Różaniec do granic

   13-netherlands-and-belgiumW pierwszą sobotę października, która równocześnie była pierwszą sobotą miesiąca i dniem, w którym Kościół czcił Matkę Boską Różańcową, rzesze ludzi udały się na granice naszego kraju, aby otoczyć je murem zbudowanym z paciorków różańca. Oddolna inicjatywa ludzi świeckich spotkała się nie tylko z aprobatą i wielkim uznaniem hierarchów kościelnych, ale przede wszystkim z pozytywnym odzewem wszystkich wiernych, którzy z różnych stron Polski spieszyli na jej krańce, aby modlić się o pokój dla niej i świata całego. Nie chcę jednak dłużej rozwodzić się nad przebiegiem tej akcji. Chcę abyśmy dzisiaj spojrzeli na inne granice. Nie te widoczne na mapie, nie te które wyznaczają długość i szerokość danego kraju, ale na granice, które są w naszym życiu.

   Każdy z nas jest w czymś ograniczony. Każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu się czegoś boi, czegoś lęka, z czymś ma problem. Każdy ma takie miejsca w swojej duszy, których nie chce przekraczać, rejony, w które nie chce się zapuszczać. Są też wśród nas osoby, które stworzyły wokół siebie takie mury i słupy graniczne, że nie jesteśmy w stanie ich przekroczyć. I to do nas wszystkich Jezus kieruje słowa mówiące o tym, że On chce stanąć na granicy naszego serca. Chce stanąć w miejscu, w którym my nigdy nie stanęliśmy. Chce spojrzeć na nas takimi, jakim jesteśmy i powiedzieć, że nie mamy się lękać. On zwyciężył świat. Tylko dzięki zaufaniu Jego słowom możemy robić rzeczy wielkie. Możemy przełamywać będące w nas bariery, przekraczać nieprzekraczalne dotąd granice, szczególnie te związane  z trwaniem w grzechu. Możemy uwalniać się ze zniewalających nas więzów, które ograniczały naszą swobodę. Da się to jednak osiągnąć wówczas, gdy powierzymy wszystko Jemu, gdy to wszystko oddamy w Jego ręce. Jezus nasz zna. On wie, gdzie są nasze granice, on wie, gdzie zbudowaliśmy mur, który stanowi barierę dla Jego miłości. Często nasze życie jest tak pogmatwane, często jest ono przepełnione wieloma zranieniami, upadkami, błędami. To one są poniekąd cegłami, które stanowią elementy budulcowe. Nasz egoizm i chęć robienia wszystkiego po swojemu, stanowią spoiwo, dzięki któremu mur z każdym dniem może stawać się większy. Ale Jezus jest silniejszy od naszych szańców. Jemu wystarczy tylko jedno słowo, aby uzdrowić duszę człowieka. Wystarczy spojrzenie w oczy, aby wszystko się rozpadło. Istotnym jest jednak to, abyśmy chcieli, aby Jezus nas przemieniał. Bez naszego ,,chcę” Bóg nie będzie działał, nie będzie na siłę ingerował w nasze życie, nie będzie wchodził tam, gdzie Go nie zaprosimy. Jest za bardzo delikatny i subtelny. Jednak, gdy z naszej strony pojawi się zawierzenie, że tylko słowo wystarczy, aby dusza była uzdrowiona, wówczas będą dziać się cuda. Uwierzmy! To jest możliwe.

   Dlatego przekraczajmy nasze granice. Burzmy mury, które są wokół nas. Otwierajmy na oścież nasze serca. Nie róbmy tego jednak sami. Zawsze zapraszajmy do tego Jezusa. Bo tylko z nim jesteśmy w stanie przekraczać to co nieprzekraczalne.

Wiadro i studnia

20246192_1541442315907542_4833704930784849905_n   W przydomowym ogródku stała od wielu lat studnia. Obok niej leżało metalowe wiadro. Wiadro dość już stare, trochę powykrzywiane. Wielokrotnie bywało ono spuszczane w dół studni na zardzewiałym łańcuchu, aby w drodze powrotnej przynieść w sobie zimną i czystą wodę, która najlepiej smakowała  w upalne, letnie dni. Czasami jednak wiadro uderzało o błotniste dno i powracało na powierzchnię puste. Czy i my Drodzy Czytelnicy czasami nie jesteśmy takim wiadrem, które tapla się w błocie? Wiadrem, które chce spełniać swoją funkcję, a nie może? Zastanówmy się dzisiaj nad tym.

   Papież Franciszek wielokrotnie powtarza, że Kościół to szpital polowy, którego głównym zadaniem jest balsamowanie ran a nie ich rozdrapywanie. I w tym właśnie kontekście musimy patrzeć na przywołane na początku wiadro i studnię. Bo czyż nie jesteśmy właśnie wiadrem, którym Bóg chce wydobywać na świat dobro i miłość. Wiadrem, dzięki któremu inni będą mogli Go poczuć i doświadczyć. Co z tego, że wiele razy spadamy na samo dno, gdzie nie ma wody. To co, że czasami taplamy się w błocie, że siedzimy w nim po pas. Przecież miłość Stwórcy jest od tego silniejsza. Wydawać by się mogło, że dno, na którym się znaleźliśmy jest końcem, jest sytuacją bez wyjścia. I tego właśnie chce szatan. Chce abyśmy tak myśleli, abyśmy to błoto traktowali, jak coś normalnego, jako naturalne środowisko życia. Skoro już jestem na tym dnie, skoro z ludzkiego punktu widzenia nie mam szans na zmianę , to przecież muszę w niej trwać. Ale Bóg lubi wkładać ręce w takie błoto i z niego tworzyć piękne rzeczy. Prawda tak trudna do zrozumienia, że aż boli. Błoto to przecież najlepsze środowisko do działania bożego miłosierdzia. Gdy prześledzimy historię wielu świętych Kościoła, to dostrzeżemy, że ich życie właśnie tak wyglądało. Byli po uszy upaprani błotem, tym błotem brudzili także innych i gdy wydawać by się mogło dotknęli  najdalszych czeluści dna, wtedy w ich życie wchodził Bóg. Poprzez grzech, który był ich wolnym wyborem, Bóg wprowadzał w ich życie swoją miłość. Ile razy brzydziliśmy się siebie, ile razy myśleliśmy, że nie ma dla nas ratunku. Przecież zapędziliśmy się tak bardzo w zło, że już dalej nie można.

   A Bóg nam pokazuje, że czasami dno jest jedynym miejscem, dzięki którym On może do nas dotrzeć. I wtedy czujemy Jego wyciągniętą dłoń skierowaną w naszą stronę. Czujemy Jego mocny uścisk, który wyraża tylko jedno: KOCHAM CIĘ. I znowu stajemy się wiadrem, które niestrudzenie po rozwijanym łańcuchu przemieszcza się w głąb studni, aby zaczerpnąć z niej wody, która daje życie- nowe życie. Miejmy zawsze w pamięci słowa papieża Franciszka, który powiedział, że ,,nie ma świętego bez PRZESZŁOŚCI i grzesznika bez PRZYSZŁOŚCI”.

 

W zdrowym ciele, zdrowa dusza?

   Marathon, black silhouettes of runners on the sunsetPawłowe blubry dotyczą wielu spraw. Od polityki, przez naukę, wspomnienia odwiedzonych miejsc, po tematy dotyczące wiary. I dzisiejszy wpis będzie dotyczył własnie spraw związanych z religią. Niezainteresowanych odsyłam do kubka mrożonej kawy na balkonie a zaciekawionych do lektury i komentarzy.

   Nie sposób w dzisiejszym świecie zauważyć wielkiego kultu ciała. Większość z nas na początku każdego roku, a jeszcze częściej przed okresem wakacyjnym, postanawia sobie, coś zrobić ze swoim ciałem. Zaczynamy chodzić na siłownię, biegamy, pływamy w basenie czy jeździmy na rowerze. Wszystko po to, aby w okresie letnim, kiedy to jesteśmy bardziej skłonni odsłaniać więcej partii ciała, móc pokazać innym naszą muskulaturę. Pisząc te słowa w żaden sposób nie chcę wyrażać opinii, że jest to złe, bo nie jest. Bardzo często sport jest najlepszą ucieczką przed grzechem. Gdy nasze ciało zajęte jest spalaniem kalorii, kolejnym przebiegniętym kilometrem, czy podniesiony ciężarem, jesteśmy mniej skłonni myśleć lub czynić coś, co jest przeciw Bogu. Ale zastanówmy się dzisiaj przy tej okazji, czy przy tej samej intensywności dbania o swoje ciało dbamy także o swoją duszę?

   Ile czasu zajmuje nam poranna toaleta? Ile czasu wykonujemy makijaż? Jak długo jesteśmy na siłowni, basenie czy w klubie fitness? Czy oby przypadkiem nie tracimy zbyt wiele czasu na to, co tak naprawdę jest mało istotne. A teraz zapytajmy się, ile czasu przede Mszą Świętą pojawiam się w kościele, aby się do niej przygotować? Ile czasu poświęcam na modlitwę po przyjęciu Ciała Pana Jezusa? Ile czasu na dziękczynienie? Czy potrafię oprócz wymaganej przez Kościół niedzielnej Eucharystii poświęcić w tygodniu czas na modlitwę, nabożeństwo, różaniec, pacierze? Czy potrafię proporcje ciała zbilansować z proporcjami duszy? Wiem, że pytania te są bardzo trudne, wiem, że czujemy się zawstydzeni, gdy je sobie musimy zadać, ale musimy przede wszystkim pamiętać, że nasza religia, to nie pluszowy Bóg, do którego przytulamy się tylko wtedy, gdy jest nam smutno lub gdy jesteśmy sami. Musimy pamiętać o tym, że on nas kocha od zawsze na zawsze. A skoro On nas ukochał, to nie pozostaje nic innego, jak robić to samo. A przecież najlepszą z możliwości okazania miłości jest czas poświęcony drugiej osobie. Bóg nie wymaga od nas heroicznych czynów, nie wymaga od nas godzin pochwalnych hymnów, nie wymaga leżenia krzyżem. On żąda odrobiny miłości, odrobiny czasu Mu poświęconego. Chyba nas na to stać?

   Jaki pożytek osiągniemy, gdy przyjdziemy do kościoła w najpiękniejszym garniturze czy sukience? Jaki pożytek osiągniemy, gdy będziemy mieć najlepszy makijaż, czy pod linijkę ułożone włosy, gdy pod tym wszystkim będzie się kryła gnijąca dusza? Gdy mimo tego wszystkiego, nie będziemy mogli zjednoczyć się z Chrystusem z Eucharystii. Pamiętaj, że dla Boga liczy się Twoje wnętrze, Twoja dusza. On tak Cię kocha, że będzie o nią walczył, zawsze. Ciało umiera i staje się pożywką dla ziemi, dusza żyje wiecznie. Dbaj o nią, a wówczas w pełni odkryjesz znaczenie słów, że gdy duch zdrowy, to i ciało zdrowe.

cZŁOwiek

   pobrany plikLudzie uważają, że piątek 13 jest zawsze dniem pechowym. Tegoroczny był rzeczywiście pechowy. Był najtragiczniejszym dniem w tym roku. Dniem, w którym niewinni ludzie ponieśli śmierć. Śmierć, która była zadana w imię Boga. I tutaj rodzi się pytanie: który Bóg chce, aby w Jego imię pozbawiać życia drugiego człowieka? Odpowiedź jest jedna- żaden.

   Zamach terrorystyczny w Paryżu pokazał nam, że żyjąc w XXI wieku, żyjąc w czasach, które od prawie 70 lat nie były naznaczone wojną, nie możemy czuć się bezpieczni. Pokazał nam, że człowiek jest zdolny do tego- aby w imię wymyślonej przez siebie ideologii, że to Bóg chce, aby ginęli innowiercy- zabijać bezbronnych i niewinnych ludzi. To wydarzenie uzmysłowiło nam, że występujące w wyrazie człowiek, słowo zło, nie jest tam przypadkowo. Ludzka natura jest bowiem zdolna do czynienia rzeczy wielkich, dobrych i wzniosłych, ale także do tworzenia tego, co obrażające, okrutne i straszne. Historia świata jest pełna osób świętych, które swoim życiem i postawą świadczyły o tym, że można żyć w zgodzie z samym sobą, innymi, środowiskiem i Bogiem oraz tych, którzy byli tego zaprzeczeniem. Pełna była tych, którzy w imię wzniosłych ideałów potrafili zabijać, potrafili zastraszać, manipulować i niszczyć to, co przez wielu było kochane. Wydarzenia w Paryżu sprawiły, że wszyscy zaczęliśmy zastanawiać się dokąd zmierza świat. Jeśli przeanalizujemy mszalne czytania na ten właśnie czarny piątek oraz następne dni, możemy zauważyć, że dotykają one sytuacji związanej z końcem świata. Czy Bóg przez te wydarzenia chciał nam coś powiedzieć? Czy chciał abyśmy coś zrozumieli, abyśmy otrząsnęli się ze zła, w którym codziennie się pogrążamy?

   Czy człowiek może usprawiedliwiać swoje czyny wolą Bożą? Czy może zabijać niewinną osobę mając na ustach Allahu Akbar, oznaczające że Bóg jest wielki? Nie może! Żaden rodzic nie żywi się krwią swoich dzieci. Żaden ojciec czy matka nie zabija swojego dziecka, aby samemu żyć. Żaden Bóg nie chce, aby w jego imię ktoś zabijał.

   Czy nadal uważam, że należy pomagać uchodźcom, tym, którzy szukają lepszego życia tutaj w Europie? Tak, nadal uważam, że jako chrześcijanie mamy obowiązek okazywać miłosierdzie. Nie każdy uchodźca to terrorysta, tak jak nie każdy chodzący do kościoła do prawdziwie wierzący. Nie wolno nam skreślać tysięcy ludzi, tylko przez to, że garstka popełniła błąd, tak samo jak nie można oceniać całego Kościoła przez pryzmat grzechów ludzi, którzy go tworzą. To, że ci ludzie uciekają z miejsc, w których mieszkali, jest konsekwencją decyzji wielkich tego świata, którzy tam wywołali wojnę. To przywódcy największych państw świata są współodpowiedzialni za to, co teraz dzieje się w Europie. To oni mają na swoich rękach krew niewinnych ludzi.

  Oby nigdy więcej nie powtórzyła się sytuacja, która miała miejsce 13 listopada w Paryżu. Oby człowiek nigdy nie zabijał drugiego człowieka w imię Boga!  Oby żądza odwetu za wszelką cenę nie była przyczynkiem do wybuchu wojny. Wojny, która może zniszczyć to wszystko, co kochamy!

Prezenty dla Pana Boga

   pobrany plikKażdy z nas- Drodzy Czytelnicy lubi dostawać prezenty. Te duże, kosztujące bardzo wiele oraz te drobne, które są zazwyczaj przejawem życzliwości czy wdzięczności. Bo w dawaniu bowiem, wydaje mi się, nie liczy się rozmiar a przyświecająca mu intencja. Najważniejsze jest przecież to, aby, to czym kogoś obdarowujemy było okraszone czystością naszych intencji. A jak to jest z podarkami, jakie otrzymuje od nas Pan Bóg? I czy w ogóle takowe otrzymuje? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym artykule. Do napisania go w takiej a nie innej formie, pod takim a nie innym tytułem, skłoniły mnie dwie sytuacje. Pierwszą była sobotnia wizyta w Licheniu, w którym to znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Bolesnej Królowej Polski oraz rozmowa z moim kolegą- przyszłym doktorem teologii. Te dwa niezależne od siebie wydarzenia stopiły się niemal w jedno i dały impuls do tego, aby wyrazić swoją opinię o formie w jakiej możemy Bogu okazywać wdzięczność.

   Licheń to miejsce, gdzie znajduje się sanktuarium maryjne, które od wielu już lat budziło i budzi wiele kontrowersji. Kościół, jaki tam stoi jest bowiem największym, jaki udało się do tej pory pobudować w Polsce. Patrząc dalej jest on 8 w Europie i 12 na świecie pod względem wielkości. Ilość złota, zdobień, marmurów, kamieni i innych elementów ozdobnych jest przeogromna. Jego majestatyczność zapiera dech w piersiach i równocześnie sprawia, że gdzieś z tyłu głowy rodzi się pytanie ,,czy Bogu to się podoba?”. Dodam, że wszystko, co znajduje się w kościele i wokół niego zostało sfinansowane z dobrowolnych ofiar tysięcy, jak nie milionów wiernych, których nazwiska można przeczytać na specjalnych tablicach umieszczonych na ścianach bazyliki. Pozostawmy na chwilę Licheń w spokoju, a wróćmy do drugiego z wydarzeń, które dało początek temu artykułowi. Była to wizyta w salonie hafciarskim, do którego zaprowadził mnie mój kolega Piotr, aby pokazać mi powstający tam pięknie zdobiony ornat. Ornat wyszywany najlepszymi nićmi, którego wartość opiewa na kilka tysięcy złotych, a który- jak mi wytłumaczył Piotr, jest darem, wotum, podziękowaniem pewnej osoby za otrzymane łaski. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, orant ten będzie używany tylko podczas ważnych uroczystości, a resztę roku spędzi wisząc w szafie na zapleczu kościoła, czyli inaczej mówiąc w zakrystii. Te dwa osobne, a jednak tak bliskie w swej naturze wydarzenia sprawiły, że w mojej głowie narodziła się myśl, którą już wcześniej artykułowałem: ,,czy Bogu jest to potrzebne?”.

   Ktoś powie, że każdy człowiek chce mieszkać w jak najlepszych warunkach, chce jeździć jak najlepszym samochodem, ubierać się w modne ubrania i jeździć na najlepsze z możliwych wakacji. Taka jest nasza natura. A skoro my dążymy do tego, aby wszystko wokół nas było jak najlepsze, to dla naszego Stwórcy i Zbawiciela wszystko powinno być po stokroć okazalsze. Tak- zgadzam się z tym w 100%. Skoro ja pragnę ubierać się pięknie, to powinien zadbać o to, aby w domu mojego Boga było pięknie. Co do tego nie mam żadnych uwag. Ale idąc dalej, czy powinno zakładać się gronostajowe futro na brudne ubrania? Wydaje mi się, że nie. Dlatego uważam, że lepszym i milszym dla Boga- chociaż mogę się mylić, gdyż nie jestem teologiem, jest czyste serce jego dzieci, a szczególnie czyste serce osoby, przez której ręce dochodzi do cudownego wydarzenia- przemiany wina w Krew i chleba w Ciało. Bóg w swej mądrości pokazał nam, że to co najważniejsze, to co najbardziej istotne i kluczowe dla naszej wiary, znajduję się w czymś tak bardzo prostym, kruchym i powszednim- w chlebie, który codziennie bierzemy do ręki. O ile jestem za najlepszymi materiałami do produkcji naczyń liturgicznych- bo przecież w nich jest ,,przechowywany” Bóg, tak uważam, że nadmierne zdobienia, piękne szaty są elementem zbędnym. W dzisiejszych czasach do ludzi nie trzeba przemawiać obrazem. Do dzisiejszego człowieka należy przemawiać gestem. Nie żyjemy w Średniowieczu, gdzie Ewangelię wyjaśniały rzeźby i malowidła. Najlepszym przykładem gestu, jaki został nam dany na te czasy jest papież Franciszek, który w dniu wyboru zrezygnował z gronostajowego mucetu, bo jak sam stwierdził ,,karnawał się już dawno skończył”. Poprzez swoje zachowanie pokazuje, że ważniejsza od haftowanego baldachimu, jest miłość okazana bliźniemu. Że większą wartość ma podany kubek wody i otarcie krwawiącej rany, niż srebrna piszczałka czy marmurowy posąg. W swoim nauczaniu odwołuje się do miłości bliźniego, a nie do celebracji, przez co uważany jest za ,,prostackiego papieża”, który nie ubiera się w złoto i szafiry i chodzi w brudnych butach. Ale poprzez takie zachowanie zyskał więcej zwolenników niż przeciwników. To co tu na Ziemi przeminie, z tego co zbudowano nie pozostanie kamień na kamieniu. Jedyne, co będziemy mogli zabrać ze sobą na drugi brzeg, to miłość okazaną bliźniemu. Gdy kochamy swego brata i siostrę- kochamy samego Boga i tym samym dajemy mu najlepszy z możliwych prezentów.

   I na zakończenie. Nie neguje ofiar składanych na kościół. Nie neguje ludzi, którzy oddają swoje pieniądze, złoto czy srebro na zdobienie ołtarzy bądź nowe ornaty czy dekoracje. Robią to co uważają za słuszne. Bóg to widzi i odda im według ich zasług. Jako człowiek wolny, jako osoba będąca członkiem Kościoła, jako osoba głęboko wierząca, kieruję się jednak w życiu inną zasadą, która została zawarta w Ewangelii według świętego Matusza w rozdziale 12, gdzie Jezus mówi ,,chcę raczej MIŁOSIERDZIA niż OFIARY”.

10 wspaniałych dni

5   Tak jak obiecałem, kończąc ostatni z moich artykułów- dzisiaj pragnę podzielić się z moimi Czytelnikami wrażeniami z 81 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Co by nie przedłużać, przejdę od razu do meritum.

   Czym tak naprawdę jest dla mnie pielgrzymka? Czy jest ona tylko 10- dniowym marszem z Poznania do Częstochowy? Gdyby tak było, jej sens byłby całkowicie wypaczony, a osoby w niej uczestniczące mogłyby równie dobrze przemierzyć tę trasę w pojedynkę, idąc w dowolnym czasie, dowolnej porze i zapewne tylko w sprzyjających warunkach atmosferycznych :) . Tym właśnie pielgrzymowanie różni się od zwykłego wędrowania, że zakłada wspólnotę- równość w różności. Mimo iż pochodzimy z różnych domów, mamy różne zwyczaje i nawyki, uczymy się bądź pracujemy w różnych miejscach, to na pielgrzymce musimy o tym wszystkim zapomnieć, musimy to wszystko odłożyć na bok. Bo pielgrzymka to czas, kiedy człowiek tak naprawdę uświadamia sobie, jak wiele w jego życiu jest niedociągnięć, jak wiele złych nawyków posiada, jak wiele różni, go od innych. To wówczas, idąc ramię w ramię obok osoby, której nie znamy (ale na Jasnej Górze już zapewne będziemy przyjaciółmi :) ), możemy wniknąć w głąb samego siebie. Poprzez spoglądanie na bliźnich, na ich roześmiane, zamyślone lub przepełnione cierpieniem twarze, możemy tak naprawdę poznać siebie. Z własnego- siedmioletniego już stażu pielgrzymowania- wiem, że pielgrzymka jest czasem, gdy przemianie ulega nasz charakter. To, co w ciągu roku zdaje nam się być przykrą koniecznością-  chociażby wstawanie skoro świt- wtedy nabiera innego sensu. Bo przecież, kto rano wstaje temu Pan Bóg daje, kto rano wstaje, ten ma dłuższy dzień i kto rano wstaje, ten może z zapałem i radością wyśpiewać Godzinki. To, na co, na co dzień zwykle nie mamy czasu, na pielgrzymce jest na wyciągnięcie ręki- Eucharystia, która jest centrum naszego kroczenia do Matki, Słowo Boże, chwile ciszy, które uświadamiają nam, ile hałasu i zgiełku jest wokół nas oraz, że głos Boga jest słyszalny tylko, gdy to my zamkniemy usta. Pielgrzymka jest także czasem, gdy potrafimy uznać nad sobą władzę innych- czy to księdza przewodnika czy służb porządkowych, jest czasem, gdy wszystko ma swoje miejsce- Msza Święta, posiłki, odpoczynek, modlitwa, rozmowa. W końcu jest czasem, podczas którego można poznać Boga, ale i drugiego człowieka. Czasem, gdzie zawiązują się nowe znajomości (Robert, żeby nie było, że obiecałem, iż o Tobie napiszę, a tego nie zrobiłem :) ), przyjaźnie, a nawet rodzi się miłość :) .

   Powiem Wam- Drodzy Czytelnicy, że w pielgrzymce nie jest najtrudniejsze te 300 kilometrów, które trzeba przejść. Trudnym nie jest także deszcz, który sprawia, że wszystko jest mokre, czy słońce, które opala nas, tak, że potem trudno jest się pokazać na plaży, gdyż wszystko opalone jest tylko do połowy :) . Nie jest trudnym wczesne wstawanie, późne kładzenie się spać, czy krótki sen. Najtrudniejszym po pielgrzymce jest utrzymanie jej ducha przez cały rok. Dlatego też, życzę każdemu pielgrzymowi 81 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę, aby przez kolejne 365 dni, był taki, jak podczas tych 10 wyjątkowych dni. Wówczas świat wokół nas będzie piękniejszy a nasze życie na pewno okaże się łatwiejsze.

Tylko głupcy zostają świętymi

pobrany plik   Każde wypowiadane przez nas słowo niesie za sobą pewną wiązkę uczuć. Jedne z nich mają wydźwięk pozytywny, jak dobro, miłość, pokój, szczęście, czy cnota, inne natomiast zawsze kojarzyć nam się będą z czymś negatywnym: ból, smutek, rozpacz, strach. Jak zwykł mawiać Albus Dumbledore ,,słowa są niewyczerpalnym źródłem magii, mogącym czynić zło, jak i je naprawiać”. Dlatego też, każdy z nas powinien ważyć wypowiadane słowa. I w tym miejscu chciałbym, abyśmy zadali sobie pytanie, jakie emocje niesie za sobą słowa głupek? Zapewne wielu z Was- Drodzy Czytelnicy powie, że jest to wyraz na wskroś negatywny, który wyraża brak wiedzy, brak inteligencji, czy brak samodzielnego myślenia. A ja chciałbym Wam dzisiaj udowodnić, że jest właśnie odwrotnie.

   Robię to dlatego, że już dzisiaj, po raz siódmy stanę na pielgrzymkowym szlaku, który wiedzie przed tron Królowej Polski- na Jasną Górę. Robię to dlatego, że to, co głupie w oczach świata i ludzi, jest przejawem największej mądrości i roztropności w oczach Boga. Robię to dlatego, że głupim jest, aby w dobie szybkiej kolei, samochodów i autobusów, brać na plecy plecak i przez 10 dni iść pieszo ponad 300 kilometrów, aby spojrzeć na obraz. Może głupim wydaje się to w oczach współczesnego człowieka, ogarniętego konsumpcjonizmem, wygodnictwem czy manią zarabiania pieniędzy. Bo dla mnie podjęcie takiego trudu jest czymś zupełnie innym. Jest zadaniem, które wymaga wielkiego samozaparcia, wielkiego pragnienia zmiany własnego życia, wielkiego pragnienia poszukania na nowo sensu własnego życia, wniknięcia we własne ja i zobaczenia, jakie to ono jest piękne. Pielgrzymka jest czasem, podczas którego zbliżając się do Boga, zbliżamy się do drugiego człowieka. Gdzie poprzez odkrywanie największej Miłości potrafimy znaleźć ją w sobie i podzielić się nią z innymi. Gdzie poprzez pot, łzy, bąble czy odparzenia ćwiczymy często swój trudny charakter. Gdzie uczymy się, że można żyć bez telewizora, komputera, komórki, ulubionych seriali czy gier, a dostrzegamy, że kubek wody podany przez współbrata idącego obok, jest heroicznym gestem, który może w diametralny sposób odmienić nasze życie. Pielgrzymka to czas, kiedy ludzie, tak naprawdę stają się ludźmi, kiedy odkrywają, że dobre słowo, braterska pomoc, czy krótka, wspólna modlitwa, może zdziałać więcej niż wszystko inne, co do tej pory uważaliśmy, za niezbędne do realizacji zamierzonego celu- pieniądze czy znajomości. W końcu pielgrzymka to czas przemiany naszych serc, przemiany umysłów i sumień, to czas ładowania duchowych akumulatorów, to czas kiedy nawiązują się nowe, wspaniałe znajomości, czy rodzi się miłość. To czas wyjątkowy.

   Ale tak naprawdę, to trzeba być głupim, aby iść na pielgrzymkę. Trzeba być szaleńcem bożym, aby podjąć trud przejścia 300 kilometrów w deszczu, skwarze słońca, czy innej niesprzyjającej aurze. Trzeba być nienormalnym, aby to wszystko uczynić. Ale jestem z tego dumny, że należę do tego elitarnego grona ludzi głupich. Bo jak już wcześniej wspomniałem- TYLKO GŁUPCY ZOSTAJĄ ŚWIĘTYMI :) .

   P.S. Będę o Was pamiętał w modlitwie- Drodzy Czytelnicy. A po powrocie postaram się napisać obszerną relację z 81 PIESZEJ POZNAŃSKIEJ PIELGRZYMKI NA JASNĄ GÓRĘ :) .