, co należy zrobić, aby rozwiązać kwestię uchodźców w Europie. Wystarczyło, aby Ojciec Święty odwołał się do sumień ludzi wierzących, do drzemiącego w nich dobra, do wzajemnej solidarności i przede wszystkim do ich miłości bliźniego.

   Ktoś powie, że naszym zadaniem nie jest zajmowanie się sprawami uchodźców, że przecież sami mamy mnóstwo swoich własnych problemów. Tak, zgadza się- mamy je. Jednak nasze problemy przy ich cierpieniu są niczym. Oni doświadczyli dramatu wojny, doświadczyli cierpienia związanego ze zniszczeniem ich domów, ze śmiercią najbliższych z utratą wszystkiego, co było im drogie. Poprzez ucieczkę z kraju ogarniętego chaosem i rządzonego przez fanatyczną grupę ludzi, chcieli zakończyć swoje przepełnione bólem i płaczem życie, chcieli zacząć żyć na nowo, jak ludzie. W tym miejscu wypadałoby zapytać babcię, czy dziadka, czy i oni podczas II wojny światowej nie mieli podobnie? Czy i oni nie musieli uciekać z bombardowanej i okupowanej Polski do lepszego świata? W tym miejscu należałoby również zadać pytanie, dlaczego Polacy ratowali Żydów? Dlaczego ukrywali ich w piwnicach swoich domostw, na strychach czy w stodołach? Dlaczego to robili? Odpowiedź jest prosta. Chcieli pomagać, bo taki jest nasz obowiązek, bo taka jest nasza natura. Bo człowieka nie określa to, co posiada, lecz to, czym dzieli się z innymi. Jesteśmy bardziej ludzcy, gdy dajemy coś bliźniemu, gdy potrafimy ostatnią kromkę chleba oddać temu, który jej bardziej potrzebuje.

   Problem uchodźców stał się niewątpliwie numerem jeden obecnego miesiąca. Stał się pretekstem do wielu rozmów, debat, marszy czy artykułów. Wywołał lawinę emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Bo przecież wśród ludzi, którzy uciekają, są także i Ci, którzy są tak zwanymi imigrantami ekonomicznymi. Oni to, ukryci w grupie uchodźców wojennych chcą dostać się do lepszego świata. Świata, który nie ma im dać schronienia, nowego domu, spokoju od spadających bomb czy nocnych ostrzałów, ale ma być miejscem, gdzie znajdą lepszą pracę i większe pieniądze.  I w tym momencie do wspominanego przeze mnie wcześniej miłosierdzia, musi dojść także zdrowy rozsądek i pełne wyważenia emocje. Osoby czy organizacje udzielające pomocy muszą z wielką delikatnością i skrupulatnością oceniać, komu pomoc się rzeczywiście należy, a kto, chce dobre serce Europejczyków niecnie wykorzystać.

   Z przybywającymi uchodźcami wiąże się także kwestia wiary. Większość z nich to muzułmanie, którzy inaczej postrzegają Boga, mają inną kulturę i obyczaje. Inaczej podchodzą do wielu spraw, między innymi do traktowania kobiet czy małżeństwa. Myślę, że obecna sytuacja jest niejako sprawdzianem dla europejskich chrześcijan. Muszą zdać oni egzamin ze swojej wiary. Muszą potwierdzić jej siłę, wartość i moc. Muszą na nowo odkryć jej charyzmat. Ci, którzy są letnimi katolikami, muszą stać się gorący, a ci którzy kucają w kościele, muszą w końcu zgiąć kolana. Tylko wówczas będziemy w stanie zatrzymać głoszoną w mediach ,,islamizację Europy”.

   Apel papieża Franciszka, o którym wspominałem na początku artykułu jest łatwy do wykonania. Ojciec Święty nie wymaga od nas wiele. Chce, aby każda parafia w Europie przyjęła jedną rodzinę uchodźców. Zapewniła im dach nad głową oraz warunki do tego, aby mogli przetrwać. Wystarczy tak niewiele. Czasami warto zrezygnować z renowacji organów czy obrazu, aby pieniądze przekazać na pomoc ludziom, którzy doświadczyli cierpienia wojny i uchodźstwa. Więcej radości przynosi Bogu bowiem szczęście człowieka niż odnowiony Jego wizerunek czy ładniej grające organy. Miłosierdzie jako drugie imię miłości ma nam w tym pomagać.

   Wierzę, że jako Polacy, jako rodacy świętego Jana Pawła II, zdamy egzamin, do którego przynagla nas papież. Zdamy go celująco.

 

Rewelacja- Abdykacja

   ITALY POPE FRANCIS MEEST BENDICT XVIDokładnie dwa lata temu papież Benedykt XVI ogłosił całemu światu, że pragnie abdykować, że chce zrzec się powierzonego mu, przez kardynałów na konklawe urzędu Ojca Świętego. Informacja ta lotem błyskawicy obiegła świat i wywołała lawinę spekulacji i domysłów. Zaczęto odkrywać mówiące o tym  przepowiednie oraz doszukiwać się znaków wieszczących rychły koniec świata. Ale co tak naprawdę wywoła ta, bądź co bądź odważna decyzja? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym artykule.

   Trafność podejmowanych przez nas decyzji zależy od wielu czynników. Wpływa na nie przede wszystkim obiektywna analiza posiadanych informacji, słuszność ich oceny oraz wielość możliwych wariantów wyboru. Jednak jedno jest pewne, to my sami stanowimy o swoim losie i tylko my mamy na niego ostateczny wpływ. Decyzja podjęta przez papieża Benedykta XVI nie należała do łatwych. Ojciec Święty na pewno zdawał sobie sprawę jakie konsekwencje może ona wywołać. Był świadomy tego, że uczyni coś, czego od wielu stuleci nie stosowano w Kościele. Uznał jednak, że tak trzeba i w wolności swojego sumienia stwierdził, że abdykacja jest najlepszą z możliwości, jakie przed nim stoją. Co ja, jako członek Kościoła sądzę na ten temat? Osobiście uważam, że Ojciec Święty podjął dobrą decyzję. Uznawszy swoją niemoc fizyczną, przyznał, że nie może już, w sposób odpowiedni przewodzić łodzi świętego Piotra. Okazał tym samym wielką pokorę, mądrość, a co najważniejsze, wielką troskę o Kościół. Uznał, że w tak szybko zmieniającym się świecie, w takich warunkach potrzebny jest przewodnik, który będzie miał odpowiednie siły fizyczne i duchowe, aby sprostać temu, czego oczekuje od niego ludzkość, ale przede wszystkim Bóg. I w tym miejscu dochodzi do ukazania wielkiej mądrości Boga. Gdy wszyscy myśleli, że kardynałowie zebrani na konklawe wybiorą na nowego papieża kandydata młodego, pełnego energii i wigoru, wydarzyła się rzecz niezwykła. Nowym Ojcem Świętym został, mający 77 lat- Jorge Mario Bergoglio. Świat został zaskoczony, ale jak się później okazało pozytywnie, gdyż nowy papież zyskał jego sympatię. Mimo, iż w chwili wyboru był niewiele młodszy od swojego poprzednika miał i nadal ma wigor młodzieńca. Pokazuje, że można zmieniać, to co wcześniej uważane było za coś, czego zmienić się nie da. Łamie utarte schematy, pokazuje, że Kościół to ludzie, a nie stanowiska, samochody, ładne szaty, czy Kuria. Jest blisko tych, których Mu powierzono. Mówi językiem, który jest zrozumiały dla każdego. Udowadnia nam, że nieważne, ile ma się lat, nieważne, gdzie się mieszka i kim się jest. Ważne jest to, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem, że pomoc drugiemu nigdy nie jest daremna oraz, że nawet największą ciemność Bóg potrafi rozjaśnić swoim światłem. Bo dla Niego bowiem, nie ma rzeczy niemożliwych.