Nowy Rok- Nowy Ja

pobrany plik   Do Nowego Roku jeszcze kilkadziesiąt dni. Oczywiście mam tutaj na myśli ten kalendarzowy.  Dla chrześcijan jednak, Nowy Rok nie rozpoczyna się wraz z nastaniem 1 stycznia. Liczenie wszystkiego od początku, zaczynanie wszystkiego od nowa, wybija wraz z pierwszą niedzielą Adwentu. Czyli mówiąc krótko- właśnie dzisiaj. Zazwyczaj jest tak, że wraz z Nowym Rokiem każdy postanawia sobie, że coś w swoim życiu zmieni, że na przykład nauczy się nowego języka, będzie regularnie chodził na siłownię, czy czytał więcej książek. Przeważnie wszystko to dzieje się pod hasłem: ,,Nowy Rok-Nowy Ja”. Dlatego chcę, abyśmy dzisiaj zastanowili się nad tym, co ja, jako chrześcijanin, jako człowiek przygotowujący się na święta Bożego Narodzenia mogę zmienić w swoim życiu? Co mogę zrobić, aby rzeczywiście to postanowienie zrealizować?

   Niektórzy powiedzą, że przecież ja nic nie muszę zmieniać, że wszystko jest dobrze, albo, że niech będzie tak, jak jest. I oczywiście może okazać się, że takie osoby mają rację. Każdy jest bowiem kowalem własnego losu i to od niego zależy jego teraźniejszość i przyszłość. Ale przecież, gdy stoję w miejscu, to się nie poruszam, gdy stoję w miejscu, to zazwyczaj inni mnie wyprzedzają i ostatecznie, gdy stoję w miejscu, powoli zaczynam się cofać. Dlatego powinienem zawsze, a nie tylko od święta, coś w swoim życiu zmieniać. Oczywiście nie mówię tutaj o jakiś diametralnych zmianach, o wywracaniu życia go do góry nogami. Chodzi mi bardziej o robienie takich mniejszych rewolucji. O takie małe, codzienne rewolucyjki. O nie naprawdę nie jest trudno. A  gwarantuję, że dzięki nim, to co dzieje się wokół nas i to, co przede wszystkim dzieje się w nas, będzie zmieniało się na lepsze. Zapytacie zapewne, co mam na myśli. Nie jest to nic wyszukanego. Jest to wszystko, o czym tak intensywnie mówi papież Franciszek. A mianowicie- MIŁOSIERDZIE. Czyli proste gesty, które każdego dnia możemy spełniać. Mówiłem przecież, że będzie łatwo. Aby zmienić siebie i świat wokół, wystarczy kubek zimnej wody podany spragnionemu, wystarczy ciepły koc podany zziębniętemu. Wystarczy otarcie łez tym, co płaczą, wystarczy gorąca zupa i dobre słowo powiedziane do bezdomnego. Wystarczy inne spojrzenie na sąsiada alkoholika, inne spojrzenie na romską kobietę zbierająca datki z dzieckiem na ręku czy niepełnosprawnego, który sam nie może przejść przez ulicę. Żyjąc w ciągłym pędzie nie umiemy dostrzec tego, co nas otacza. Naszą uwagę przykuwają jedynie wielkie litery na bilbordach, głośne reklamy w radiu, czy świecące iluminacje w galerii handlowej. Wracając z przedświątecznych zakupów, obładowani mnóstwem często niepotrzebnych rzeczy nie potrafimy przystanąć przy starszym, trochę nieładnie pachnącym panu, który u wejścia do supermarketu zbiera na bułkę.  Przecież ten, na którego przyjście czekamy, nie wymaga od nas rzeczy niewykonalnych. Nie wymaga od nas heroicznych czynów, które sprawią nam wielki ból czy cierpienie. Chrześcijaństwo bowiem, to nie religia cierpiętników i smutasów. To religia ludzi pełnych nadziei i radości. To religia pełna miłości. Miłości, która jest w stanie przemienić nawet najzimniejsze serce. Miłości, która sprawia, że wszystko odzyskuje nowy blask i nową jakość. I nie są do tego potrzebne ogromne pieniądze, nie są do tego potrzebne naukowe tytuły przed nazwiskiem. Do tego niezbędne jest tylko dobre serce. Więcej radości jest bowiem w dawaniu, aniżeli w braniu. Kto dostrzeże w najsłabszym, ubogim czy chorym swego brata, ten naprawdę doświadczy w swoim życiu rewolucji. Kto nie odtrąci zagubionego, kto poda rękę proszącemu, ten rzeczywiście doświadczy dobrej zmiany. Ten w pełni stanie się nowy. Wystarczy tylko prosty gest miłosierdzia.

   Tak więc u progu Adwentu. U progu Nowego Roku, zróbmy sobie dobre postanowienie. Niech ten czas nie będzie tylko okresem zakupów, gotowania, sprzątania i wiecznego zagonienia, ale będzie czasem odkrycia na nowo dotyków miłosierdzia. Dotyków, dzięki którym ćwiczymy swojego ducha i stajemy się nowym człowiekiem.

Pusty talerz

   nakrycieJuż za kilkanaście dni Drodzy Czytelnicy, zasiądziemy wspólnie z naszą rodziną, krewnymi czy przyjaciółmi do wigilijnego stołu. Będziemy składać sobie świąteczne życzenia, łamiąc się przy tym naszym polskim opłatkiem. Będziemy spożywać 12 postnych potraw, zgodnie z naszą polską tradycją. Później nasz wielkopolski Gwiazdor przyniesie grzecznym i tym mniej grzecznym dzieciom oraz dorosłym prezenty. Następnie przez kolejne dni będziemy odwiedzać naszych bliskich, śpiewać nasze polskie kolędy i z utęsknieniem czekać na przyjście Nowego Roku. Wszystko pięknie i ładnie, bo w atmosferze długo oczekiwanego Bożego Narodzenia. Ja jednak chciałbym, abyśmy pochylili się nad inną naszą polską tradycją, o której nie wspomniałem wcześniej. Chciałbym abyśmy pomyśleli nad pustym talerzem przy wigilijnym stole. Czy jest on tylko dla nas symbolem, który musi się na nim znaleźć, czy stanowi może dla nas większą wartość?

   Podobno Polacy to gościnny naród. I to prawda. Pokazały to przecież Światowe Dni Młodzieży. Wówczas każdy dom otworzył na oścież drzwi, aby przyjąć młodzież z różnych zakątków świata. Dla nikogo nie było problemem, aby odstąpić na kilka dni łóżko Azjacie, Indianinowi czy czarnoskóremu mieszkańcowi Afryki. Było to łatwiejsze, być może ze względu na to, że łączył nasz wspólny mianownik- Jezus. Robiliśmy to, bo uważaliśmy, że tak po prostu trzeba, bo tego wymaga nasza religia. Ale czy na pewno właśnie tak powinniśmy rozumieć gościnność? Jeśli pokusimy się o rozłożenie na części pierwsze słowa ,,gościnność”, to otrzymamy dwa piękne wyrazy: ,,gość” oraz ,,inność”. Przypadek? Nie sądzę. Jak mawiał ksiądz Kaczkowski: ,,nie można być gościnnym wobec ludzi tożsamych, gościć można tylko innych”. Ale co to znaczy innych? Zapytajmy więc dzisiaj samych siebie, w przededniu tego radosnego, świątecznego czasu, co by się stało, gdyby miejsce, gdzie znajduje się pusty talerz, zajęła osoba wyznająca wiarę w innego Boga, osoba posiadająca inne poglądy polityczne, inną orientację seksualną, mówiąca innym językiem bądź ateista? Czy bylibyśmy skłonni, do tego, aby zjadła z nami wspólnie wigilijną kolację?

   Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie wystarczy spojrzeć na codzienne relacje, jakie są pomiędzy nami. Nie lubimy, gdy ktoś popiera inną niż my partię polityczną. Nie możemy zrozumieć, że nasz oponent bardziej utożsamia się z konserwatystami niż z liberałami. Nie możemy sobie wyobrazić sytuacji, że na naszym osiedlu mieszka uchodźca, który może być potencjalnym terrorystą, bo przecież jest muzułmaninem. A oni przecież stoją za większością zamachów na świecie. Nie potrafimy sobie wyobrazić sytuacji, że w rodzinie, która od wieków była i jest katolicka, w której co niedzielę uczestniczy się w Mszy Świętej, spełnia nakazane posty, syn lub córka może być homoseksualistą. A tym bardziej nie możemy pojąć, jakby przy jednym stole mógł z nami siedzieć, podczas jednego z najważniejszych dla nas chrześcijan świąt w roku, ktoś, kto całkowicie neguje istnienie Boga. I tu leży sedno całej sprawy. Ten pusty talerz jest oznaką, że na kogoś czekamy. Jest oznaką, że mamy otwarte i pełne miłości serca. Jednak nie możemy czekać wyłącznie na kogoś, kto będzie spełniał określone przez nas warunki, kogoś kogo będziemy mogli wybrać sobie sami. Musimy potrafić usiąść do stołu z każdym. Człowiek to nie produkt, który możemy dobierać z całej ich gamy dostępnych w supermarkecie. Człowiek to istota, która została powołana do życia dzięki wielkiej Miłości Boga. Skoro ukochał go Stwórca, to i moim obowiązkiem jest zrobić to samo. Niezależnie kim ta osoba jest. A może w tym zagorzałym liberale kryje się człowiek, który każdego miesiąca przeznacza część swoich dochodów na pomoc dzieciom z domów dziecka? A może ten muzułmanin jest wybitnym chirurgiem, który może nam w przyszłości uratować życie? A może nasz syn gej jest chłopakiem, który większość swojego wolnego czasu poświęca na pomoc niepełnosprawnym, będąc wolontariuszem w hospicjum? I w końcu, może w tym ateiście kryje się wybitny nauczyciel, który rozbudza w naszych dzieciach pragnienie zdobywania i poszerzania wiedzy? Tego nie wiemy. I nie dowiemy się, gdy nie damy drugiemu człowiekowi szansy.

  I już tak na sam koniec. Jeśli my jako chrześcijanie, jako wyznawcy Jezusa, nie będziemy otwarci na innych, na ich religię, poglądy, to ten pusty talerz możemy wyrzucić przez okno. Przynajmniej będzie więcej miejsca na potrawy czy świeczki. Pomyślcie o tym Drodzy Czytelnicy podczas szykowania zastawy na tegoroczną Wigilię.