Prezenty dla Pana Boga

   pobrany plikKażdy z nas- Drodzy Czytelnicy lubi dostawać prezenty. Te duże, kosztujące bardzo wiele oraz te drobne, które są zazwyczaj przejawem życzliwości czy wdzięczności. Bo w dawaniu bowiem, wydaje mi się, nie liczy się rozmiar a przyświecająca mu intencja. Najważniejsze jest przecież to, aby, to czym kogoś obdarowujemy było okraszone czystością naszych intencji. A jak to jest z podarkami, jakie otrzymuje od nas Pan Bóg? I czy w ogóle takowe otrzymuje? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym artykule. Do napisania go w takiej a nie innej formie, pod takim a nie innym tytułem, skłoniły mnie dwie sytuacje. Pierwszą była sobotnia wizyta w Licheniu, w którym to znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Bolesnej Królowej Polski oraz rozmowa z moim kolegą- przyszłym doktorem teologii. Te dwa niezależne od siebie wydarzenia stopiły się niemal w jedno i dały impuls do tego, aby wyrazić swoją opinię o formie w jakiej możemy Bogu okazywać wdzięczność.

   Licheń to miejsce, gdzie znajduje się sanktuarium maryjne, które od wielu już lat budziło i budzi wiele kontrowersji. Kościół, jaki tam stoi jest bowiem największym, jaki udało się do tej pory pobudować w Polsce. Patrząc dalej jest on 8 w Europie i 12 na świecie pod względem wielkości. Ilość złota, zdobień, marmurów, kamieni i innych elementów ozdobnych jest przeogromna. Jego majestatyczność zapiera dech w piersiach i równocześnie sprawia, że gdzieś z tyłu głowy rodzi się pytanie ,,czy Bogu to się podoba?”. Dodam, że wszystko, co znajduje się w kościele i wokół niego zostało sfinansowane z dobrowolnych ofiar tysięcy, jak nie milionów wiernych, których nazwiska można przeczytać na specjalnych tablicach umieszczonych na ścianach bazyliki. Pozostawmy na chwilę Licheń w spokoju, a wróćmy do drugiego z wydarzeń, które dało początek temu artykułowi. Była to wizyta w salonie hafciarskim, do którego zaprowadził mnie mój kolega Piotr, aby pokazać mi powstający tam pięknie zdobiony ornat. Ornat wyszywany najlepszymi nićmi, którego wartość opiewa na kilka tysięcy złotych, a który- jak mi wytłumaczył Piotr, jest darem, wotum, podziękowaniem pewnej osoby za otrzymane łaski. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, orant ten będzie używany tylko podczas ważnych uroczystości, a resztę roku spędzi wisząc w szafie na zapleczu kościoła, czyli inaczej mówiąc w zakrystii. Te dwa osobne, a jednak tak bliskie w swej naturze wydarzenia sprawiły, że w mojej głowie narodziła się myśl, którą już wcześniej artykułowałem: ,,czy Bogu jest to potrzebne?”.

   Ktoś powie, że każdy człowiek chce mieszkać w jak najlepszych warunkach, chce jeździć jak najlepszym samochodem, ubierać się w modne ubrania i jeździć na najlepsze z możliwych wakacji. Taka jest nasza natura. A skoro my dążymy do tego, aby wszystko wokół nas było jak najlepsze, to dla naszego Stwórcy i Zbawiciela wszystko powinno być po stokroć okazalsze. Tak- zgadzam się z tym w 100%. Skoro ja pragnę ubierać się pięknie, to powinien zadbać o to, aby w domu mojego Boga było pięknie. Co do tego nie mam żadnych uwag. Ale idąc dalej, czy powinno zakładać się gronostajowe futro na brudne ubrania? Wydaje mi się, że nie. Dlatego uważam, że lepszym i milszym dla Boga- chociaż mogę się mylić, gdyż nie jestem teologiem, jest czyste serce jego dzieci, a szczególnie czyste serce osoby, przez której ręce dochodzi do cudownego wydarzenia- przemiany wina w Krew i chleba w Ciało. Bóg w swej mądrości pokazał nam, że to co najważniejsze, to co najbardziej istotne i kluczowe dla naszej wiary, znajduję się w czymś tak bardzo prostym, kruchym i powszednim- w chlebie, który codziennie bierzemy do ręki. O ile jestem za najlepszymi materiałami do produkcji naczyń liturgicznych- bo przecież w nich jest ,,przechowywany” Bóg, tak uważam, że nadmierne zdobienia, piękne szaty są elementem zbędnym. W dzisiejszych czasach do ludzi nie trzeba przemawiać obrazem. Do dzisiejszego człowieka należy przemawiać gestem. Nie żyjemy w Średniowieczu, gdzie Ewangelię wyjaśniały rzeźby i malowidła. Najlepszym przykładem gestu, jaki został nam dany na te czasy jest papież Franciszek, który w dniu wyboru zrezygnował z gronostajowego mucetu, bo jak sam stwierdził ,,karnawał się już dawno skończył”. Poprzez swoje zachowanie pokazuje, że ważniejsza od haftowanego baldachimu, jest miłość okazana bliźniemu. Że większą wartość ma podany kubek wody i otarcie krwawiącej rany, niż srebrna piszczałka czy marmurowy posąg. W swoim nauczaniu odwołuje się do miłości bliźniego, a nie do celebracji, przez co uważany jest za ,,prostackiego papieża”, który nie ubiera się w złoto i szafiry i chodzi w brudnych butach. Ale poprzez takie zachowanie zyskał więcej zwolenników niż przeciwników. To co tu na Ziemi przeminie, z tego co zbudowano nie pozostanie kamień na kamieniu. Jedyne, co będziemy mogli zabrać ze sobą na drugi brzeg, to miłość okazaną bliźniemu. Gdy kochamy swego brata i siostrę- kochamy samego Boga i tym samym dajemy mu najlepszy z możliwych prezentów.

   I na zakończenie. Nie neguje ofiar składanych na kościół. Nie neguje ludzi, którzy oddają swoje pieniądze, złoto czy srebro na zdobienie ołtarzy bądź nowe ornaty czy dekoracje. Robią to co uważają za słuszne. Bóg to widzi i odda im według ich zasług. Jako człowiek wolny, jako osoba będąca członkiem Kościoła, jako osoba głęboko wierząca, kieruję się jednak w życiu inną zasadą, która została zawarta w Ewangelii według świętego Matusza w rozdziale 12, gdzie Jezus mówi ,,chcę raczej MIŁOSIERDZIA niż OFIARY”.

Książki też dokonują wyborów

pobrany plik

   Do niedawna wydawało mi się, że to czytelnik wybiera sobie książkę, którą chce przeczytać. Byłem święcie przekonany, że to tylko od niego zależy, czy w danej chwili zagłębi się w lekturę powieści przygodowej, horroru czy romansu. Okazuje się jednak, że nie zawsze tak musi być. Czasami zdarza się, że to książka wybiera osobę, która ma ją wziąć do ręki. W moim przypadku tak właśnie zrobił wywiad- rzeka z księdzem Janem Kaczkowskim zatytułowany ,,Życie na pełnej petardzie”. Ta właśnie książka weszła w moje życie dokładnie wtedy, kiedy jej najbardziej potrzebowałem i dała odpowiedzi na kilka pytań, które nurtowały mnie od dawna. Pozwolicie, że podzielę się z Wami przemyśleniami po jej lekturze.

   Ksiądz Jan nie owija w niej w bawełnę. Mówi to, co myśli, nawet wtedy, gdy to mogłoby wydawać się niewygodne dla jakieś grupy ludzi. Będąc księdzem nie stroni od krytycznych wypowiedzi o Kościele, o jego kondycji, czy osobach go tworzących- zarówno wiernych jak i duchownych. Nie stroni od tematów trudnych. Bez skrępowania opowiada o swojej chorobie- glejaku, który jest najgorszym z możliwych nowotworów mózgu. O tym, że każdego dnia dziękuje Bogu za życie, które od stwierdzenia choroby miało trwać tylko kilka miesięcy, a trwa już kilka lat. Ten ,,onkocelebryta”- jak sam siebie nazywa- uświadamia Czytelników, że im więcej jest w życiu przeciwności, tym jest ono bardziej wartościowe. Bo przecież wszystko, co nie przychodzi łatwo jest bardziej przez nas szanowane. Nie miał łatwo- jako osoba z poważną wadą wzroku był źle traktowany w szkole. To schorzenie prawie zamknęłoby mu drogę do kapłaństwa. Na szczęście Boża Opatrzność czuwała i sprawiła, że został dopuszczony do święceń. Gdy już wszystko wydawać by się mogło, ,,poukładało się”, okazało się, że jest chory. To jednak nie powstrzymało go przed stworzeniem w Pucku hospicjum, w którym pomaga ludziom godnie umierać, w którym odchodzą oni w świadomości, że jest ktoś obok, kto ich rozumie, kto wysłucha, kto potrzyma za rękę i w końcu, kto udzieli sakramentów. Ksiądz Kaczkowski nie boi mówić się o tym, o czym inni boją się nawet pomyśleć. W tej książce możemy odkryć jego zdanie na temat kondycji, w jakiej znajduje się obecnie duchowieństwo i Kościół- nie zawsze pełne peanów i dobrych słów. Bez skrępowania odpowiada na pytania Piotra Żyłki odnośnie aborcji, eutanazji, in vitro, homoseksualizmu, rozwodów czy sexu przed ślubem. Porusza tematy, które często są omijane i traktowane jako niewygodne. Nie ma gotowych recept na problemy, ale zna lekarza, który zawsze pomoże. We wszystkim zawsze wskazuje Jezusa, który ma moc przemiany i uzdrowienia ludzkich serc, który jest lekiem na całe zło świata.

   Po tę książkę powinien sięgnąć każdy, kto uważa, że Kościół ze swoim nauczaniem nie pasuje do obecnych realiów. Kto w jakiś sposób uważa, że jego wiara ostygła, kto szuka odpowiedzi na nurtujące go od dawna pytania. Jednak przede wszystkim powinien sięgnąć po nią Czytelnik, któremu wydaje się, że jego życie nie ma sensu, że do niczego się nie nadaje, że nic mi nie wychodzi. Ksiądz Kaczkowski udowodni mu jak bardzo się myli. Tak więc: MIŁEJ LEKTURY :) .

Mądrości papieża Franciszka

pobrany plik Papież Franciszek chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Jego prośba, którą skierował w pierwszą niedzielę września, podczas modlitwy Anioł Pański, do wszystkich parafii, sanktuariów, zakonów i wspólnot, była i jest bowiem najlepszą i najmądrzejszą, którą, jak do tej pory, udało się wystosować jakiemukolwiek z władców tego świata- do których biskup Rzymu niewątpliwie należy. Nie był potrzebny nadzwyczajny szczyt państw należących do Unii Europejskiej, nie było potrzebne spotkanie premierów czy prezydentów krajów Europy Zachodniej, przepełnione blaskiem kamer, fleszami aparatów, sztucznymi uśmiechami czy uściskami dłoni, aby powiedzieć, co należy zrobić, aby rozwiązać kwestię uchodźców w Europie. Wystarczyło, aby Ojciec Święty odwołał się do sumień ludzi wierzących, do drzemiącego w nich dobra, do wzajemnej solidarności i przede wszystkim do ich miłości bliźniego.

   Ktoś powie, że naszym zadaniem nie jest zajmowanie się sprawami uchodźców, że przecież sami mamy mnóstwo swoich własnych problemów. Tak, zgadza się- mamy je. Jednak nasze problemy przy ich cierpieniu są niczym. Oni doświadczyli dramatu wojny, doświadczyli cierpienia związanego ze zniszczeniem ich domów, ze śmiercią najbliższych z utratą wszystkiego, co było im drogie. Poprzez ucieczkę z kraju ogarniętego chaosem i rządzonego przez fanatyczną grupę ludzi, chcieli zakończyć swoje przepełnione bólem i płaczem życie, chcieli zacząć żyć na nowo, jak ludzie. W tym miejscu wypadałoby zapytać babcię, czy dziadka, czy i oni podczas II wojny światowej nie mieli podobnie? Czy i oni nie musieli uciekać z bombardowanej i okupowanej Polski do lepszego świata? W tym miejscu należałoby również zadać pytanie, dlaczego Polacy ratowali Żydów? Dlaczego ukrywali ich w piwnicach swoich domostw, na strychach czy w stodołach? Dlaczego to robili? Odpowiedź jest prosta. Chcieli pomagać, bo taki jest nasz obowiązek, bo taka jest nasza natura. Bo człowieka nie określa to, co posiada, lecz to, czym dzieli się z innymi. Jesteśmy bardziej ludzcy, gdy dajemy coś bliźniemu, gdy potrafimy ostatnią kromkę chleba oddać temu, który jej bardziej potrzebuje.

   Problem uchodźców stał się niewątpliwie numerem jeden obecnego miesiąca. Stał się pretekstem do wielu rozmów, debat, marszy czy artykułów. Wywołał lawinę emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Bo przecież wśród ludzi, którzy uciekają, są także i Ci, którzy są tak zwanymi imigrantami ekonomicznymi. Oni to, ukryci w grupie uchodźców wojennych chcą dostać się do lepszego świata. Świata, który nie ma im dać schronienia, nowego domu, spokoju od spadających bomb czy nocnych ostrzałów, ale ma być miejscem, gdzie znajdą lepszą pracę i większe pieniądze.  I w tym momencie do wspominanego przeze mnie wcześniej miłosierdzia, musi dojść także zdrowy rozsądek i pełne wyważenia emocje. Osoby czy organizacje udzielające pomocy muszą z wielką delikatnością i skrupulatnością oceniać, komu pomoc się rzeczywiście należy, a kto, chce dobre serce Europejczyków niecnie wykorzystać.

   Z przybywającymi uchodźcami wiąże się także kwestia wiary. Większość z nich to muzułmanie, którzy inaczej postrzegają Boga, mają inną kulturę i obyczaje. Inaczej podchodzą do wielu spraw, między innymi do traktowania kobiet czy małżeństwa. Myślę, że obecna sytuacja jest niejako sprawdzianem dla europejskich chrześcijan. Muszą zdać oni egzamin ze swojej wiary. Muszą potwierdzić jej siłę, wartość i moc. Muszą na nowo odkryć jej charyzmat. Ci, którzy są letnimi katolikami, muszą stać się gorący, a ci którzy kucają w kościele, muszą w końcu zgiąć kolana. Tylko wówczas będziemy w stanie zatrzymać głoszoną w mediach ,,islamizację Europy”.

   Apel papieża Franciszka, o którym wspominałem na początku artykułu jest łatwy do wykonania. Ojciec Święty nie wymaga od nas wiele. Chce, aby każda parafia w Europie przyjęła jedną rodzinę uchodźców. Zapewniła im dach nad głową oraz warunki do tego, aby mogli przetrwać. Wystarczy tak niewiele. Czasami warto zrezygnować z renowacji organów czy obrazu, aby pieniądze przekazać na pomoc ludziom, którzy doświadczyli cierpienia wojny i uchodźstwa. Więcej radości przynosi Bogu bowiem szczęście człowieka niż odnowiony Jego wizerunek czy ładniej grające organy. Miłosierdzie jako drugie imię miłości ma nam w tym pomagać.

   Wierzę, że jako Polacy, jako rodacy świętego Jana Pawła II, zdamy egzamin, do którego przynagla nas papież. Zdamy go celująco.

 

Zimny jak piec

90133   Przebiegły jak lis, wolny jak żółw, wściekły jak osa, czy uparty jak osioł, to wyrażenia znane niemal każdemu. Doskonale wiemy, co one oznaczają i jaką wiązkę emocji za sobą niosą. Występują one w potocznej mowie, w której to często ludzie posługują się porównaniami. Sprawiają one też wiele kłopotu obcokrajowcom, będąc dla nich swoistymi idiomami, które bardzo trudno zrozumieć. I zgodnie z tym, co przed chwilą napisałem tytuł tego artykułu powinien być zupełnie inny. Bo przecież piec zgodnie ze swoją naturą musi być ciepły, wręcz rzekłbym gorący. W moim tytule jednak jest on zimny, jak lód. Już spieszę z wyjaśnieniami, dlaczego tak jest.

   Powiedzenie ,,zimy jak piec” można by rzec, zostało poczęte podczas mojego ostatniego weekendowego wyjazdu do Gdańska. A wszystko to za sprawą Karoliny, która podczas naszej podróży pociągiem wspomniała, że chciałaby zobaczyć piec kaflowy, w którym nigdy nie palono. Jej wypowiedź wywołała w nas wielkie rozbawienie, ale także i rozpaliła ciekawość, bo przecież na co dzień nie ma się kontaktu z takim zjawiskiem wyposażenia mieszkania. Dlatego też po przybyciu do Gdańska wszystkie nasze myśli były skierowane ku Dworowi Artusa, w którym to znajduję się owy cud. Jego historia sięga roku 1545, kiedy to Georg Stelzner pobudował ten oto najwyższy w Europie- 11 metrowy piec, który składa się z 520 pięknie wykonanych kafli, na których znajdują się podobizny ówczesnych najwybitniejszych władców europejskich. Powiem Wam Drodzy Czytelnicy, iż zrobił on na mnie duże wrażenie i mimo, iż nigdy w nim nie palono, rozpalił we mnie zainteresowanie do poszukiwania  podobnych, ciekawych obiektów na terenie naszego kraju.

   Sam posiadam w domu piec kaflowy, który zimą sprawia, że życie staje się lepsze, bo przecież wracając zmarzniętym można się do niego przytulić, położyć na nim stopy i z kubkiem ciepłego kakao w ręce czerpać z niego przyjemne ciepło.

   Ktoś by powiedział, że takie niby nic- a jednak cieszy. Tyle razy byłem w Gdańsku, ale nigdy by mi nie przyszło do głowy, aby wejść do Dworu Artusa, który jest jednocześnie Domem Ekonomisty- więc tym bardziej powinienem tam wejść- żeby zobaczyć, jak wygląda on od środka. A tu taka niespodzianka :) .

   I w tym momencie sprawdza się przysłowie, mówiące o tym, że cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie :) .

10 wspaniałych dni

5   Tak jak obiecałem, kończąc ostatni z moich artykułów- dzisiaj pragnę podzielić się z moimi Czytelnikami wrażeniami z 81 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Co by nie przedłużać, przejdę od razu do meritum.

   Czym tak naprawdę jest dla mnie pielgrzymka? Czy jest ona tylko 10- dniowym marszem z Poznania do Częstochowy? Gdyby tak było, jej sens byłby całkowicie wypaczony, a osoby w niej uczestniczące mogłyby równie dobrze przemierzyć tę trasę w pojedynkę, idąc w dowolnym czasie, dowolnej porze i zapewne tylko w sprzyjających warunkach atmosferycznych :) . Tym właśnie pielgrzymowanie różni się od zwykłego wędrowania, że zakłada wspólnotę- równość w różności. Mimo iż pochodzimy z różnych domów, mamy różne zwyczaje i nawyki, uczymy się bądź pracujemy w różnych miejscach, to na pielgrzymce musimy o tym wszystkim zapomnieć, musimy to wszystko odłożyć na bok. Bo pielgrzymka to czas, kiedy człowiek tak naprawdę uświadamia sobie, jak wiele w jego życiu jest niedociągnięć, jak wiele złych nawyków posiada, jak wiele różni, go od innych. To wówczas, idąc ramię w ramię obok osoby, której nie znamy (ale na Jasnej Górze już zapewne będziemy przyjaciółmi :) ), możemy wniknąć w głąb samego siebie. Poprzez spoglądanie na bliźnich, na ich roześmiane, zamyślone lub przepełnione cierpieniem twarze, możemy tak naprawdę poznać siebie. Z własnego- siedmioletniego już stażu pielgrzymowania- wiem, że pielgrzymka jest czasem, gdy przemianie ulega nasz charakter. To, co w ciągu roku zdaje nam się być przykrą koniecznością-  chociażby wstawanie skoro świt- wtedy nabiera innego sensu. Bo przecież, kto rano wstaje temu Pan Bóg daje, kto rano wstaje, ten ma dłuższy dzień i kto rano wstaje, ten może z zapałem i radością wyśpiewać Godzinki. To, na co, na co dzień zwykle nie mamy czasu, na pielgrzymce jest na wyciągnięcie ręki- Eucharystia, która jest centrum naszego kroczenia do Matki, Słowo Boże, chwile ciszy, które uświadamiają nam, ile hałasu i zgiełku jest wokół nas oraz, że głos Boga jest słyszalny tylko, gdy to my zamkniemy usta. Pielgrzymka jest także czasem, gdy potrafimy uznać nad sobą władzę innych- czy to księdza przewodnika czy służb porządkowych, jest czasem, gdy wszystko ma swoje miejsce- Msza Święta, posiłki, odpoczynek, modlitwa, rozmowa. W końcu jest czasem, podczas którego można poznać Boga, ale i drugiego człowieka. Czasem, gdzie zawiązują się nowe znajomości (Robert, żeby nie było, że obiecałem, iż o Tobie napiszę, a tego nie zrobiłem :) ), przyjaźnie, a nawet rodzi się miłość :) .

   Powiem Wam- Drodzy Czytelnicy, że w pielgrzymce nie jest najtrudniejsze te 300 kilometrów, które trzeba przejść. Trudnym nie jest także deszcz, który sprawia, że wszystko jest mokre, czy słońce, które opala nas, tak, że potem trudno jest się pokazać na plaży, gdyż wszystko opalone jest tylko do połowy :) . Nie jest trudnym wczesne wstawanie, późne kładzenie się spać, czy krótki sen. Najtrudniejszym po pielgrzymce jest utrzymanie jej ducha przez cały rok. Dlatego też, życzę każdemu pielgrzymowi 81 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę, aby przez kolejne 365 dni, był taki, jak podczas tych 10 wyjątkowych dni. Wówczas świat wokół nas będzie piękniejszy a nasze życie na pewno okaże się łatwiejsze.

Tylko głupcy zostają świętymi

pobrany plik   Każde wypowiadane przez nas słowo niesie za sobą pewną wiązkę uczuć. Jedne z nich mają wydźwięk pozytywny, jak dobro, miłość, pokój, szczęście, czy cnota, inne natomiast zawsze kojarzyć nam się będą z czymś negatywnym: ból, smutek, rozpacz, strach. Jak zwykł mawiać Albus Dumbledore ,,słowa są niewyczerpalnym źródłem magii, mogącym czynić zło, jak i je naprawiać”. Dlatego też, każdy z nas powinien ważyć wypowiadane słowa. I w tym miejscu chciałbym, abyśmy zadali sobie pytanie, jakie emocje niesie za sobą słowa głupek? Zapewne wielu z Was- Drodzy Czytelnicy powie, że jest to wyraz na wskroś negatywny, który wyraża brak wiedzy, brak inteligencji, czy brak samodzielnego myślenia. A ja chciałbym Wam dzisiaj udowodnić, że jest właśnie odwrotnie.

   Robię to dlatego, że już dzisiaj, po raz siódmy stanę na pielgrzymkowym szlaku, który wiedzie przed tron Królowej Polski- na Jasną Górę. Robię to dlatego, że to, co głupie w oczach świata i ludzi, jest przejawem największej mądrości i roztropności w oczach Boga. Robię to dlatego, że głupim jest, aby w dobie szybkiej kolei, samochodów i autobusów, brać na plecy plecak i przez 10 dni iść pieszo ponad 300 kilometrów, aby spojrzeć na obraz. Może głupim wydaje się to w oczach współczesnego człowieka, ogarniętego konsumpcjonizmem, wygodnictwem czy manią zarabiania pieniędzy. Bo dla mnie podjęcie takiego trudu jest czymś zupełnie innym. Jest zadaniem, które wymaga wielkiego samozaparcia, wielkiego pragnienia zmiany własnego życia, wielkiego pragnienia poszukania na nowo sensu własnego życia, wniknięcia we własne ja i zobaczenia, jakie to ono jest piękne. Pielgrzymka jest czasem, podczas którego zbliżając się do Boga, zbliżamy się do drugiego człowieka. Gdzie poprzez odkrywanie największej Miłości potrafimy znaleźć ją w sobie i podzielić się nią z innymi. Gdzie poprzez pot, łzy, bąble czy odparzenia ćwiczymy często swój trudny charakter. Gdzie uczymy się, że można żyć bez telewizora, komputera, komórki, ulubionych seriali czy gier, a dostrzegamy, że kubek wody podany przez współbrata idącego obok, jest heroicznym gestem, który może w diametralny sposób odmienić nasze życie. Pielgrzymka to czas, kiedy ludzie, tak naprawdę stają się ludźmi, kiedy odkrywają, że dobre słowo, braterska pomoc, czy krótka, wspólna modlitwa, może zdziałać więcej niż wszystko inne, co do tej pory uważaliśmy, za niezbędne do realizacji zamierzonego celu- pieniądze czy znajomości. W końcu pielgrzymka to czas przemiany naszych serc, przemiany umysłów i sumień, to czas ładowania duchowych akumulatorów, to czas kiedy nawiązują się nowe, wspaniałe znajomości, czy rodzi się miłość. To czas wyjątkowy.

   Ale tak naprawdę, to trzeba być głupim, aby iść na pielgrzymkę. Trzeba być szaleńcem bożym, aby podjąć trud przejścia 300 kilometrów w deszczu, skwarze słońca, czy innej niesprzyjającej aurze. Trzeba być nienormalnym, aby to wszystko uczynić. Ale jestem z tego dumny, że należę do tego elitarnego grona ludzi głupich. Bo jak już wcześniej wspomniałem- TYLKO GŁUPCY ZOSTAJĄ ŚWIĘTYMI :) .

   P.S. Będę o Was pamiętał w modlitwie- Drodzy Czytelnicy. A po powrocie postaram się napisać obszerną relację z 81 PIESZEJ POZNAŃSKIEJ PIELGRZYMKI NA JASNĄ GÓRĘ :) .

Finis coronat opus

11402770_10200639844634519_7768887119022010328_n   Podobno wszystko, co dobre szybko się kończy. Prawda ta znana każdemu z nas, jest tą prawdą życiową, którą najtrudniej zrozumieć i przyjąć. Bo niezależnie, jak długo trwałaby przyjemna chwila – 5 minut, 6 miesięcy czy 10 lat, zawsze po jej zakończeniu pozostaje w nas niedosyt, że to już koniec. I powiem Wam, Drodzy Czytelnicy, że ja czuje obecnie to samo. Mimo, iż moje studia trwały pięć długich lat, to teraz po ich zakończeniu, wydaje się, że trwały o pięć lat za krótko. Dlatego też dzisiaj chcę się z Wami podzielić historią najlepszego- jak do tej pory- okresu w moim życiu.

   Paweł- mieszkaniec małej miejscowości, uczęszczający do zwykłej podstawówki i gimnazjum, a później do technikum ekonomicznego, nie posiadający rodzeństwa i przyzwyczajony do tego, aby uczyć się systematycznie, z lekcji na lekcje, wyjeżdża do Poznania. Ten Paweł z roku 2010 nie jest tym samym Pawłem, co dzisiaj. Studia zmieniły wiele w moim życiu. I w 99 % zmieniły je na lepsze. Nauczyły mnie tego, że nie zawsze dobry stopień jest priorytetem, że czasami warto zarwać jedną noc, aby nauczyć się na kolokwium, ale wyjść ze znajomymi na piwo, do kina czy na kręgle. Nauczyły mnie, że piwo, wino czy wódka, to nie coś, co jest złe i niedobre, ale jest czymś, co sprawia, że lepiej toczy się rozmowa, do głowy przychodzą ciekawe pomysły, tworzą się wzniosłe idee i zacieśnia przyjaźń. Nauczyły mnie, że nie zawsze cisza i spokój są potrzebne do tego, aby móc się uczyć, że można z książką wyjść na łąkę i przy zapachu świeżej trawy zgłębiać wiedzę z rachunkowości. Studia dały mi poznać, czym tak naprawdę jest życie. Nauczyły mnie dobrze gotować, prać, prasować, myć okna, szyć, cerować i umiejętnie gospodarować pieniędzmi- podobno to przymioty dobrego męża- tak więc dziewczyny :) . Studia dały mi też coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata. Dały mi wspaniałych przyjaciół. Przyjaciół, z którymi można się śmiać i płakać, z którymi można podyskutować o konsekwencji wprowadzenia podatku dochodowego w rolnictwie, ale także o tym, dlaczego tak mało wódki kupiliśmy na nasze wspólne spotkanie :) . Przyjaciół, którzy sprawiają, że moje życie jest piękniejsze, że po 5 latach mogę powiedzieć, że przeżyłem cudowne chwile, że to, co z nimi zobaczyłem, zrobiłem, jest czymś, czego mi nikt nie zabierze. Co pozostanie aż do śmierci w mojej pamięci- no chyba, że dorobię się sklerozy :) . Nie sposób wymienić tutaj wszystkich, chociaż każdy w jakiś sposób odcisnął swoje piętno na moim studenckim życiu. Ale szczególnie chciałbym podziękować mojej kochanej grupie 2. Tej, z którą spędziłem trzy lata na studiach licencjackich, na kierunku finanse i rachunkowość. Dziękuję również kolegom i koleżankom ze studiów drugiego stopnia na kierunku ekonomia. Oba kierunki odbywane na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu, na wydziale Ekonomiczno-Społecznym. Ale, żeby trochę połechtać kolegów i koleżanki po ich ego, niektórych wymienię z imienia. To dzięki Wam moje życie przeszło tak wielką metamorfozę. Dziękuję: Ilonie, Martynie, Agnieszce, Madzi, Michałowi, Norbertowi, Patrykowi, Kamilowi, Maciejowi, Asi, Natalii, Bogusi, Kasi, Marcie i Karolinie- jej szczególnie :) . Naprawdę, bez Was te studia nie miałyby takiego uroku i powabu, nie miałbym tylu wyjątkowych wspomnień, tylu przeżyć i oczywiście mnóstwa zdjęć. Jak jest mi smutno, zawsze je przeglądam. I już nie piszę więcej, bo za chwilę zaleję łzami cały komputer.

   Ale jak już mam tak podsumowywać, to pochwalę się Drogim Czytelnikom, że od 19 czerwca jestem już magistrem ekonomii z oceną bardzo dobrą oraz, że nie kończę swojej przygody z uczelnią. Teraz role się odwrócą :) . Ale o tym, to może kiedy indziej :) .

Praga-Chiny w trzy godziny

praga   Witajcie Drodzy Czytelnicy po bardzo długiej przerwie. Cieszę się, że nareszcie znalazłem czas i mogę podzielić się z Wami moją twórczością. Przez minione tygodnie tyle się w moim życiu działo, że nawet dziesięć wpisów nie oddałoby tych wszystkich emocji, których miałem okazję doświadczyć przez ostatnie kilkadziesiąt dni. Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami moimi wrażeniami związanymi z podróżami do dwóch europejskich stolic- Pragi i Brukseli. Tak więc zapnijcie pasy i jedziemy :) .

   Pierwszym przystaniem w naszej podróży będzie malownicza czeska Praga. Miasto położone nad rzeką Wełtawą, które każdego roku przyciąga, dzięki swojemu uroki, rzesze turystów. Jej pełna ciekawych wydarzeń historia, zabytki, które zachowały się po dziś dzień, czy w końcu jedne z najlepszych na świecie piw, sprawiają, że każdy, kto raz do niej przyjechał, chce tam powrócić- ja też dałem się omamić jej urokiem. Plac Wacława, Wzgórze Wyszehradzkie z przepięknym kościołem p.w. świętych apostołów Piotra i Pawła oraz zapierającą dech w piersiach panoramą, która to wynagradza wysiłek, jaki trzeba było włożyć w pokonanie dużej ilości schodów prowadzących na szczyt. No i oczywiście przepiękne uliczki, których powab jest dopiero najfajniejszy podczas wieczornego spaceru. To mamy dopiero pierwszy dzień, a gdzie tu reszta. most_karola
Oczywiście Praga, to przede wszystkim Hradczany, z okazałym zamkiem, przed którym to dochodzi do uroczystej zmiany warty oraz katedrą świętego Wita. To także  Mala Strana, Tańczący Dom,  Złota Uliczka, czy znany wszystkim most Karola, po którym to przechadzają się tłumy ludzi. Warto także pojechać kolejką linową na wzgórze Petrin, gdzie znajduje się praska wieża Eiffla oraz odwiedzić znajdujący się na nim gabinet luster, w którym to każdy, ale to każdy nadwyręży sobie mięśnie brzucha od śmiechu. Z własnego doświadczenia wiem, że warto w Pradze puścić wodze fantazji i odejść od zaplanowanych miejsc do zwiedzania i iść tam, gdzie nogi niosą, bo wówczas można odkryć wiele ciekawych, a niezaznaczonych na mapie miejsc, które są bardzo urokliwe. I oczywiście należy do czeskiej stolicy jechać w doborowym towarzystwie, bo wówczas to wszystko jest o połowę lepsze :) . Bez Marysi, Ilony, Agnieszki, Martyny, Anety, Kingi oraz Michała, ten wyjazd nie byłby taki sam. Aha, muszę dodać, że Praga pozwala także poznać nowe, ciekawe osoby, z dalekich stron. My mieliśmy okazję nawiązać znajomość z bardzo sympatycznym Japończykiem, o imieniu Masa, dzięki któremu mogliśmy wykazać się zdolnością posługiwania się językiem obcym :). Masa, dzięki spotkaniu z nami poznał, czym jest polska gościnność oraz posmakował polskiej wódki, która o dziwo, bardzo mu przypadła do gustu :).

parlament   Po niespełna 3 tygodniach od powrotu z Pragi, znów przyszło mi wsiąść do autobusu i po 12 godzinach podróży znaleźć się w innej europejskiej stolicy, tym razem w Brukseli. Pomyślicie sobie, że ten Krysztofiak to ma chyba za dużo pieniędzy. W niespełna dwa miesiące był w Paryżu, Pradze i Brukseli. Dlatego też spieszę z wyjaśnieniami, że nie okradłem banku, nie wygrałem w Lotto, ani też nie odziedziczyłem spadku po bogatej ciotce z Ameryki. Do Brukseli pojechałem dlatego, że biorę udział w projekcie realizowanym przez moją uczelnię, który finansowany jest przez Unię Europejską i zakłada udział w warsztatach i szkoleniach, staż zawodowy oraz wyjazd studyjny. Jednym z możliwych był właśnie ten do Brukseli, który to też wybrałem. Dzięki staraniom władz wydziału Ekonomiczno-Społecznego mogliśmy odwiedzić Parlament Europejski, Komisję Europejską, instytucje związane z europejskim rolnictwem oraz brać udział w posiedzeniu jednej z komisji Parlamentu. Największe jednak wrażenie zrobiło na mnie spotkanie z panem profesorem Jerzym Buzkiem, byłym Przewodniczącym Parlamentu Europejskiego oraz z panią doktor Krystyną Łybacką, która jako europosłanka zajmuje się kwestami związanymi z edukacją. Możliwość zobaczenia tych osób z bliska, wysłuchania ich, dowiedzenia się wielu ciekawych rzeczy związanych z funkcjonowaniem unijnych instytucji oraz możliwość zadania pytania, na które otrzymałem satysfakcjonującą mnie odpowiedź, było czymś wyjątkowym. komisja
Dlatego też, z tego miejsca pragnę powiedzieć wszystkim młodym osobom, aby zawsze, kiedy mają taką możliwość, brały udział w wyjazdach, spotkaniach, pogadankach, które są organizowane przez szkoły, uczelnie czy inne organizacje. Dają one oprócz wiedzy także i wyjątkowe doświadczenia, które pozostają w nas na całe życie.

   I tak jeszcze na sam koniec. Był już Paryż, była Praga, była też i Bruksela. Teraz na deser, na zakończenie mojego okresu studiów i tegorocznego zwiedzania europejskich stolic, zostaje mi jeszcze Warszawa. Tak więc: DO ZOBACZENIA W WARSZAWIE. A potem oczywiście czekajcie na blubry o Warszawie :) .

Pola Lednickie- Polami cudownego rozmnożenia chleba

   LednicaBramaRybaZapewne każdy z Was, Drodzy Czytelnicy, a jak nie każdy, to mam nadzieję, że większość, zna ten fragment Pisma Świętego, mówiący o rozmnożeniu chleba przez Pana Jezusa na pustkowiu. Na pewno też większość z Was myśli, że wówczas to Pan Jezus dokonał, tak zwanego ,,czary mary”, aby z  5 chlebów i 2 ryb stworzyć ilość pożywienia, która wykarmiła pond 5000 mężczyzn nie licząc kobiet i dzieci. Bo przecież z ludzkiego punktu widzenia nie jest to możliwe. I ja także, do pewnego momentu tak myślałem. Ale podczas pewnej Mszy Świętej dowiedziałem się, że cudem, który wówczas dokonał Chrystus, był cud przemiany serc. Rozmnożenie chleba polegało na tym, że wszyscy uczestnicy spotkania powyjmowali ze sowich toreb i sakiewek wszystko, co ze sobą zabrali w daleką podróż. Bo przecież logicznym jest, że nikt, kto wybiera się w drogę wychodzi z domu bez prowiantu. Jezus sprawił, że ludzie zaczęli dzielić się tym, co mieli ze sobą, a z tego, co zostało zebrano jeszcze 12 koszy ułomków. Dla Boga bowiem nie ma rzeczy niemożliwych. Zastanawiacie się na pewno, dlaczego przytaczam właśnie ten fragment Ewangelii? Robię to dlatego, aby powiedzieć, że taki sam cud, dzieje się co roku na Polach Lednickich, gdzie zbiera się tłum ludzi młodych, którzy przychodzą posłuchać swojego Mistrza.

   Spotkanie młodych na Polach Lednickich, pod Bramą Rybą, na brzegach jeziora Lednickiego, u źródeł chrześcijańskiej Polski, w sercu jej chrzcielnicy jest  fenomenem na skalę światową. Oto w jednym miejscu, w jednym dniu, spotykają się tysiące osób, młodych osób, tych którzy przeżywają okres buntu, okres dojrzewania, którzy poszukują sensu swojego życia. Właśnie oni przyjeżdżają pod Bramę III Tysiąclecia, aby wybrać Chrystusa, aby obrać Go jako drogowskaz, jako Tego, który będzie z nimi każdego dnia. Ktoś powie, że przecież ta dzisiejsza młodzież to tylko potrafi przeklinać, pić alkohol i robić hałas, że nic z niej nie będzie, że wszystko zaprzepaści i gdy już będzie za późno dopiero zrozumie, że postępowała źle. Ja tym wszystkim osobom mówię, że tak nie jest i zapraszam ich na Lednicę, aby zobaczyli ,,kwiat młodzieży polskiej”, aby zobaczyli ich entuzjazm, ich zaangażowanie, ich zasłuchanie w słowa ojca Jana Góry, biskupów i kapłanów, ich postawę skruszenia podczas spowiedzi, ich gest wyciągniętych rąk proszących o dary Ducha Świętego, ich ręce połączone łańcuchem miłości i w końcu ich autentyczne zaangażowanie w śpiewy i tańce, podczas których tak naprawdę wyrażała się ich wiara w Boga Trójjedynego.

   Największe wrażenie na mnie podczas tegorocznego spotkania zrobił widok młodych ludzi, którzy po tym, jak okazało się, że księżom skończyła się Komunia Święta rozdawana w sektorach, ruszyli niczym ,,pospolite ruszenia” do Kaplicy Adoracji, gdzie miała być ona udzielana. Ten tłum młodych dziewczyn i chłopców, ten kurz przez nich wnoszony, gdy to z radością skakali i podnosili ręce w rytm piosenki o tym, jak bardzo kochają swego Boga. To było coś niesamowitego. Wówczas to naszło mnie przemyślenie, że NORMALNI LUDZIE w takiej kolejce stoją jedynie do kasy w supermarkecie lub gdy w Lidlu jest promocja karpia przez świętami, a NIENORMALNI LUDZIE stoją w kolejce, aby przyjąć do swego serca, to co jest tak proste, kruche i zwykłe, a jednocześnie tak wielkie, piękne i potężne- Chrystusa ukrytego w okruszynie chleba. Aby przyjąć do serca najlepszy towar naszej wiary. Tego tak naprawdę nie da się opisać słowami, to trzeba przeżyć osobiście.

   O Lednickie Pola, dziękuję Wam za to, że co roku stajecie się Polami rozmnożenia Chleba ,że dzięki Wam możliwe jest pokazanie, że Kościół żyje, że są w nim ludzie oddani Bogu, że są księża, którzy są ,,przewodnikami”, poprzez których Bóg zsyła na nas swoje dary, że są młodzi ludzie, którym się chce, którzy w autentyczny sposób są zaangażowani w życie Kościoła, że są świadkami Chrystusa w tym zlaicyzowanym świecie. Można zarzucać Kościołowi, że popełnia błędy, że zdarzają się mu upadki, że nie przystaje do współczesnych realiów. Ale takie właśnie spotkania, jak to nad jeziorem Lednickim pokazuje, że Kościół złożony z ludzi słabych i grzesznych żyje, że mimo trudów i przeciwności wypełnia misję, którą polecił mu wykonywać Chrystus, że jest Kościołem ludzi młodych i pełnych energii, a nie stetryczałych i gnuśnych. Ostatecznie pokazuje, że jest Kościołem, którego nie da się zamknąć w zakrystii czy kruchcie, że jest Kościołem, który może i powinien wychodzić na ulicę, bo ma się czym chwalić. Bo jego największą chwałą jest CHRYSTUS i JEGO OWCZARNIA.

Andrzej Duda i wyborcze cuda

  635539864874886894Powiem Wam, Drodzy Czytelnicy, że jak obudziłem się w poniedziałkowy poranek, to stwierdziłem, że ten świat wokół mnie jest jakiś inny. Słońce inaczej świeciło, ptaki inaczej śpiewały, trawa tak jakoś też inaczej rosła. Dopiero po mocniejszym przetarciu oczu i zrobieniu kilku przysiadów, doszło do mnie, że przecież dzień wcześniej obyła się II tura wyborów prezydenckich i od wczoraj mamy nowego Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej- pana Andrzeja Dudę. I właśnie temu tematowi chciałbym poświęcić dzisiejszy wpis.

   Emocje związane z kampanią wyborczą i wszystkim, co się z nią wiąże opadły, więc nadszedł czas na trzeźwe spojrzenie, na to wszystko, co działo się przez kilka ostatnich tygodni. Jeszcze niespełna pół roku temu nikt nie przewidziałby sytuacji, że urzędujący prezydent – Bronisław Komorowski przegra pierwszą turę wyborów, a następnie pożegna się na dobre z najważniejszym urzędem w państwie. Przecież przez ostatnie lata cieszył się prawie 60% zaufaniem Polek i Polaków,a pytania, które stawiano na początku kampanii wyborczej dotyczyły tego, czy uda mu się powtórzyć sukces Aleksandra Kwaśniewskiego i wygrać już w pierwszym starciu. Kampania wyborcza toczy się jednak swoimi prawami. To co ludzie mówili kiedyś przestaje mieć znaczenie wówczas, gdy do głosu dochodzą osoby głoszące inne, ciekawsze, ale czasami bardzo oderwane od rzeczywistości postulaty. Nie będę tutaj wychwalał pod niebiosa pana Bronisława Komorowskiego, bo przecież podczas swoich pięcioletnich rządów dopuścił się potknięć, gaf, przejęzyczeń, czy błędnych decyzji. Nikt z nas nie jest nieomylny. Zadaniem Prezydenta jest dbać przede wszystkim o dobro Ojczyzny, stać na straży prawa i porządku oraz  współpracować z rządem. A z racji tego, że wywodził się on z obozu, który w tym momencie sprawuje władzę, to wielokrotnie zgadzał się na proponowane przez niego postulaty. Nadmierne bowiem używanie prezydenckiego weta przyczynia się do stania w miejscu, do blokowania reform czy zmian, które mają przyczynić się do rozwoju gospodarki. Prezydent nie jest nieomylny, jak papież. Ma wokół siebie doradców, którzy mu pomagają, którzy opiniują, którzy mają  określoną wiedzę na dany temat i mogą służyć w każdej chwili pomocą. Prezydent elekt- Andrzej Duda też takowych będzie miał. Też będzie musiał stawać przed dylematem, czy popisać daną ustawę, czy też nie. Czy będzie ona korzystna dla całego społeczeństwa czy tylko nielicznych? A biorąc pod uwagę mnogość obietnic, jakie złożył, tych dylematów będzie miał sporo. I nadejdzie czas, kiedy trzeba będzie wybrać pomiędzy tym, co dobre  a tym, co łatwe.

   Nowa głowa państwa to osoba młoda, dobrze wykształcona, posiadająca znajomość polityki krajowej, jak i europejskiej. Do niedawna nieznana Polakom, w przeciwieństwie do Bronisława Komorowskiego, który od prawie 30 lat istnieje na polskiej scenie politycznej. Siła argumentów, obietnice wyborcze, kontakty bezpośrednie czy w końcu ośmioletni okres hegemonii Platformy Obywatelskiej, wyniosły go do tego stanowiska. Ale nie jest to największe zdziwienie ostatnich tygodni. Otóż kampania prezydencka stał się nowym otwarciem. Otwarciem, które pokazuje Polakom, że nie muszą istnieć 2 partie, które się ciągle kłócą i wzajemnie oskarżają. Otwarciem, które pokazuje, że wielu ludzi jest zniesmaczonych tym, co dzieje się w naszym kraju i oczekuje zmiany, oczekuje nowych twarzy. Twarzy, które wniosą nowego ducha i nowe pomysły, które odbudują zaufanie Polaków do polityki, które w końcu sprawią, że stanie się ona bardziej transparentna. Może uczyni to Kukiz, może Balcerowicz wraz z Petru. Tego nie wiem. Wiem tylko tyle, że wybór Dudy dał ku temu odpowiednie warunki. Jak to mówią, ziarno zostało zasiane.

   Z tego miejsca dziękuję ustępującemu Prezydentowi za to wszystko, co udało mu się dokonać w ciągu tych 5 lat urzędowania i życzę wszystkiego, co najlepsze na dalsze lata. Nowemu Prezydentowi – Andrzejowi Dudzie życzę, aby kampanijny zapał nigdy go nie opuszczał, aby w swoich decyzjach kierował się dobrem WSZYSTKICH Polaków, aby nie był od nikogo zależny, aby zerwał sznurki krępujące jego ruchy, aby godnie reprezentował nasz na arenie międzynarodowej oraz aby spełnił wszystkie swoje wyborcze obietnice, nie niszcząc tym samym polskiego skarbca oraz dobrze prosperującej gospodarki. Tak więc: NASTAŁ DUDA BĘDĄ CUDA. Oby tak było. AMEN.

Polska a kwestia afrykańskich uchodźców

LIBYA ILLEGAL IMMIGRANTS   Mamy rok 1492.  Z wybrzeży Hiszpanii wypływa statek, którego kapitanem jest nie kto inny, jak znany wszystkim z podręczników historii- Krzysztof Kolumb. Wszyscy także doskonale wiemy, jak ten rejs się zakończy i jakie będą jego skutki dla Europy i świata. Zastanawiacie się zapewne, Drodzy Czytelnicy dlaczego zaczynam swój dzisiejszy wpis od przywołania dobrze nam wszystkim znanych faktów z historii świata. Robię to poniekąd dlatego, że chcę poruszyć temat, który od pewnego czasu budzi wśród Polaków wiele kontrowersji i sprzecznych uczuć. A jak zdążyliście zapewne zauważyć, ja bardzo lubię pisać o tym, jakie jest moje zdanie na ten czy inny kontrowersyjny problem. Otóż zachęcony wypowiedziami wielu osób, które bardzo żywo komentowały tę sprawę na Facebooku, postanowiłem, że kolejny wpis poświęcę sprawie uchodźców.

   Kilka tygodni temu w mediach pojawiła się informacja, że Komisja Europejska chce, aby Polska przyjęła w najbliższym czasie pewną grupę uchodźców z Afryki. Nie jest to oczywiście decyzja, która dotyczy tylko naszego kraju. Takie dyspozycje otrzymały także inne kraje członkowskie UE. Głównym celem tej akcji, jest bowiem odciążenie państw z rejonu Morza Śródziemnego, głównie Włoch, do których to każdego dnia trafiają setki osób, które uciekają ze swoich domów. Uciekają do lepszego świata, do Europy, która jest dla nich rajem. Propozycja Komisji Europejskiej spotkała się w naszym kraju z głębokim protestem. Protestem, który pokazuje nasz stosunek do innych narodowości, szczególnie do osób pochodzących z Afryki. Wielu z nas jest uprzedzonych do ludzi o ciemnym kolorze skóry. Nie możemy zrozumieć, że oni uciekają ze swoich domów, bo chcą żyć w lepszych warunkach, bo chcą czuć, że posiadają godność, a która często w ich ojczyznach jest deptana i marginalizowana. W tym miejscu należy się zastanowić, czy i my- Polacy nie wyjeżdżamy za granicę w poszukiwaniu szczęścia? Ilu naszych znajomych, członków rodzin wybrało emigrację, czy to w Irlandii, Anglii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych? Nie wyjechali oni tam w celach turystycznych, ale za chlebem. Pchała ich tam chęć lepszej egzystencji. Te same idee przyświecają teraz uchodźcom z Afryki. Oni też chcą żyć w lepszych warunkach.

   Ktoś powie, ale przecież Polska nie jest na to gotowa? Mamy swoje problemy. Ilu jest bezrobotnych w naszym kraju? Tak, zgadzam się z tym wszystkim, ale nie oznacza to, że my nie możemy pomóc innym. Członkowstwo w Unii Europejskiej daje nam wiele praw i przywilejów, ale nakłada też pewne obowiązki. Łatwo jest wyciągnąć rękę, aby brać, ale trudniej jest tą rękę przyłożyć do pługa, aby pracować. Podobno Polska to kraj katolicki, to przedmurze chrześcijaństwa, bastion rozmodlonych ludzi, którzy ze złożonymi rękoma chodzą co niedzielę do kościoła. Ale nie o to chyba w naszej wierze chodzi. My mamy głównie wyświadczać miłość bliźnim, to oni mają stanowić centrum naszego życia. Europa w swojej historii dowiodła, że potrafi wykorzystać inne nacje i ich terytoria do własnych celów. To przecież Europejczycy skolonizowali Amerykę i Afrykę. To Europejczycy zabili Azteków, Inków i Majów i na gruzach ich cywilizacji stworzyli swoją. To Europejczycy w końcu przez wiele lat grabili i nadal grabią i łupią Afrykę z jej bogactw naturalnych, bogacąc się przy tym straszliwie. Dlaczego więc ci sami Europejczycy i Polacy, którzy zowią się członkami wielkiej rodziny europejskiej, teraz nie mieliby spłacić długu swoich dziadków i ojców?

   Jeśli okazałoby się, że uchodźca z Afryki podczas rozmowy kwalifikacyjnej wykazałby się lepszymi niż ja kwalifikacjami, to wcale nie byłoby mi przykro, że to nie mnie udało się dostać tą pracę. Takie są prawa ekonomii. Polacy nie chcą pracować za 5 zł tutaj w kraju, dlatego też wyjeżdżają do chociażby Holandii, aby tam pracować za 10 euro, za które znów Holendrzy nie chcą pracować. I tak samo będzie z uchodźcami. Zajmą miejsca pracy, których nie chcą Polacy, bo dla nich ,,marny grosz”, którym gardzi polski pracownik będzie, jak manna z nieba. A skoro podejmą pracę, to zwiększy się produkcja, zwiększą się zyski przedsiębiorstw i wpływy do kasy państwa z tytułu podatku dochodowego, a tym samym zwiększy się PKB i rozwinie gospodarka. Nie ma bowiem tego złego, co by na dobre nie wyszło.

   Mamy rok 2015. Z wybrzeży Afryki wypływają statki. Czy znajdą przyjazną przystań w naszym kraju? Oby tak się stało. Niech Polacy pokażą, że nie są tylko malowanymi chrześcijanami, ale chrześcijanami z krwi i kości, którzy za cel stawiają sobie DOBRO BLIŹNIEGO.

Francja Elegancja

   1035049-paryzZakochani mówią, że maj to najpiękniejszy miesiąc. I ja się z tą opinią całkowicie zgadzam :) . Wiosna tak na poważnie budzi się do życia. Drzewa obsypane są pełnymi zieleni liśćmi, ptaki głośniej i radośniej śpiewają, trzymający się za ręce chłopacy i dziewczyny wychodzą na ulicę, aby cieszyć się sobą i tym, co ich otacza. Maj jest też miesiącem, w którym to na poważnie zaczyna się sezon grillowy, sezon na studenckie święta zwane Juwenaliami oraz sezon na rowerowe czy piesze wycieczki. Wycieczki, właśnie wycieczki, to o nich chcę dzisiaj napisać. A konkretnie o jednej z nich, którą miałem okazję odbyć kilka dni temu. Chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o moim wypadzie do Paryża.

   Przyznam Wam się, że zakochałem się w Paryżu. To miasto, tak mnie urzekło, że nie potrafię o nim zapomnieć. Jest w moich myślach i nie chce wyjść. Na samo wspomnienie w moim brzuchu zaczynają latać motyle, a to chyba przecież objaw zakochania :) . Ale zacznijmy od początku. Spędziłem w Paryżu cztery wspaniałe dni. Jednak aby do Francji móc się dostać musiałem prawie 24 godziny posiedzieć sobie w autobusie i z jego okien podziwiać piękno naszego kraju oraz uroki zachodnich sąsiadów: Niemiec i Francji. 12.07.2003 FRANCJA - PARYZ - KATEDRA NOTRE DAME FOT. WOJCIECH MATULSKICo mi się rzuciło w oczy i poniekąd urzekło podczas przejazdu przez te dwa wyżej wymienione kraje? Była to przede wszystkim wspaniała i nie podlegająca dyskusji niemiecka precyzja, objawiająca się polami obsianymi zbożami i rzepakiem wręcz ,,pod linijkę”, wszechobecnym porządkiem, pięknymi zabudowaniami oraz świetnymi drogami. Francja natomiast zaskoczyła mnie niezwykle rozwiniętą infrastrukturą drogową. Tunele, wiadukty, metro, pociągi- to wszystko było tak wspaniałe i równocześnie tak odległe od naszych polskich dróg i mostów. A sam Paryż. Cóż, nie starczyłoby mi dnia, aby to wszystko opowiedzieć. Postaram się jednak pokrótce wszystko Wam przekazać- Drodzy Czytelnicy.

Dzień 1

  391037807_5b35b878ab Zwiedzanie rozpoczęliśmy od przejazdu paryskim metrem. Sam Paryż posiada, aż 14 linii, którymi można dojechać niemal wszędzie. Wychodząc z niego naszym oczom ukazały się zabudowania zamku Palais de Justice, w którym to po wybuchu rewolucji była więziona Maria Antonina. Następnie jednym z 26 mostów Paryża przeszliśmy pod katedrę Notre Dame, gdzie każdy z nas mógł poszukać słynnego dzwonnika :) . Katedra i jej zabudowania są przepiękne. Następnie przeszliśmy całą Dzielnicę Łacińską, która jest od wielu stuleci miejscem bardzo studenckim. To właśnie tam znajduje się słynna na cały świat Sorbona. Pięknymi uliczkami przeszliśmy pod Panteon, gdzie swój grób mają wielcy Francuzi, między innymi Maria Słodowska-Curie- jeden z moich autorytetów. Ze wzgórza świętej Genowefy, gdzie znajduje się grób naszej noblistki przeszliśmy pod najsłynniejsze muzeum świata, czyli Luwr. Luwr urzekł mnie swoimi zbiorami- obrazami, rzeźbami, wszystkim tym, co znamy z książek od historii przy przewodników- z Nike z Samotraki, Wenus z Milo po najsłynniejszą z najsłynniejszych Mona Lisę. Dzień zakończyliśmy przy futurystycznym budynku zwanym Centrum de Pompidou.

Dzień 2

   adrian-reeman-wersal-palac-wiezowiec_img_18959a5a115700fea8aeba1cd5f55d5f_600_0_0_0_0_0_ffffff_0_ad717Mimo padającego deszczu i dość nieprzyjemnej aury z uśmiechami na ustach udaliśmy się do oddalonego o 40 kilometrów od Paryża- Wersalu, który od czasów króla Ludwika XIV był siedzibą władców Francji. Ten zabytkowy kompleks pałacowy zauroczył mnie swoją okazałością. Sale, komnaty i inne pomieszczenia pełne były pięknym obrazów, ściany pokryte były różnymi malowidłami, wyposażenie poszczególnych pokojów przytłaczało swoim bogactwem i przepychem. Nic dziwnego, że biedny lud Paryża zbuntował się i wywołał Rewolucję. Burboni mieszkali bowiem w  pełnym złota pałacu, w którym wszystko było idealne. Nie było nam jednak dane rozkoszować się pięknem wersalskich ogrodów, gdyż z nieba padał dość obficie deszcz. Dlatego też wyjechaliśmy z Wersalu z poczuciem, że trzeba tu jeszcze kiedyś wrócić. Tego dnia, też po raz pierwszy z bliska było nam dane oglądać słynną wieżę Eiffla. Dzień zakończyliśmy obfitującym w wizualne przeżycia rejsem po Sekwanie. Oglądanie zabytków stolicy Francji z perspektywy stateczku, przepływanie pod wspaniałymi mostami było czymś, czego nie da się opisać, to po prostu trzeba przeżyć.

Dzień 3

  paryz_luk_triumfalnyPrzedostatni dzień rozpoczęliśmy od zobaczenia z okien autobusu najnowocześniejszej dzielnicy Paryża- zwanej La Defense, na której to znajduje się jeden z trzech paryskich łuków, postawiony w 1989, w dwusetną rocznicę zdobycia Bastylii- Łuk La Grande Arche. Następnie udaliśmy się pod paryską operę, ufundowaną przez Napoleona III, pod którą to kończył swój marsz pochód, który 1 maja zawsze przechodzi ulicami Paryża. Dowiedzieliśmy się także, dlaczego na każdym rogu ulicy w tym dniu można kupić bukiety konwalii. Można je nabyć dlatego, że w tym dniu Francuzi obdarowują nimi wszystkich tych, których kochają. Spod opery udaliśmy się na plac Vendome, gdzie znajduje się pierwszy sklep Coco Chanel, mieszkanie w którym umarł Fryderyk Chopin, statua Napoleona oraz najdroższy hotel w Paryżu- z którego to w swoją ostatnią drogę wyruszyła księżna Diana- Hotel Ritz. Następnie udaliśmy się pod budynek Comedie  Francaise  oraz Hotel Regina, gdzie przebywał Władysław Sikorski. Spod hotelu przeszliśmy ogrodami Tuilleries- przylegającymi bezpośrednio do Luwru- na plac Concorde, czyli Plac Zgody, na którym to w roku 1789 postawiono gilotynę.studencki_sylwester_w_paryzu_2 Z placu idąc przez Pola Elizejskie udaliśmy się na most Aleksandra III- jeden z piękniejszych mostów Paryża, który jest symbolem przyjaźni francusko-rosyjskiej a następnie pod Łuk Triumfalny. Spod niego ruszyliśmy dalej, aby udać się już autobusem do najbardziej paryskiej z paryskich dzielnic- dzielnicy Montmarte. Tam zobaczyliśmy znany na cały świat kabaret Moulin Rouge oraz Plac Pigalle- na którym niestety, nie było kasztanów, które panna Zuzanna najbardziej lubi jesienią. Dalej idąc ulicą Lepic przeszliśmy pod dom Vincenta van Gogha i dalej ruszyliśmy na szczyt Montmarte, gdzie wznosi się przepiękna bazylika Sacre Coeur, z której to schodów rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama Paryża.

Dzień 4

   Sacre_Coeur_Paryz_Francja_01Ostatni dzień naszej podróży po Paryżu rozpoczęliśmy od wjazdu na słynną wieżę Eiffla, z której to rozciąga się wspaniały widok na stolicę Francji. Konstrukcja stworzona niemal 100 lat temu budzi zachwyt i podziw wszystkich zwiedzających. Spod wspaniałej wieży udaliśmy się paryskimi bulwarami znajdującymi się nad Sekwaną,  pod jedyny w Paryżu pomnik naszego wieszcza narodowego- Adama Mickiewicza oraz tunel, gdzie zginęła  w tragicznym wypadku samochodowym księżna Diana. Następnie udaliśmy się na przepyszny, bardzo francuski obiad :) , po  którym to z bólem serca i łzami w oczach po raz ostatni przejechaliśmy się paryskim metrem, które zawiozło nas do autobusu, którym to wróciliśmy do naszej kochanej ojczyzny.

   Mógłbym tutaj pisać i pisać i pisać, że na pewno znudziłoby Wam się czytanie tego. Na tym jednak poprzestanę i powiem, że warto wybrać się do Paryża. Warto odwiedzić to miasto. Warto się w nim zatracić. Ja już teraz wiem, że nie był to mój ostatni pobyt w Paryżu. Jest jeszcze tyle do zobaczenia, tyle do przeżycia, tyle do odkrycia.turystyka-francja-paryz-05

 Jednak nie byłoby tak wspaniale, gdy nie towarzystwo, z którym przyszło mi podróżować. Z tego miejsca dziękuję mojej kochanej cioci Bożenie, z którą do już trochę tej Europy zwiedziłem, dziękuję pani Reginie, bez której ten wyjazd nie byłby tak sympatyczny oraz dziękuję reszcie uczestników, którzy pochodzili z całej Polski. Tak wspaniała grupa rzadko się zdarza. Dzięki Wam było mi tam, jak w domu :) .

Misericordia

JezuUfamTobieDałeś światu Bożego Miłosierdzia tajemnice.

Otworzyłeś Swego serca wszystkie granice.

Kazałeś z niego czerpać bez ograniczenia.

Jednak, czy Ono człowieka naprawdę przemienia?

Bo czy my Miłosierdzie całkowicie rozumiemy?

Czy z Niego tak naprawdę w pełni czerpiemy?

Rozum Go przecież wytłumaczyć nie zdoła.

A ono codziennie, wręcz krzyczy, drze się, woła.

Każe nam kochać to, co słabe, wątłe, chore,

to, co kruche, stare, brzydkie, gołe.

To, co szpeci, odpycha, odrzuca,

o czym się z trudem mówi, czego się z trudem słucha.

To, co nas boli, męczy i przygniata,

Ty Boże  zamknąłeś w jednym tylko zdaniu.

W Ciebie ufnym miłowaniu.

I przez prostą kobietę, dałeś światu znak,

dzięki któremu każde NIE zamieni się w TAK.

Dzięki, któremu człowiek z wilka, owcą się staje.

I bierze mniej, a więcej daje.

Dzięki, któremu możemy żyć w zgodzie.

I z miłością powtarzać:

JEZU, UFAMY TOBIE!

Kremówka czy encyklika?

 jan-paweł-II   Dziesięć lat temu wszyscy Polacy wstrzymali oddech. Oddech wstrzymał cały świat. O godzinie 21:37 odszedł do domu Ojca, kochany przez wszystkich papież Jan Paweł II- od niedawna święty. Po dekadzie od tamtego wydarzenia ,każdy z nas powinien zadać sobie pytanie: czy wypełniam testament, jaki pozostawił po sobie Słowiański Papież?

   Polacy są takim narodem, który w chwilach trudnych potrafi się jednoczyć i walczyć w słusznej sprawie. Pokazały to czasy zaborów, okupacja niemiecka czy okres komunizmu. Potrafi się jednoczyć w chwilach tragicznych, takich jak chociażby Katastrofa Smoleńska. Wówczas z naszych ust płynną deklaracje zgody, pojednania, zakopania toporów wojennych. Wpadamy sobie w ramiona, przepraszamy się, mówimy, że od teraz będzie lepiej. Taka sama sytuacja miała miejsce, gdy umarł papież. Politycy, dotąd zwaśnieni, podawali sobie ręce na znak pokoju, piłkarze rywalizujących drużyn wspólnie klękali na boisku, aby oddać hołd Ojcu Świętemu, rzesze Polek i Polaków płakało i obiecywało poprawę. Na fali żałoby powstało pojęcie pokolenia JPII. Ile z tego pozostało? Okres opłakiwania papieża skończył się dość szybko. Co jakiś czas wspominano, że to już miesiąc, rok, dwa lata, odkąd umiłowany papież odszedł do domu Ojca. Temat papieża powrócił z chwilą Jego beatyfikacji i kanonizacji. Polacy zyskali nowego świętego, wielkiego orędownika w niebie, ale czy odkryli tak naprawdę Jana Pawła II? Ilu z nas przeczytało chociażby jedną książkę papieża? Ilu z nas zna tytuł jednej z Jego encyklik? Ilu z nas miało w rękach Jego listy, adhortacje, słowa, które kierował do młodzieży, osób starszych, chorych. No tak, odpowiecie, że przecież w każdym z polskich domów jest podobizna papieża. Wisi w najważniejszym miejscu mieszkania, papież z obrazu patrzy na nas, gdy jemy niedzielny obiad. Pytanie tylko, czy my patrzymy na niego? Bo święty Jan Paweł II nie powinien być chyba dla nas tylko papieżem z obrazka, kremówkowym papieżem lub tym machającym z okna na Franciszkańskiej. Dla nas Polaków powinien być wzorem do naśladowania. Wzorem walki z przeciwnościami losu, dialogu z innymi ludźmi, pokonywania barier, przeżywania cierpienia. Wzorem umiłowania prawdy, walki o dobro najsłabszych, najmniejszych, chorych i cierpiących. Wzorem świętości.

   Gdy umierał papież miałem 15 lat. Pamiętam Jego pielgrzymki do Polski, Jego audiencje w Watykanie. Pamiętam 2 kwietnia 2005 roku. Obecne pokolenie- pokolenie tabletów, smartfonów i laptopów, zna Jana Pawła II tylko z opowiadań, filmów czy artykułów w gazetach. Kolejne może dowie się o Nim z książek do historii, a dzieci moich dzieci mogą nawet nie wiedzieć kim był Karol Wojtyła.

   Zróbmy wszystko, aby tak się nie stało. Zróbmy wszystko, aby papież żył w naszej świadomości. Wystarczy tak niewiele. Ojciec Święty pozostawił po sobie ogromną spuściznę, która jest dostępna na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko po nią sięgnąć. Nam Polakom nie wolno marnować tak wielkiego daru, jakim obdarzył nas Bóg w osobie Jana Pawła II.

   Tak więc, święty Janie Pawle II módl się za nami. Módl się za Polskę, módl się za Polaków.

Historia pewnego mieszkania

Białystok,_kamienica_(d._zarząd_fabryki_Moesa),_ul._św._Rocha_3,_03 Byłem kiedyś w pewnym mieszkaniu. Mieszkaniu bardzo wyjątkowym. Takim, których na świecie jest niewiele, a może nie ma ich wcale. Opowiem Wam dzisiaj o nim.

   Gdy otwiera się do niego drzwi, czuć coś wyjątkowego.  Zapach, który zadziornie łechce nos, jest zapachem niezwykłym. Jest mieszanką książkowego kurzu, świeżo mielonej kawy, ale przede wszystkim jest przepełniony wonią miłości. Miłości, która znajduje się tam niemal wszędzie. Miłości, która siedzi sobie na kuchennym parapecie, na herbacianym imbryku, na stosie świeżo uprasowanych koszul, która zerka przez uchylone drzwi z dziecięcego pokoju. Miłości, która sprawia, że to, co wcześniej wydawało się szare i nieciekawe, nagle staje się pełne barw. Ale miłość nie jest tam samotna. Ma wokół siebie wspaniałe towarzystwo. Na równo ułożonych książkach, od wielu już lat mieszka sobie także empatia. Empatia, która z każdą przeczytaną stroną wnika w domowników. A trzeba wiedzieć, że książki są tam czytane zawsze i wszędzie. Przy śniadaniu, obiedzie a nawet i podczas kolacji. Przy obieraniu ziemniaków, lepieniu pierogów czy myciu okien. Czyta się tam w kuchni, korytarzu, salonie i w wannie. Często dochodzi do sytuacji, że domownicy wpadają na siebie, przechodząc z jednego pomieszczenia do drugiego, bo tak są zabsorbowani lekturą. A na kuchennym blacie stoją  równo ułożone filiżanki. Są pękate i niebieskie. One także mają swoich mieszkańców. W tych pięciu niebieskich filiżankach wygodnie sobie siedzą : dobre wychowanie, zaufanie, wzajemny szacunek, mądrość życiowa i wiara. Tak sobie siedzą i z każdym wypitym łykiem herbaty wnikają w domowników. A nad wszystkim góruje duża szafa, w której równo i w odpowiedniej kolejności poukładane są zasady. Zasady, które są tam bardzo ważne, które sprawiają, że dzięki nim, mieszkanie to jest tak wyjątkowe. Jakże szkoda, że wielu polskich domach nie ma takowej szafy. Jakże szkoda, że nie ma takiej mamy, taty, takich dzieci. Gdyby tak było, wszystko na pewno wyglądałoby piękniej.

Jak dobrze móc czasami iść do takiego mieszkania…

Jak dobrze móc powdychać ten cudowny zapach i pić z tych niebieskich filiżanek…

Jak dobrze jest mieć  takich ludzi wokół siebie…

Okruchy Majdanu

   pobrany plikIle rewolucji widział już świat? Chyba nie można ich wszystkich policzyć i dać jednoznacznej odpowiedzi. Jedne były mniejsze, drugie większe, nazwane lub nie, krwawe bądź bezkrwawe. Jednak każda z nich sprawiała, ze coś się zmieniało. Upadały rządy, ginęli ludzie, społeczeństwo zaczynało inaczej myśleć. Przychodziło nowe, które nie zawsze było lepsze. A co przyniósł ukraiński Majdan? Na to pytanie postaram się dać dzisiaj odpowiedź.

   Znany Czytelnikom z lekcji historii Winston Churchill – premier Wielkiej Brytanii i członek Wielkiej Trójki, powiedział kiedyś, że „demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu’’. Mimo, iż jest najgorszą, jest najczęściej wybieraną. Znana od czasów starożytnych władza ludu ma być gwarantem ładu politycznego i społecznego. Kraje, które jej nie doświadczają, dążą do niej, a te, które już ją mają nie potrafią często z niej korzystać. Co dała demokracja Ukrainie? Na pewno przyniosła poczucie samostanowienia o sobie, o przyszłości. Dała możliwość wejścia na ścieżkę reform, które mają przybliżyć ją do krajów Europy Zachodniej, a w ostateczności wprowadzić w szeregi Unii Europejskiej. Ale zanim to się stanie, jeszcze wiele wody upłynie w Dunaju i wiele kul zostanie wystrzelonych z pistoletów. Bo czy zeszłoroczny Majdan coś tak naprawdę zmienił na Ukrainie? Można powiedzieć, że zmieniły się rządy. Do władzy doszły osoby, które są skłonne do głębokich reform, które są otwarte na współpracę ze Wspólnotą Europejską, które nie są ślepo wpatrzone w Rosję. Ale wszystko to okupione jest życiem wielu niewinnych ludzi, płaczem kobiet i dzieci, gruzami i zniszczeniami. Rewolucja, która miała przynieść powiew wolności i nowoczesności, przyniosła ze sobą ból i smutek. I tutaj pojawia się pytanie. Czy w XXI wieku takie rozwiązania są dopuszczalne? Czy Europejczycy, którzy są winni dwóch wojen światowych, którzy wyciągnęli z nich lekcje i zjednoczyli się, mogą na coś takiego pozwolić? Działania Władimira Putina w pewien sposób przypominają te, które prawie 80 lat temu prowadził Adolf Hitler. Chciał korytarza z Niemiec do Prus Wschodnich, na który to Polacy nie wyrażali zgody. Wszyscy doskonale wiemy, jak to się skończyło. Czy dążenie Rosji obecnie nie jest analogiczne? Zajęcie Krymu i walki w rejonach, które stanowią niejako ,,drogę” z Rosji na półwysep są powtórką z historii. I tutaj nasuwa się pytanie. Co zrobi świat? Przyznanie Rosji racji i odłączenie od Ukrainy tamtych ziem byłoby najlepszym z możliwych rozwiązań, które na pewno zakończyłoby te okrutne walki, w których każdego dnia giną istoty ludzkie. Z drugiej strony mogłoby to stać się przyczynkiem do zajmowania kolejnych obszarów, które Rosja chciałaby odzyskać, bo uważa je ,,za swoją własność”. Byłyby to także policzek dla wszystkich przywódców państw Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych i ONZ, którzy nie potrafili zrobić nic, aby tego uniknąć. No i trzecim rozwiązaniem, które jest najgorszym z najgorszych jest oczywiście konflikt zbrojny, który dałby jednej stronie zwycięstw a drugiej gorycz porażki. I tutaj pojawia się kolejne pytanie. Kto chciały umierać za Ukrainę? Jak dotąd żadne państwo nie wyraziło takiej chęci. Wszystkie zabiegi do tej pory są tylko rozmowami i papierowymi porozumieniami, które nie mają żadnej mocy. Sankcje nie przynoszą skutków, a ich nakładanie odbija się na krajach słabszych, między innymi na Polsce. Potęgi gospodarcze Europy, mimo iż popierają Ukrainę i potrafią stanowczo sprzeciwić się Putniowi. Ukraina mimo, iż odczuwa na swoich plecach pomocne dłonie, tak naprawdę jest samotna. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać. Czekać na cud, który przyniesie pokój lub czekać na wojnę, która zniszczy, to wszystko, co kochamy. Oby drugi scenariusz nigdy się nie ziścił.

   Rewolucje są potrzebne. To one zmieniały i zmieniają bieg historii. To one są motorem sprawczym wszystkiego, co nas otacza. To one sprawiają, że świat nie stoi w miejscu. Pamiętać jednak musimy, że muszą być one przemyślane, osadzone na mocnych i stabilnych filarach. Potrzebujemy jednak rewolucji umysłu, a nie rewolucji serc.

   Życzę wszystkim Ukraińcom, aby to, co obecnie dzieje się w ich kraju znalazło swój szczęśliwy koniec. Aby udało się znaleźć taki konsensus, który będzie możliwy do zaakceptowania, przez każdą ze stron.

   Życie ludzi jest bowiem wartością najwyższą. Śmierć choćby jednego żołnierza, jednego cywila jest wielką stratą dla całego świata i wymownym wołaniem o pokój.

Czterdzieści dni

   pobrany plik (1)Zapewne większość z Was, drodzy Czytelnicy, zgodnie z wielowiekową tradycją i nakazem religijnym udała się dzisiaj do kościoła, aby poprzez obrzęd posypania głowy popiołem rozpocząć okres Wielkiego Postu- czasu, który ma nas- chrześcijan przygotować na najważniejsze dni w roku, czyli mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Dlatego dzisiaj chciałbym pochylić się nad tematem współczesnego poszczenia.

   Jeszcze niespełna 150 lat temu, w ostatni dzień karnawału urządzano zabawy ostatkowe, zwane przez mieszkańców Poznania i okolic ,,podkoziołkiem”, które kończyły się równo z wybiciem północy. Ich zakończenie było bardzo wymowne, gdyż na znak rezygnacji z hucznych zabaw, na podłodze, która jeszcze kilka chwil temu służyła za taneczny parkiet, rozsypywano popiół. Miał on uświadomić zebranym, iż zakończył się czas hulanek i swawoli, a rozpoczął okres wyciszenia i refleksji. No, ale to przecież było dawno, kto by teraz tak robił? Czasy się przecież zmieniły, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Może i tak, ale fundamentalne zasady, na których opiera się nasza religia, przez ten czas nie uległy zmianie. Ale nie o tym chcę pisać. Pragnę zastanowić się, na czym może polegać post człowieka XXI wieku? Czy mamy tak, jak nasi przodkowie, odkładać na ten czas wszystko, co związane jest z tłuszczem oraz mięsem? Myślę, że nie. Chociaż zwolennicy wegetarianizmu zapewne udowodniliby nam, że udałoby się przeżyć przez ten czas jedząc same warzywa, mleko czy sery. I nawet byłoby to z korzyścią dla naszego organizmu. Wydaję mi się jednak, że współczesnemu człowiekowi trudno byłoby wyrzec się konsumpcji mięsa przez 40 dni- przecież McDonald i KFC kusi niemal na każdym rogu większego miasta :) . Współczesny człowiek potrzebuje innego postu. Postu, który zarówno wpłynie na ciało jak i na ducha. Potrzebujemy odpoczynku od Facebooka, Instagramu, Twittera, YouTube, Demotywatorów, Pudelka i wielu innych stron, które zabierają nasz czas. Potrzebujemy odpoczynku od telewizji, kolorowych gazet, głośnej muzyki, mp3,mp4, telefonów, smartfonów czy tabletów. Potrzebujemy odpoczynku od ciągłego gonienia za pieniądzem, sławą i karierą. Potrzebujemy w końcu oddechu od samych siebie. A czas Wielkiego Postu, jest ku temu najlepszą okazją. Nie musimy oczywiście rezygnować ze wszystkiego na całe 40 dni ( nie wyobrażam sobie bowiem, jak wyglądałaby moja tablica na wspomnianym wyżej portalu społecznościowym, gdybym zajrzał na nią dopiero w Poniedziałek Wielkanocny :) aż strach pomyśleć :) ). Możemy przecież ograniczyć nasze wejścia do Internetu do minimum, do tego, co jest nam w danym dniu konieczne, czy to w pracy czy w szkole. Możemy odłożyć na bok ulubione gazety, muzykę czy gry komputerowe. Możemy zrezygnować z wyjść do pubu na piwo ze znajomymi. To przecież tak niewiele. Ten czas oddechu, zatrzymania, odsapnięcia, nie będzie czasem straconym czy zmarnowanym. Zapewniam Was, drodzy Czytelnicy, że odkryjecie, iż wielu rzeczy wcześniej nie zauważaliście, że wiele spraw Wam umykało, że w końcu odnajdziecie czas na to, co najważniejsze.

   A i co najbardziej istotne. Post, to nie czas smutku, płaczu i marudzenia. Wielki Post, to okres przemiany naszych serc, umysłów i sumień. Czas, kiedy odkrywamy, że zło i śmierć nie ma ostatniego słowa, że nigdy nie jest tak źle, aby mogło być lepiej oraz że ciemność zawsze musi ulec blaskowi poranka zmartwychwstania.

  Pamiętajcie, drodzy Czytelnicy- uśmiechajcie się w Wielkim Poście- do siebie, do innych, do świata, bo zgodnie ze słowami Jezusa ,, nie mamy być posępni”, gdy pościmy. Post nie ma nas zasmucać, ale dawać nadzieję, że jutro będzie lepiej. Tak więc- przyjemnego poszczenia :) .

Rewelacja- Abdykacja

   ITALY POPE FRANCIS MEEST BENDICT XVIDokładnie dwa lata temu papież Benedykt XVI ogłosił całemu światu, że pragnie abdykować, że chce zrzec się powierzonego mu, przez kardynałów na konklawe urzędu Ojca Świętego. Informacja ta lotem błyskawicy obiegła świat i wywołała lawinę spekulacji i domysłów. Zaczęto odkrywać mówiące o tym  przepowiednie oraz doszukiwać się znaków wieszczących rychły koniec świata. Ale co tak naprawdę wywoła ta, bądź co bądź odważna decyzja? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym artykule.

   Trafność podejmowanych przez nas decyzji zależy od wielu czynników. Wpływa na nie przede wszystkim obiektywna analiza posiadanych informacji, słuszność ich oceny oraz wielość możliwych wariantów wyboru. Jednak jedno jest pewne, to my sami stanowimy o swoim losie i tylko my mamy na niego ostateczny wpływ. Decyzja podjęta przez papieża Benedykta XVI nie należała do łatwych. Ojciec Święty na pewno zdawał sobie sprawę jakie konsekwencje może ona wywołać. Był świadomy tego, że uczyni coś, czego od wielu stuleci nie stosowano w Kościele. Uznał jednak, że tak trzeba i w wolności swojego sumienia stwierdził, że abdykacja jest najlepszą z możliwości, jakie przed nim stoją. Co ja, jako członek Kościoła sądzę na ten temat? Osobiście uważam, że Ojciec Święty podjął dobrą decyzję. Uznawszy swoją niemoc fizyczną, przyznał, że nie może już, w sposób odpowiedni przewodzić łodzi świętego Piotra. Okazał tym samym wielką pokorę, mądrość, a co najważniejsze, wielką troskę o Kościół. Uznał, że w tak szybko zmieniającym się świecie, w takich warunkach potrzebny jest przewodnik, który będzie miał odpowiednie siły fizyczne i duchowe, aby sprostać temu, czego oczekuje od niego ludzkość, ale przede wszystkim Bóg. I w tym miejscu dochodzi do ukazania wielkiej mądrości Boga. Gdy wszyscy myśleli, że kardynałowie zebrani na konklawe wybiorą na nowego papieża kandydata młodego, pełnego energii i wigoru, wydarzyła się rzecz niezwykła. Nowym Ojcem Świętym został, mający 77 lat- Jorge Mario Bergoglio. Świat został zaskoczony, ale jak się później okazało pozytywnie, gdyż nowy papież zyskał jego sympatię. Mimo, iż w chwili wyboru był niewiele młodszy od swojego poprzednika miał i nadal ma wigor młodzieńca. Pokazuje, że można zmieniać, to co wcześniej uważane było za coś, czego zmienić się nie da. Łamie utarte schematy, pokazuje, że Kościół to ludzie, a nie stanowiska, samochody, ładne szaty, czy Kuria. Jest blisko tych, których Mu powierzono. Mówi językiem, który jest zrozumiały dla każdego. Udowadnia nam, że nieważne, ile ma się lat, nieważne, gdzie się mieszka i kim się jest. Ważne jest to, by żyć w zgodzie z własnym sumieniem, że pomoc drugiemu nigdy nie jest daremna oraz, że nawet największą ciemność Bóg potrafi rozjaśnić swoim światłem. Bo dla Niego bowiem, nie ma rzeczy niemożliwych.

Twardy orzech do zgryzienia

    orzech_2370Długo mnie tutaj nie było, Drodzy Czytelnicy. Minął już prawie miesiąc od mojego ostatniego wpisu. Ale cóż poradzić. Zajęcia na uczelni, praca  w biurze rachunkowym są tak wciągające, że nie miałem czasu, aby usiąść do komputera i coś napisać.  Tak więc mea culpa i do dzieła. Dzisiaj chciałbym pochylić się nad tematem dokonywania wyborów.

   Każdy z nas, Drodzy Czytelnicy dokonuje wyborów. Mniejszych, większych, łatwiejszych, trudniejszych. Tych, które wpływają na nasze życie w sposób istotny i tych, które są tak powszednie, że w natłoku codziennych obowiązków nie zwracamy na nie uwagi. Jednak każdy z nich pozostawia jakiś ślad w naszym życiu. Odciska swoje piętno. Każda podjęta przez nas decyzja ma swojej konsekwencje. Mogą one być różne. Te pozytywne sprawiają, że wzrastamy, że rozwijamy swoje zdolności, umiejętności, że kształtujemy swój charakter. Te negatywne, często wywołują, smutek, łzy, rozczarowanie i złość, ale mogą być także źródłem jakieś nauki, która sprawi, że w przyszłości nie dopuścimy do takiej czy innej sytuacji.  Wybory nie należą do łatwych czynności (co pokazała ostatnia sytuacja z PKW :) ), ale musimy pamiętać, że nigdy nic w ostateczności nie jest przesądzone, że nie ma sytuacji bez wyjścia, dróg bez powrotu. Jak mawiał Albus Dumbleodre ,,szczęście można znaleźć nawet w najciemniejszych czasach, trzeba tylko pamiętać, aby zapalić światło.” Właśnie, musimy szukać światła, które rozjaśni nasze ciemności, które da inne spojrzenie na drogę, która przed nami. Musimy także pamiętać, że nigdy nie jesteśmy zdani tylko na siebie, że mamy wokół życzliwych nam ludzi, którzy przyjdą nam z pomocą, z dobrą radą, która poniekąd może wpłynąć na dokonany przez nas wybór. Oczywiście nie oznacza to, że mamy we wszystkich swoich decyzjach słuchać innych. My jesteśmy kowalami własnego losu i tylko od nas zależy nasza przyszłość, nasze jutro. To my w ostateczności ponosimy konsekwencje swoich wyborów. Ponosimy ryzyko, które wpisane jest w nasze życie. Ryzyko, którego skutki możemy obliczyć dopiero po jakimś czasie. Ale przecież, ,,kto nie ryzykuje, ten nie ma na chleb”, jak zwykł mówić jeden z moich wykładowców.

   Zapewne zastanawiacie się Drodzy Czytelnicy, dlaczego o tym wszystkim piszę, dlaczego poruszam akurat ten temat. Otóż już spieszę z wyjaśnieniami. Tydzień, który chyli się ku końcowi przyniósł właśnie sytuację, która sprawia, że muszę dokonać ważnego wyboru. Wyboru, który będzie brzemienny w skutkach, a który nie należy do łatwych. Wyboru, który może otworzyć wiele nowych drzwi, albo i nie. Wyboru, który zmieni zarówno mnie jak i tych wokół mnie. Nie zdradzę jednak w tym momencie. o co konkretnie chodzi. Może kiedyś, może za jakiś czas. Jak na razie zasieje w Waszych umysłach ziarno niepewności i rozbudzę Waszą ciekawość. I to by było na tyle :) .

   P.S. Mam do Was, Drodzy Czytelnicy nieskromną prośbę. Wysyłajcie w moją stronę pozytywną energię, która ułatwi mi wybór, która rozjaśni umysł i wyostrzy zmysły, która w końcu da siły na odpowiedź: TAK lub NIE :) .

Bajka o chmurach

   pobrany plikZapach świeżo skoszonej trawy unosił się nad łąką. Och, jakże piękna to woń- szepnął sam do siebie Kostek- mógłbym leżeć tutaj, tak cały dzień. Mógłbym, wdychać ją, tak długo, aż napełni mnie całego, aby później- gdy przyjdzie zima, móc do niej powrócić. Szkoda, że tak nie można. Jakże szkoda, że nie można nigdzie zmagazynować lata- westchnął Kostek i przewrócił się na drugi bok. Rzeczywiście, obok niego było bardzo piękne. W oddali było widać wysokie góry, porośnięte gęstym, zielonym lasem, który ciągnął się, aż do brzegów płynącej nieopodal bystrej rzeki. Łąka była pełna kolorowych kwiatów- maków, chabrów, stokrotek i malw. Stanowiła mieszkanie dla polnych koników, komarów, much i jaszczurek, które podobnie jak Kostek, wyszły ze swoich norek, aby wygrzewać się w słońcu. Zafascynowany  tym wszystkim chłopiec, nie zauważył, że obok niego położyła się jego przyjaciółka Marysia. O czym myślisz?- powiedziała, wyrywając Kostka z tego błogiego stanu. Ojej- krzyknął przestraszony- ale mnie wystraszyłaś. Nie słyszałem Twoich kroków. Tak sobie tutaj leżę i myślę, jaki ten świat piękny. Jak to dobrze, że bez żadnych przeszkód możemy sobie leżeć i patrzeć na to wszystko. Widzisz te chmury, tam wysoko? Tak, widzę- stwierdziła Marysia- ale to tylko chmury, nic wielkiego. Tak, masz rację- odparł Kostek- ale chmura raz jest, raz jej nie ma. Zupełnie jak szczęście. Rzadko zdarza się, że jest z nami zawsze.  Częściej jest ono, jak te chmury- pojawia się, rośnie, płynie po niebie, a potem znika, rozpływa się. Dlatego musimy z niego korzystać. Musimy się nim upajać każdego dnia. Nie wolno nam wciąż narzekać, biadolić. To my jesteśmy kowalami własnego losu, Marysiu. To od nas zależy, jak będzie wyglądało nasze życie, nasze szczęscie. Chmury płyną tam, gdzie każe im wiatr. My mamy wybór. Możemy sami o sobie stanowić. To my sami dokonujemy wyborów. Często trudnych i kosztownych, ale przynoszących wspaniałe efekty. I tak samo jak chmury, raz jesteśmy pełni deszczu, który wylewamy z siebie, gdy jesteśmy źli, gdy coś nas boli lub, gdy chcemy się oczyścić. Innym razem jesteśmy, jak pierzaste obłoki, które niczym nieskrępowane przelatują po niebie, ciesząc się każdą chwilą. Nie zawsze przecież może być kolorowo- westchnęła Marysia. Masz rację, nikt z nas przecież nie jest idealny- odparł Kostek. Nie sztuką jest bowiem iść cały czas przed siebie, nie potykaj się o kamienie. Sztuką jest z każdego upadku podnosić się, wyciągać z niego wnioski. Być wytrwałym w dążeniu do celu. Mimo przeciwności, mimo niepowodzeń, cały czas iść w zamierzonym kierunku. Wtedy na pewno osiągniemy upragnione szczęście. Och Kostek, pięknie mówisz- powiedziała Marysia- ale chyba słyszę głosy naszych mam, wołających nas na podwieczorek. Tak, to już ta godzina- odpowiedział chłopiec- chodźmy więc spróbować innego szczęścia- kromki chleba ze śliwkowymi powidłami i ciepłego kakao.

   Kostek i Marysia zrozumieli, co to szczęście. A czy i Wy drodzy Czytelnicy zastanawiacie się nad nim? Pochylacie się nad tą wielką tajemnicą, która czyni nasze życie lepszym?

   Życzę Wam drodzy Czytelnicy, abyście codziennie dostrzegali szczęście w każdej chwili Waszego życia. Abyście je pielęgnowali, jak roślinę w doniczce, która odpowiednio podlewana i kierowana w stronę słońca wydaje piękne kwiaty. I pamiętajcie. To Wy jesteście kowalami własnego losu.

Podsumowań czas

images

   Bilans to zestawienie aktywów oraz źródeł ich pochodzenia czyli pasywów, sporządzony w określonej formie i na określony dzień. Każda firma, która jest do tego zobligowana musi takowy przygotować. Zazwyczaj tworzy go na dzień 31 grudnia danego roku. Ale podsumowania tego, co się wydarzyło w przeciągu ostatnich 12 miesięcy dokonują nie tylko firmy, ale także zwykli ludzie. Zawsze na koniec roku każdy z nas ustala, co udało się wykonać, co osiągnęliśmy. Przypominamy sobie także nasze porażki, klęski, zarówno te mniejsze, jak  i większe. I ja także, na kilka dni przed Nowym Rokiem postanowiłem zrobić takie małe podsumowanie mijającego roku.

  Muszę przyznać, że rok 2014 był dla mnie rokiem szczególnym. Szczególnym pod wieloma względami.  Przyniósł mnóstwo ciekawych chwil, które pozostaną na długo w mojej pamięci. Dał mi nowe doświadczenia, nauczył wielu rzeczy. Przede wszystkim mogę powiedzieć, że nauczył mnie pokory. Pokory, która jest niezwykle ważna w życiu, która pomaga nam być lepszymi. Zapewne zastanawiacie się, jakie wydarzenie nauczyło autora tych słów pokory? Otóż były to tegoroczne wybory. Brałem w nich udział jako ten, który mógł być wybrany. Niestety wyborcy nie obdarzyli mnie swoim zaufaniem, postawili więcej krzyżyków przy nazwisku mojego kontrkandydata. Może jestem za młody, może niedoświadczony, może kampanią była nieciekawa? Nie wiem tego. Wiem tylko tyle, że za 4 lata znowu spróbuję. Ten rok nauczył mnie także doceniania piękna, tego wszystkiego, co mnie otacza. Zarówno tego, co blisko, jak i daleko. Morze, góry, doliny, lasy, pola, łąki, to wszystko jest takie piękne, że nie sposób się tym nie zachwycać i dziękować, że można z tego korzystać. 12 ostatnich miesięcy uświadomiło mi również, jak ważne są relacje z innymi osobami, jak ważne jest ich zdanie, rady, okazywana pomoc. Dłoń przyjaciela jest  tysiąc razy więcej warta niż pieniądze. Jednak należy pamiętać, aby otaczać się odpowiednimi osobami, aby nie okazało się, że gdy nadejdą chwile trudne zostaniemy sami. Ten rok nauczył mnie także samodyscypliny. W związku z tym, że podjąłem dorywczą pracę w biurze rachunkowym musiałem nauczyć się dobrze gospodarować czasem. Nauczyłem się, go tak dzielić, aby na wszystko wystarczyło: naukę, pracę, odpoczynek i przyjemności. Jeszcze muszę nad tym popracować, ale jestem na dobrej drodze.

   Bilans sporządzany przez przedsiębiorstwa zawsze musi wyjść na zero. Aktywa muszą równać się pasywom. W moim przypadku to zestawienie się nie zeruje. Więcej jest w nim rzeczy dobrych, nich złych. Więcej chwil przyjemnych i miłych, niż tych smutnych. Mam nadzieję, że w Nowym Roku też tak będzie.

   Czego sobie życzę na Nowy Rok? Jakie są moje plany? Hmm… jest ich wiele. Niektóre prezentuję poniżej. Zobaczymy za rok, czy wszystkie udało się zrealizować :) :

-  chcę nauczyć się w końcu dobrze mówić w języku angielskim, skoro premier dokonał tego w 3 miesiące, to może i mnie uda się w ciągu 365 dni,

- chcę nauczyć się grać na gitarze,  bo jak na razie jedynym instrumentem na którym gram są nerwy :) ,

- chcę dobrze ukończyć studia, obronić pracę magisterską i podjąć pracę zawodową, którą będę wykonywał do 67 roku życia :) ,

- chcę poznać nowych, ciekawych ludzi, którzy wniosą w moje życie coś nietuzinkowego,

-chcę pojechać do Paryża, aby zobaczyć Mona Lisę,

- chcę przeczytać przynajmniej 50 książek :) ,

- chcę zacząć chodzić regularnie na basen a może i na siłownię,

- chcę przejść 300 kilometrów w lipcu,

- chcę mniej krzyczeć, denerwować się, być złośliwym, leniwym i rozkojarzonym,

- chcę poprawić jeszcze wiele rzeczy, ale nie będę tutaj o nich pisał :) .

 I na koniec Drodzy Czytelnicy chciałbym życzyć Wam, aby Nowy Rok 2015 przyniósł same dobre chwile, aby dał radość, uśmiech, spełnienie marzeń, aby każdy z Was po jego zakończeniu mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że to był dobry rok. Szampańskiej zabawy sylwestrowej ( ja w tym roku bawię się nad morzem w Łazach), no i do zobaczenia w nowym, 2015 roku :) .

Błogosławiony poród

images  Ktoś ostatnio zapytał mnie, jak obchodzę Gwiazdkę? Odpowiedziałem, że nie obchodzę. Jakież wielkie było jego zdziwienie, gdy to usłyszał. Może i Wy, Drodzy Czytelnicy też przecieracie oczy ze zdumienia i pytacie się, co też ten Krysztofiak opowiada. Otóż już spieszę z odpowiedzią. Ja w najbliższych dniach nie będę świętował Gwiazdki, ale Boże Narodzenie. Będę pochylał się nad tajemnicą, która 2000 lat temu wydarzyła się w malutkiej wiosce o nazwie Betlejem.

   Ponad dwa tysiąclecia temu historia świata znalazła się w punkcie zwrotnym. Na Ziemi pojawił się Bóg. Przyszedł nie po to, aby świat potępić, ale by go zbawić. Nie przyszedł, aby panować, ale aby służyć. Nie wybrał złotego pałacu, ale ubogi żłobek, aby pokazać, że nie pieniądze, sława i bogactwa są najważniejsze. Dał nam przykład. A jak my celebrujemy ten wyjątkowy czas, kiedy to powtórnie przychodzi do nas Bóg? Czy jesteśmy przygotowani? Zapewne tak, bo przecież umyliśmy okna, wysprzątaliśmy cały dom, zrobiliśmy obfite zakupy, wyprasowaliśmy odświętne ubrania oraz ubraliśmy choinkę. Fajnie, ale czy to wystarczy. Czy w tym wszystkim nie gubimy prawdziwej istoty tych dni? Bo przecież nie karp jest najważniejszy, ani to czy kapusta będzie miała w sobie borowiki czy podgrzybki. Najważniejszy jest On- ten który przychodzi. Przychodzi w drugim człowieku, w jego życzliwym geście, pełnym serdeczności uśmiechu, słowie, które wypowie. Przychodzi mimo, iż my tego nie zauważamy. Dlatego też zróbmy wszystko, aby przyjąć Go jak najlepiej. Otwórzmy drzwi swoich serc na drugiego człowieka, na jego potrzeby. Zróbmy wszystko, aby w ten wyjątkowy czas być dla siebie życzliwym, aby zniknęły wszelkie waśnie i spory, abyśmy wybaczyli sobie wszystko to, co było złe. Niech w tym dniu opłatek nie smakuje jak woda z mąką, ale będzie słodki jak miłość.

   I taka mała dygresja świąteczna. Dzisiejszy świat oparty jest na komercji. Reklamy i marketing bombardowały nas już od listopada tym wszystkim, co związane jest z ostatnimi dniami grudnia. Nie zawsze odnosiło się to bezpośrednio do BOŻEGO NARODZENIA. Dotyczyło śniegu, bałwanków gwiazdek, elfów, prezentów, Mikołaja z Rovaniemi. Świat myśli inaczej, ale my nie pozwólmy na to, aby istota tych świąt się zdeprecjonowała. Choinka, prezenty, potrawy są ważne, ale nie najważniejsze. Pamiętajmy o tym.

   I jeszcze jedno. Zawsze zastanawia mnie to, co świętują ateiści i niewierzący. Skoro w nic nie wierzą, te dni powinni być dla nich jak zwykły dzień. Ale czy są? Chyba nie.

   Drodzy Czytelnicy!

Pragnę Wam życzyć, abyście te święta spędzili w rodzinnej atmosferze.

Aby przełamywany opłatek złamał każdą złą chwilę, złe słowo i czyn.

Aby kolędy przyniosły ze sobą pokój, tak potrzebny światu i każdemu z nas.

Aby Wasze serca stały się żłóbkiem, wyściełanym najlepszym siankiem,

w którym  Maryja położy Jezusa.

Wesołych Świąt :)

Tam i z powrotem

images   ,,W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit. Nie była to szka­radna, brudna, wilgotna nora, rojąca się od robaków i cuchnąca błotem, ani też sucha, naga, piaszczysta nora bez stołka, na którym by można usiąść, i bez dobrze zaopatrzonej spiżarni; była to nora hobbita, to znaczy: nora z wygodami”. Zapewne domyślacie się drodzy Czytelnicy, skąd pochodzą te słowa. Tak, macie rację. To pierwsze zdania książki pt. ,,Hobbit, czyli tam i z powrotem” ,stworzonej przez J.R.R. Tolkiena. Książki wyjątkowej. Zastanawiacie się też na pewno, dlaczego chcę o niej napisać. Tak to już ze mną jest, że wszystko, co tutaj umieszczam, zawsze ma jakiś rodowód, jest czymś wywołane. Dzisiejszy wpis jest konsekwencją maratonu Hobbita, w którym uczestniczyłem. Tak więc do dzieła. Jakby powiedział Bilbo- ku przygodzie.

   Postać Bilba jest niezwykła. Niezwykła pod wieloma względami. Jest syntezą nas samych. Naszych wyborów, zalet i wad. Jest obrazem zmagań ze samym sobą, z otoczeniem. Odkrywaniem siebie każdego dnia na nowo, wnikaniem w głąb duszy. Tolkien poprzez Bibla i jego przygody pokazuje, że życie człowieka nie ogranicza się tylko do wygodnej norki, ulubionego fotela i książek. Pokazuje, że czasami warto przekroczyć prób swojego domu, aby zobaczyć, że za nim czeka coś nowego, niezwykłego, co może nas zmienić, ubogacić. Nasz główny bohater, tak jak i my bał się zmian, lękał się tego, co jest za Pagórkiem. Ale zaryzykował. Ryzyko się opłaciło. Dlaczego i w naszym przypadku nie miałoby tak być. Początkowo tęsknił za domem, ubolewał, że nie zabrał ze sobą chusteczki do nosa. Potem jednak zrozumiał, że można bez niej żyć, że ważniejsza jest pomocna dłoń kompana podróży, jego dobre słowo, czy uśmiech. Spostrzegł, że wspólne przebywanie, dzielenie smutków i radości zbliża do siebie, że tworzy więzi, które trwają do końca życia. Tolkien uzmysławia nam przez przygody hobbita, jak ważna jest przyjaźń, ile można ona przynieść dobrego, że dzięki niej ludzie stają się lepsi. Uczy nas, że zaufanie, lojalność, poświęcenie, odwaga, więcej znaczą niż złoto, że to dzięki nim możliwa jest zmiana świata. Pokazuje, że przy ocenie drugiej osoby nie liczy się jego pochodzenie, majątek czy stanowisko, ale to w jaki sposób odnosi się do innych, szczególnie do tych najsłabszych.  Tolkien nie przedstawia świata białym lub czarnym, kreuje go takim jakim jest, ze wszystkimi jego dobrymi i złymi stronami. Zaznacza, że każdy ma wybór, że to tylko od nas zależy jaką drogą pójdziemy. Świetnie obrazuje to przykład Thorina, który po zdobyciu Samotnej Góry zostaje ogarnięty żądzą władzy, złota i zemsty. Jednak do końca się im nie poddaje i w ostateczności pojmuje, co nadaje właściwy sens każdemu istnieniu. Co najważniejsze ,,Hobbit” udowadnia, że zło nigdy nie ma ostatniego słowa, że mrok zawsze można rozproszyć. Wystarczy w odpowiednim momencie zapalić światło. Wcale nie potrzeba wielkiej siły, ani potężnych czarów, aby zniszczyć to, co złe. Czyste serce i szczere intencje mają tak wielką moc, że zło pierzcha.

  Wszystkich Czytelników, którzy jeszcze nie czytali ,,Hobbita” oraz ,,Władcy Pierścieni”, książek autorstwa J.R.R. Tolkiena z całego serca zachęcam, aby sięgnęli po te pozycje. Aby zatopili się w historii Śródziemia, aby podjęli wędrówkę z Bilbem ku Samotnej Górze, a z Frodem do Mordoru. Obiecuję Wam, że nie będzie to czas stracony. Tak samo, jak czas poświęcony na obejrzenie ekranizacji tych powieści. Zobaczycie, odmienią one Wasze życie :) Daję słowo :) .

Nie oceniaj książki po okładce

   imagesZa nami druga tura wyborów samorządowych. Znamy już swoich wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.  Jak to zwykle z wyborami bywa, sprawiły one, że niektórzy utrzymali się u steru władzy na kolejne cztery lata, a inni z kretesem przegrali i musieli pokonanymi ze sceny zejść. Cóż taka jest gra, że jednemu weźmie drugiemu da. Każda zmiana przynosi bowiem coś nowego, niepowtarzalnego oraz tajemniczego. Każdej także towarzyszą większe lub mniejsze skutki, zarówno te pozytywne jak i negatywne. Ale koniec rozwodzenia się nad tym, co minęło i powróci dopiero w 2018 roku. Dzisiaj chciałbym zająć się tematem dość kontrowersyjnym, ale osadzonym w niedzielnych wydarzeniach. A mianowicie chciałbym pochylić się nad wyborem pana Roberta Biedronia na prezydenta Słupska.

   Sama jego kandydatura budziła i nadal budzi mieszane uczucia wśród mieszkańców Polski. Same jego wejście do Sejmu wywołało lawinę komentarzy w naszym kraju jak i na świecie. A wybór na prezydenta jednego z większych miast stał się niejako wielkim wydarzeniem medialnym. Bo przecież pan Robert jest postacią dość barwną. Został bowiem pierwszym posłem i od ostatniego dnia listopada pierwszym prezydentem miasta, który bez skrępowania przyznaje się do swojej orientacji seksualnej. Otwarcie mówi, że jest gejem. I tutaj rodzą się pewne emocje. Bo część społeczeństwa akceptuje go takim, jakim jest, a część uważa, że nie powinien pełnić żadnych funkcji publicznych w związku tym, że jego uczucia skierowane są w stronę osób tej samej płci. I tak drodzy Czytelnicy, na pewno wśród Was też dokonają się podziały. Jedni będą za, drudzy przeciw jego osobie. Macie do tego święte prawo. Ale chciałbym, abyśmy głębiej się nad tym zastanowili.

   Bo przecież przy ocenie człowieka bierze się pod uwagę wiele rzeczy. Jego osobowość, charakter, zdolności, posiadane umiejętności, zdobytą wiedzę, to jak odnosi się do innych ludzi, jak traktuje słabszych i tak dalej i tak dalej. Wiemy, że zbyt pochopna czy powierzchowna ocena drugiej osoby, może być często niesprawiedliwa i dopiero, gdy zagłębimy się w znajomość z taką osobą możemy odkryć jej prawdziwe oblicze. Tak więc, czy możemy też wydawać niepochlebne opinie o człowieku, którego różni od nas tylko orientacja seksualna? Bo przecież nowy prezydent Słupska, to zwykły człowiek. Z wykształcenia  jest politologiem, a od 2006 roku doktorantem na Wydziale Nauk Politycznych Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Pisał i pisze artykuły do wielu gazet, działa społecznie i politycznie, szczególnie na rzecz osób homoseksualnych. Będąc posłem działał intensywnie przy tworzeniu wieli projektów ustaw. I tak dalej i tak dalej. Tak więc, czy jego osiągnięcia, działania, wiedza nie jest wystarczająca, aby zostać prezydentem Słupska? Może jego osoba została uznana przez tamtejszych wyborców za  lepszą i bardziej merytorycznie przygotowaną do pełnienia tej funkcji niż kontrkandydaci?

   Pojawia się więc pytanie, czy orientacja może być przyczynkiem do tego, aby nie móc starać się o wysokie stanowiska? Myślę, że nie. Bo przecież człowieka nie można przekreślać tylko dlatego, że jest gejem, lesbijką, Murzynem, Cyganem, czy Polakiem. Gdybyśmy tak grupowali ludzi i mówili, kto jest lepszy, a kto gorszy świat byłby absurdalny. Nie ocenia się bowiem książki po okładce, tak samo nie powinno robić się z człowiekiem. Zastanówmy się nad tym.

   Niech puentą artykuły, który zostaje otwarty, który na pewno wzbudzi wiele kontrowersji, będzie zdanie, że człowiek jest człowiekiem, tylko wówczas, gdy jest ludzki dla innych ludzi.

Porażka to też zwycięstwo

   ObrzyckoWszystko, co dzieje się wokół nas ma swoje dwa oblicza. Gdy patrzymy na front mijanego domu, nie wiemy co kryje jego tył, gdy kupujemy dziecku czekoladowe jajko nie wiemy, co kryje się w środku. Tak samo jest także ze wszystkimi konkurencjami, w których uczestniczymy. Albo jesteśmy w tej drużynie, która odnosi sukces i cieszy się ze zwycięstwa albo w tej, która to poniosła klęskę i zastanawia się, dlaczego tak się stało. Ale zarówno zwycięstwo jak i przegrana uczą nas czegoś nowego. I wydaje mi się, że bardziej twórcza w doświadczenia i wiedzę jest gorycz porażki, o której to dzisiaj chcę napisać.

   Bo przecież kogoś, kto wygrał przepełnienia wielka euforia, pławi się w glorii chwały. Nie zastanawia się nad tym, co zrobił źle lub, gdzie popełnił błąd, bo przecież nie musi. Jest przecież pierwszy, pokonał rywali i jest na szczycie. A osoba, która stoi za nim, która nie osiągnęła tego, co on, jest zupełnie inna. Gdy schodzi z podium już sprawdza, co zrobiła źle, w którym miejscu popełniła błąd, co należy poprawić, udoskonalić. Poprzez porażkę uczy się pokory. Pokory, która jest bardzo ważną cechą charakteru, a której brakuje wielu osobom. Poznaje swoje słabe strony. Stara się odpowiedzieć na pytanie, co należy zmienić, aby następnym razem wygrać, co należy zrobić, aby być najlepszym. Daje mu zupełnie inne spojrzenie na swoją osobę.  Spojrzenie, które sprawia, że w obliczu nowych wyzwań jest bardziej zachowawcza, zmniejsza w sobie wybujałą pewność siebie czy egoizm. Porażka jest jak woda na gorące złoto. Schładza człowieka, studzi jego emocje, ale i hartuje jego osobowość. Sprawia, że jego charakter ulega zmianie a wybujałe ambicje zmniejszają się. Dzięki temu możliwa jest przemiana. Przemiana, która często ma zbawienny charakter.

   A teraz taka mała dygresja powyborcza. Mogę, bo to mój blog. Mogę, bo głosowałem. Mogę, bo sam mogłem być wybranym. Tak więc informuję moich Czytelników, iż nie zostałem wybrany na radnego. Czy płaczę z tego powodu? Nie. Widząc obecny skład Rady Miasta Obrzycko, nawet dobrze się stało, że nie uzyskałem wymaganej liczby głosów, gdyż nowa Rada tworzona jest przez 14 osób należących do komitetu byłego i obecnego burmistrza, któremu gratuluję zwycięstwa i tak wysokiego poparcia. Tylko jedna osoba jest z opozycyjnego komitetu. I tutaj pojawia się o sens istnienia tego organu w takim składzie. Bo skoro cała Rada jest za burmistrzem, to jej kompetencje jako organu kontrolnego w stosunku do władzy wykonawczej (burmistrza) nie mają najmniejszego sensu. Rada zagra tak, jak im włodarz powie. Będzie to występ jednego aktora.  Nie będzie sporów, przepychanek, nie będzie nic. Demokracja bezpośrednia w postaci wyborców, którzy głosowali sprawiła, że demokracja pośrednia, czyli radni będą brać udział przez cztery lata w przedstawieniu pod tytułem ,,Władza jednego człowieka- czyli Maciej Wielki i Potężny”

Gra o tron

 pobrany plik Lato tej jesieni było nadzwyczaj gorące. Mimo, iż kalendarz pokazywał, że jest już listopad, temperatury nadal oscylowały w granicach 20 stopni. Tak jakby pogoda doskonale wiedziała, co dzieje się niewielkim państewku o wdzięcznej nazwie Obrzycland. Każdy mieszkaniec tego jakże pięknego kraju, zdawał sobie sprawę, że tą gorącą atmosferę, którą dało się wyczuć już od kilku dobrych tygodni, wywołuje zbliżająca się koronacja. Obecny władca, którym był król Maciej VII  z rodu Bieńkowskich, nie mógł być bowiem pewny, czy jego panowanie potrwa następne cztery lata. Bo trzeba wiedzieć, iż król w Obrzyclandzie był wybierany w drodze wyborów, na które z całego królestwa zjeżdżali się wszyscy mieszkańcy. W przeszłości tak jednak nie było. Jeszcze niespełna sto dwadzieścia lat temu na tronie Obrzyclandu zasiadał król Filip XVI zwany Mądrym z rodu Obrzyczaków- dynastii, która to założyła ten jakże piękny kraj. Jednak jego nagła śmierć i brak potomka spowodowała, że ówczesna Rada Starszych, będąca ciałem pomocniczym króla, postanowiła, iż kolejni władcy będą pochodzić z ludu. Ale aby zachować statut królestwa, każdy kolejny wybrany, będzie namaszczany na króla, mimo iż w jego żyłach nie ma błękitnej krwi. Decyzja ta spowodowała jednak sprzeciw części mieszkańców, którzy to,  po trwającym 456 dni buncie postanowili odłączyć się od Obrzyclandu i stworzyć własny kraj. Posiadają oni od tamtej pory swojego władcę, którego nazywają wójtem oraz własną Radę Starszych. Mimo, iż kolejni następcy tronu Obrzyclandu dążyli do powrotu zbuntowanych do macierzy, ich starania nie przynosiły rezultatów. Podział na dwa odrębne kraje trwa do dnia dzisiejszego.

   Następcy wspomnianego króla Filipa XVI byli różni. Jedni z nich zapisali się złotymi grazgłoskami w historii Obrzyclandu, inni wręcz przeciwnie. Nie cofajmy się jednak aż tak bardzo wstecz, a skupmy na ostatnich kilku latach historii, tego jakże pięknego kraju. Bowiem jeszcze pięć lat temu na tronie Obrzyclandu zasiadał król Andrzej II Długowąsy. Jego panowanie było dość długie, obfitujące  w różne ciekawe i nieciekawe wydarzenia. Najważniejsze do przypomnienia jest jednak to, że w czasie, gdy to on sprawował władzę nie doszło do żadnej wojny z sąsiednimi państwami, co na tym terenie jest wielkim wyczynem, gdyż większość ziem okalających Obrzycland zamieszkana jest przez barbarzyńskie ludy. Czas pokoju skończył się jednak na kilka miesięcy przez końcem panowania Andrzeja II Długowąsego. Powróćmy do tej chwili i przedstawmy tamte wydarzenia.

  Tak się składa, że w ostatnich miesiącach panowania wspomnianego wcześniej Andrzeja II Długowąsego do Obrzyclandu przybyła kobieta zwana przez wszystkich  Elżbietą. Posiadała ona wielki atut w postaci ziejącego ogniem smoka z gatunku Jaźwieckich. Stwór ten budził wielki strach w ludziach zamieszkujących Obrzycland. Strach ten jednak był nieuzasadniony, bo tak naprawdę, smok był potulny jak baranek a i baranków nie jadał, był roślinożercą. Pomagał innym smokom i zwierzętom jak tylko mógł, szczególnie tym bezdomnym. Kochał także przyrodę, jak tylko swoim smoczym sercem potrafił. Ze wszystkich mieszkańców tego pięknego kraju, tylko dwie osoby znały tajemnicę smoka i jego właścicielki. Postanowiły więc  to wykorzystać. Był to obecnie panujący król Maciej VII, wtedy znany mieszkańcom Obrzyclandu, jako niejaki Prometeo oraz lokalny bajkopisarz, parający się czarną magią- 1397803509Jakub z Monteriału. Oboje po namyśle stwierdzili, że przyjaźń z Elżbietą może okazać się dla nich korzystna. Dzięki strachowi jaki budził smok, potężnym czarom rzucanym przez czarnoksiężnika z Monteriału oraz niewątpliwemu urokowi Prometeo, udało im się zasiać w umysłach mieszkańców Obrzyclandu ziarno niepewności. Niepewności związanej z przyszłością ich jakże pięknego kraju. Ówczesny król Anrzej II Długowąsy musiał jakoś bronić się. Jego jedyną obroną był nieliczny oddział wojska, na którego czele stał Czarny Rycerz z Knurowa. Tak się bowiem składało, że Obrzycland nie posiadał dużej ilości żołnierzy, gdyż od wielu lat panował pokój, a król wolał pieniądze pochodzące z królewskiego skarbca przeznaczać na pomoc najbardziej potrzebującym. Dlatego też wszelkie działania mające na celu wypędzenie Elżbiety wraz z jej smokiem nie przynosiły rezultatów. A czas płynął. Wybory nowego władcy zbliżały się wielkimi krokami. Czary rzucane przez czarnoksiężnika z Monteriału były coraz silniejsze, a smok latał coraz to niżej i sprawiał, że ludzie nie wychodzili z domów bojąc się o swoje życie.

   I w końcu nastał dzień wyborów. Tego dnia akurat wyjątkowo dopisała pogoda i mieszkańcy, którzy przybyli z najdalszych terenów królestwa mogli chwilę odpocząć w stolicy  oraz z przyjemnością poczekać na wieczorne ogłoszenie wyników, połączone z uroczystością koronacji. Dla kandydatów czas tego dnia biegł jednak niemiłosiernie wolno. Każda minuta była jak godzina, a godzina jak wieczność. Zdenerwowanie rosło. Po długim oczekiwaniu nastała chwila, w której to nadworny herold miał ogłosić wyniki. Jak to było w zwyczaju, kandydaci czekali już w sali koronacyjnej, aby po ogłoszeniu dekretu wyborczego, jeden z nich mógł ubrać się w piękne szaty i zasiąść na tronie. GdyGra_o_tron_Joffrey zegar wybił godzinę 21, do sali w asyście ubranych w popielate stroje mistrzów ceremonii wkroczył herold Jan. Stanął na środku sali, rozejrzał się po zebranych, spojrzał na zdenerwowanych kandydatów i po odchrząknięciu ogłosił, że przewagą niespełna 100 głosów, nowym królem Obrzyclandu został niejaki Prometeo. Radości i wiwatom ze strony czarnoksiężnika z Monteriału i Elżbiety oraz części mieszkańców go popierających nie było końca. Nowo wybrany król na samym początku  oznajmił, że chce, aby od tej pory nazywano go Maciejem VII, na cześć króla Macieja VI, który to, prawie osiemdziesiąt lat temu w podobnych, jak dzisiejsze okolicznościach doszedł do władzy. Po tym wszystkim nastąpiła wyczekiwana koronacja i wielki bal, który trwał do białego rana. A były już władca- Andrzej II Długowąsy po cichu wymknął się z sali i udał się do swojej posiadłości w Dobrach Gostowskich, gdzie przebywał przez kolejne cztery lata.

   Ktoś pomyśli, że Elżbieta wraz ze swoim smokiem dopięła swego, że udało jej się posadzić na tronie swojego kandydata. Nic bardziej mylnego. Tak się bowiem składa, że władza to kapryśna przyjaciółka, a jej dzierżenie często zmienia ludzi. Nie wiemy, czy król Maciej VII dokonał tego będąc w pełni władz umysłowych czy pod działaniem jakiegoś silnego eliksiru podanego mu przez czarnoksiężnika z Monteriału, ale udało mu się znaleźć jakiś sposób na to, aby wypędzić swoją niedawną przyjaciółkę Elżbietę wraz ze smokiem i pozbawić ją wszelkiego wpływu na podejmowane przez siebie decyzje. Zachowanie króla bardzo zdziwiło Elżbietę, gdyż liczyła na to, że promując nowego kandydata na władcę, będzie miała w nim oparcie w walce o pracę dla ludzi którzy są fachowcami,   o czystość przyrody,  o przywileje zwierząt bezdomnych oraz o ludzi pokrzywdzonych przez los. Tym bardziej że to obiecał jeszcze przed koronacją. Sromotnie się jednak przeliczyła. Po wygnaniu osiedliła się na terenach oddalonych od Obrzyclandu o wiele mil drogi i słuch po niej zaginął.

   zamkiPaństwo pod rządami króla Macieja VII przeżywało dość dobre czasy. Udało się dokończyć wiele spraw pozostawionych przez Andrzeja II Długowąsego oraz rozpocząć nowe, autorskie pomysły urzędującego władcy. W końcu do wszystkich domostw popłynęła woda, wyłożono kocimi łbami prawie wszystkie ulice, umocniono fortyfikacje. Jednak mimo wielu sukcesów podczas panowania Macieja VII zdarzyły się także drobne wpadki. Wycięto dwustuletni letni las, który był ostoją wielu gatunków zwierząt, sprowadzono do Obrzyclandu osoby pochodzące z innych państw, które miały pełnić ważne funkcje na królewskim dworze, mimo iż zgodnie ze zwyczajem, te stanowiska zawsze zajmowali rodzimi mieszkańcy. Król Maciej VII musiał także, mimo swoich wielu wysiłków borykać się z problemem wysychającej rzeki, która dostarczała wodę do wszystkich domostw oraz smrodem pochodzącym z nieczystości, jakie niektórzy mieszkańcy wylewali na ulice.

   Czas jednak płynął nieubłaganie i wielkimi krokami zbliżały się nowe wybory. I właśnie na kilka miesięcy przed końcem obecnej kadencji króla Macieja VII, Obrzycland nawiedziła zaraza. Miała ona swój początek na obrzeżach królestwa, na terenach zwanych przez wszystkich Wronieckimi, gdyż właśnie tam swoje gniazda miały ptaki pochodzące z tego gatunku. Jak mówią mieszkańcy, jej bezpośrednią przyczyną były bezprawnie zwożone na terytorium królestwa odpady. Ich obecność sprawiła, że nad Obrzyclandem zawisła trująca chmura oparów oraz namnożyły się szczury, które to przenosiły groźną chorobę. Sam czarnoksiężnik z Monteriełu, który był nadwornym magiem nie mógł poradzić sobie z tym problemem. Dlatego też król Maciej VII postanowił ogłosić konkurs, w którym to mogli brać udział, zarówno mieszkańcy Obrzyclandu jak i ludzie z krajów ościennych. Celem potyczki było znalezienie osoby, która będzie zdolna do tego, aby w jakiś sposób, czy to przy pomocy magii czy sprytu, sprawić, że zaraza opuści Obrzycland. W szranki stanęło wielu kandydatów. Żaden jednak z nich nie dokonał niczego, co w jakiś sposób mogłoby zmniejszyć trujące opary czy plagę szczurów. Gdy wszyscy mieszkańcy stracili już wszelką nadzieję i pogodzili się z tym, że ich piękny kraj niedługo przestanie istnieć, a oni sami będą musieli go opuścić, na horyzoncie pojawiła się iskierka nadziei. Do Obrzyclandu przybyło dwóch nikomu nieznanych mężczyzn. Nijaki Ryszard z Milewa-kronikarz oraz Przemysław z Sytkowa-człowiek jak się potem okazało, obdarzony darem kontaktu z Matką Naturą. Choć nie tylko, bo Przemysław z Sytkowa stał  już kiedyś  w przeszłości na czele Rady Starszych, ale w Warszawlandzie, który to był ponad Obrzycland. Był też milewskibudowniczym machin piekielnych, które budziły strach, bo świeciły blaskiem niczym słońce. Jednak umiejętność kontaktu z Matką Naturą była w obecnej sytuacji bardzo wskazana i jak pokazały dalsze wydarzenia, w tym czasie bardzo pożądana. Przemysław obiecał Matce Naturze, że sytuacja nigdy się nie powtórzy a nawet da ludziom pracę, aby i inni z tej natury korzystali. Aby było świeże powietrze, aby była czysta ziemia, aby ptaki śpiewały co rano, aby zwierzęta były beztroskie i aby rosły drzewa. W tym momencie zaraza panosząca się w Obrzyclandzie zniknęła. Ludzie odetchnęli z ulgą, a euforia, która wybuchła po uratowaniu Obrzyclandu od zniszczenia sprawiła, że mieszkańcy, którzy byli zdegustowani postawą obecnego władcy w tym względzie, zgłosili pomysł, aby w nagrodę, Przemysław z Sytkowa mógł wziąć udział w zbliżających się wyborach nowego króla. Ta propozycja nie spodobała się oczywiście urzędującemu Maciejowi VII, który obawiał się, że może to pozbawić go reelekcji. Jednak aby nie denerwować bardziej mieszkańców zgodził się z ich propozycją. On sam po tym wszystkim udał się królewski dwór, aby w towarzystwie czarnoksiężnika z Monteriału obmyślać strategię na nadchodzące wybory.

  rysiu Wszystkim tym wydarzeniom z zacisza swojego domostwa, znajdującego się na terenach zwanych przez wszystkich mieszkańców Leśnymi, przyglądał się Ryszard z rodu Pechowych, który od kilku lat stał na czele Rady Starszych. Przyglądał się im i je analizował. Wyciągał wnioski, aby wykorzystać je w swojej kampanii, bo musimy wiedzieć, że i on chciał zawalczyć o tron.

   Tak więc obecna kampania zapowiadała się nader ciekawie. Każdy z kandydatów pretendujących do objęcia władzy stworzył swoją własną prowizoryczną Radę Starszych. Znaleźli się w niej różni ludzie, parający się różnym zajęciem i będący w różnym wieku. Warto wspomnieć, iż najstarszym z kandydatów była niejaka Jadwiga z rodu Bombelkowskich, a najmłodszym Paweł z rodu Krysztofiaczków. Wychodzono na rogi ulic, targi i rozgłaszano, kto kandyduje i jakie są jego wyborcze obietnice. Rozdawano jabłka, szynki, mleko i miód, aby przekonać mieszkańców Obrzyclandu do siebie. Zorganizowano także na centralnym placu królestwa wielką debatę, na którą to zjechali się prawie wszyscy mieszkańcy. Słuchali oni w skupieniu tego, co mówią kandydaci, słuchali ich obietnic, ich pomysłów na rozwój Obrzyclandu. Słuchali i wszystko analizowali. Wnioski miały z tego zostać wyciągnięte 16 listopada.

   I w końcu nadszedł oczekiwany przez wszystkich dzień wyborów. Pogoda niestety nie była taka jak przed czterema laty, gdyż już od samego rana padał deszcz. Mieszkańcy Obrzyclandu niechętnie opuszczali swoje domostwa, ale chcąc spełnić swój wyborczy obowiązek udawali się na królewski dwór, aby tam oddać swój głos. I tak jak to było przed czterema laty kandydaci z niecierpliwością oczekiwali na godzinę 21, o której to miały być ogłoszone wyniki. Ustępujący król Maciej VII zgodnie z wielowiekowym zwyczajem złożył na królewskim tronie złotą koronę, berło i królewskie jabłko. Robił to ze łzami w oczach, ale i z przekonaniem, że może rozstaje się z nimi tylko na chwilę, że może będzie mu dane jeszcze przez kolejne cztery lata zasiadać na tronie. Natomiast Przemysław z Sytkowa i Ryszard z rodu Pechowych z nieukrywanym zaciekawieniem i iskrami w oczach spoglądali na te insygnia, w duchu mając nadzieję, że może będzie im dane nosić je na swoich skroniach i w dłoniach. Każda zmiana przecież, przynosi coś nowego, niepowtarzalnego i daje nową krew, która napędza działanie. Stagnacja gubi władców, bo czują się leniwi i pewni swego. Poza tym, nowa miotła, lepiej zamiata, bo czuje presję.

  koron Z każdą kolejną godziną do sali koronacyjnej napływało coraz więcej ludzi. Rozmawiano, śmiano się , ale co najważniejsze, spoglądano przez okno na zachodzące Słońce, które wyznaczało czas w Obrzyclandzie. W momencie, gdy schowało się ono za horyzontem, drzwi sali koronacyjnej otworzyły się z hukiem i do środka weszła królewska orkiestra. Za nią w szarych strojach wkroczyli mistrzowie ceremonii. Cały pochód zamykał, przez wszystkich oczekiwany herold Jan. To on miał w ręku dekret wyborczy, w którym to zapisane było nazwisko nowego władcy Obrzyclandu. Wszystkie oczy były zwrócone w jego stronę. Wszystkie rozmowy ucichły. Zrobiło się tak cicho, że można było usłyszeć burczenie w brzuchach zebranych, którzy z racji balu koronacyjnego, nie jedli nic od poprzedniego dnia. Największe skupienie jednak przedstawiali sami zainteresowani, czyli Maciej VII, Ryszard z rodu Pechowych oraz Przemysław z Sytkowa. Na ich czole pojawiły się kropelki potu, ich dłonie i nogi drżały a głos łamał się. W końcu herold Jan stanął na podwyższeniu, rozejrzał się po sali, odchrząknął, zerwał królewską pieczęć i odczytał dekret: ,, Zgodnie z wolą ludu zamieszkującego Obrzycland w dwudziestych piątych wyborach odbywających się według procedury wprowadzonej po śmierci króla Filipa XVI Mądrego, na kolejne cztery lata na króla i jedynego władcę Obrzyclandu został wybrany…”

Z racji ciszy wyborczej możliwość komentowania została zablokowana.

Przyszłość jest w naszych rękach

 pobrany plik Dzisiejszy dzień zmusza każdego z nas do refleksji nad słowem Ojczyzna. Nad tym, czym jest ona dla nas oraz w  jaki sposób my się do niej odnosimy. Tym bardziej powinniśmy się nad nią zastanawiać właśnie teraz, w okresie, który bezpośrednio poprzedza wybory samorządowe, które odbędą się już w najbliższą niedzielę, czyli 16 listopada. I temu tematowi chciałbym poświęcić mój kolejny wpis.

   Ktoś powie, że aby zmieniać świat należy zacząć od zmiany siebie. I ten ktoś będzie miał rację. Skoro wymagamy, aby uległo przekształceniu to, co jest obok nas, to najpierw my musimy się przemienić. I tak samo jest z państwem. Jeśli chcemy, aby doszło do jakiś rewolucji na górze, musi ulec zmianie dół. W tym przypadku będzie to samorząd lokalny- miasto, gmina czy powiat. Dlaczego warto dokonywać zmian właśnie tutaj? Bo osoby, które sprawują władzę są przez nas znane. Spotykamy je na co dzień, możemy z nimi bez większego problemu porozmawiać. Często zdarza się, że te osoby pochodzą z naszych rodzin, są naszymi znajomymi ze szkoły, czy pracy. Politycy ci, są zupełnie inni od tych, którzy zasiadają w Sejmie czy Senacie, a których znamy jedynie z ekranu telewizyjnego czy gazet. I właśnie ta bliskość sprawia, że mamy większy wpływ na to, w jaki sposób oni daną im w dzierżawę władzę sprawują. A dniem kiedy możemy ich rozliczyć z tego, co dokonali jest dzień wyborów.

   Na co ja będę zwracał szczególną uwagę, gdy za kilka dni stanę nad urną wyborczą, aby oddać swój głos. Na pewno na to, czy osoby obecnie posiadające władzę wywiązały się ze swoich obietnic przedwyborczych. Czy zrobiły wszystko, co obiecały prowadząc kampanię oraz czy te rzeczy, to były ich autorskie pomysły, czy tylko spuścizna po tych, którzy byli przed nimi. Zwrócę uwagę na to, czy władza nie popsuła tych osób, czy to, że mieli w swoich rękach tak wielką odpowiedzialność nie sprawiło, że zapomnieli o tym kim byli kiedyś, jakimi wartościami się kierowali. Zapytam się, czy nie wzięli oni sobie za dewizę słów, że ,,po trupach do celu”. Sprawdzę, czy swoje obowiązki wypełniali rzetelnie, czy nie dopuszczali się oszustw, przekrętów, korupcji. Czy postępowali uczciwie, praworządnie, czy nie robili przypadkiem wszystkiego, aby oczernić i zniszczyć swoich oponentów. Przeanalizuję ich kompetencje, zarówno te merytoryczne jak i praktyczne. Sprawdzę, czy otaczają się ludźmi kompetentnymi, specjalistami w danej dziedzinie, czy może rodziną, znajomymi i kolegami. Zwrócę szczególną uwagę na to, czy prowadzona przez nich kampania wyborcza była fair wobec wszystkich kandydatów, czy dążyli do wspólnych rozmów, debat, czy może od nich stronili, robiąc wszystko, aby się one nie odbyły. Okazywali się tchórzami, chociaż jeszcze 4 lata temu innych tak nazywali. Pokuszę się także o sprawdzenie danych liczbowych odnoszących się do finansów samorządów terytorialnych. Zajrzę na stronę Banku Danych Lokalnych, Biuletynu Informacji Publicznej czy na stronę mojego miasta. Zweryfikuję czy jednostka nie jest zadłużona, czy podatki oraz wydatki na administrację nie są zbyt wysokie. To wszystko wezmę pod uwagę i dokonam wyboru. Wyboru, który wpłynie na przyszłość mojego miasta, na kolejne cztery lata.

     Na kogo oddam swój głos w niedzielę?  Mogę Wam to, Drodzy Czytelnicy bez większego skrępowania powiedzieć. Jeśli chodzi o wybór radnego, to oczywiście zagłosuję na siebie i wszystkich Wyborców z mojego okręgu do tego zachęcam :) . A jeśli chodzi o wybór burmistrza, powiem jedno. Zagłosuję na…. mężczyznę :) .

 

,,Ta, co nie zginęła…”

650gb_11747 Listopad jest szczególnym miesiącem, w którym to wszyscy pochylamy się nad tematem śmierci. Wspominamy tych, którzy odeszli, którzy przeszli już na ten, tak zwany drugi brzeg. Wracamy pamięcią do czasów, kiedy to byli oni wśród nas, rozmawiali, śmiali się z nami, płakali, kiedy to dawali nam rady i mówili jak mamy żyć.  Ale w miesiącu tym, my Polacy szczególną uwagę poświęcamy przede wszystkim tym, którzy oddali swoje życie za naszą Ojczyznę, którzy przelali krew za to, abyśmy mogli żyć w wolnym i niepodległym kraju. I właśnie temu tematowi chciałbym poświęcić dzisiejszy wpis.

   Na samym początku powinniśmy zadać sobie pytanie, jak często myślimy o tym, jak wielkim  szczęściem jest to, że możemy żyć w wolnym i niepodległym państwie? Jak często zastanawiamy się nad tym, że gdyby nie upór i wola walki naszych przodków, ich determinacja w dążeniu do tego, żeby Polska mogła być Polską, nie byłoby nas tutaj, teraz? Myślę, że z ręką na sercu możemy powiedzieć, iż temat ten bardzo rzadko zajmuje naszą uwagę, że zazwyczaj powraca on przy okazji jakiś ważnych rocznic, świąt czy uroczystości. Bo przecież, po co martwić się o Ojczyznę w czasach, gdy jest pokój? Po co martwić się o Ojczyznę, gdy żaden kraj nam nie zagraża, gdy są organizacje, które pomogą nam, gdyby doszło do jakieś zbrojnej interwencji? Po co sobie tym zaprzątać głowę, skoro są inne ważniejsze tematy i problemy? Może i tak, ale przecież nasi przodkowie nie byli egoistami i nie myśleli tyko o tu i te teraz. Patrzyli w przyszłość, byli dalekowzroczni. Nie myśleli tylko o sobie, o swoim interesie, dążyli do tego, aby następne pokolenia mogły doświadczyć tego, co im nie było dane, aby mogły żyć w wolnym kraju, w którym każdego dnia bez żadnego problemu możemy wyjść na zakupy, iść do pracy czy szkoły, a co najważniejsze mówić bez skrępowania w języku polskim.

   Ktoś teraz powie, że czasy się zmieniły, że nie możemy myśleć, tak jak nasi przodkowie 200 lat temu, że to były zupełnie inne realia, całkowicie inna sytuacja. Tak, zgadza się, ale musimy też pamiętać, że każdego dnia musimy podejmować wysiłki na rzec tego, aby żyło nam się lepiej, abyś zawsze mogli z dumą mówić, że jesteśmy Polakami. Dlaczego my, Polacy potrafimy jednoczyć się tylko wówczas, kiedy jest nam ciężko, kiedy zdarzy się coś tragicznego? Najbardziej dobitnie pokazała to sytuacja sprzed 4 lat, gdy doszło do katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Wtedy to cały nasz naród mówił jednym głosem, ludzie mimo podziałów i wzajemnych animozji byli razem, zanikły spory i waśnie polityczne. Wszyscy liczyli na to, że to wydarzenie zmieni nas. Ale niestety. Długo nie trwało i znów doszło do podziałów, które jeszcze bardziej skłóciły Polaków. Gdyby nasi przodkowie tak postępowali,  myślę, że nie byłoby dzisiaj Polski na mapie Europy i świata. Ale oczywiście mogę się mylić.

  Życzę sobie i całej naszej Ojczyźnie, abyśmy każdego dnia naszego życia uświadamiali sobie, ile zawdzięczamy naszym przodkom, szczególnie tym, którzy przelali swoją krew w obronie Ojczyzny. Abyśmy szanowali to, co otrzymaliśmy i rozwijali  w taki sposób, aby następne pokolenia mogły z tego korzystać. Myślę, że najlepszym podsumowaniem tego wpisu będą słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego, w których zawarta jest wielka prawda dla nas wszystkich, że ,, być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, a zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska”.

Współczesne Dziady

  pobrany plik ,,Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie”. Zapewne zastanawiacie się drodzy Czytelnicy skąd pochodzi ten cytat. Myślę, że dla tych z Was, którzy mieli kiedyś kontakt z twórczością naszego narodowego wieszcza Adama Mickiewicza, znalezienie odpowiedzi nie będzie trudne. Słowa te bowiem zawarte są  w II części ,,Dziadów”- dramacie stworzonym przez wyżej wymienionego pisarza. Muszę w tym miejscu wykazać się brakiem skromności i poinformować swoich Czytelników, że prawie cały tekst znam na pamięć, gdyż było mi dane grać rolę Guślarza, czyli prowadzącego obrzęd Dziadów w przedstawieniu, które w roku 2005 było wystawiane w Obrzycku przez nasze szkolne kółko teatralne :) . Dlaczego właśnie odwołałem się do tych słów i tego utworu w dzisiejszym wpisie? Otóż zrobiłem to z jednego prostego powodu. Aby pokazać, że my Polacy nie musimy korzystać z tego, co tworzy Zachód, że także mamy bądź mieliśmy swoje zwyczaje i tradycje związane z czasem poprzedzającym dzień 1 listopada, że nie musimy obchodzić Halloween.

   A czym tak naprawdę jest Hallowen? Jak podaje ciocia Wikipedia, dokładna geneza powstania tego święta nie jest znana. Podkreśla się, że może ono być związane z rzymskim świętem na cześć bóstwa owoców i warzyw, bądź też obchodzonym przez Celtów świętem związanym z powitaniem zimy. Obecnie przeżywane  się je w trochę inny sposób niż to było przed wiekami. Korowody przebranych za duchy, nietoperze, zombi i inne dziwne stwory osób, przemierzają miasta i wioski, chodzą od domu do domu z ,,cukierkiem albo psikusem” na ustach. Ich zachowanie ma poniekąd sprawić, że temat śmierci i wszystkiego, co się z nią wiąże nie będzie taki trudny. Ale czy tak powinno być? Czy wolno umniejszać wagę śmierci i czynić z niej powód do żartów? Wydaje mi się, że nie. Umieranie i wszystko, co jest z nim związane jest tak intymną i delikatną sprawą, że powinno być sposób godny przeżywane. Każdy z nas bowiem kiedyś umrze, to jest tak pewne, jak to, że 2+2 równa się 4 oraz, że po poniedziałku następuje wtorek (chociaż wielu chciałoby, aby po poniedziałku następował piątek :) ). Dlatego uważam, że czas ten, kiedy to kończy się październik i zaczyna listopad, kiedy lato już tak naprawdę dało za wygraną i uznało prymat jesieni, kiedy to  z drzew spadły ostanie liście, powinno wykorzystać się na zadumę nad własnym życiem. Na zadumę nad tym, co dzieje się wokół nas i w nas. Na zadumę nad swoim zachowaniem, nad wykorzystywaniem bądź nie wykorzystywaniem szans dawanych nam przez życie, nad tym kim byliśmy, kim jesteśmy i kim się staniemy. Zatrzymajmy się na chwilę, zadajmy sobie kilka pytań i pomyślmy, czy wszystko jest tak, jak być powinno. I pamiętajmy, że nasze życie nie jest w naszych rękach, że w każdej chwili może się ono skończyć.Bądźmy tego świadomi.

   No i żeby tytułowi i wstępowi stała się zadość, koniecznie muszę napisać o przewadze naszych rodzimych Dziadów nad Halloween. Ktoś powie, że to przecież pogański zwyczaj wywoływania duchów, rozmowy z tymi, którym należy się wieczny spokój. Tak, zwyczaj jak najbardziej pogański, ale Mickiewicz ukazał w swoim dziele prawdy, które są ponadczasowe. Pokazał, że ten, kto tutaj na ziemi był zły, nie szanował innych i się z nimi nie liczył, musi po śmierci to wszystko odpokutować, że nie może znikąd szukać ratunku. Zaprezentował fakt, że każde dobro dane drugiemu tutaj na ziemi nie jest zapomniane, że może ono po śmierci wiele zdziałać oraz, że musimy tutaj na tym świecie doświadczyć zarówno chwil szczęśliwych jak i smutnych, aby później nie szukać wśród żyjących ,,dwóch ziarnek gorczycy”. Niech Mickiewicz i jego ,,Dziady” staną się dla nas inspiracją do tego, aby dobrze przeżyć swoje życie, aby po śmierci mieć tak zwany święty spokój.

Dżuma w technicznej odsłonie

   578db33920edefbd4621094a251b418cb347e417Stosunki międzyludzkie są tak stare, jak stary jest świat. Pan Bóg nie pozostawił samotnie Adama i dał mu Ewę, aby ten w tym swoim życiu się nie nudził. Nikt z nas bowiem nie lubi być sam. Gdy nam kogoś brakuje próbujemy w jakiś sposób się z nim skontaktować. Kiedyś pisano do siebie listy. Obecnie kontakt  jest bardzo ułatwiony przez możliwości jakie daje nam współczesna technika. Internet, telefony, smartfony, tablety-  wszystko to sprawia, że mimo, iż jesteśmy od siebie oddaleni o wiele kilometrów, to możemy się komunikować w tak szybki sposób, jakbyśmy rozmawiali twarzą w twarz. Jednak czy te nowinki mimo swoich niewątpliwych zalet nie czynią kontaktów międzyludzkich mniej efektywnymi? Na to pytanie postaram odpowiedzieć w dzisiejszym artykule.37dbc5259aa484d258ec26b25d32034c282fa695

   Do zastanowienie się nad tym problemem skłoniły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze moje własne obserwacje, po drugie fotografie niejakiego Babycakes Romeo, który na swoich zdjęciach uwiecznił, jak sam to nazwał ,,śmierć konwersacji”. Wspomniany przeze mnie artysta wykonywał te fotografie spontanicznie- na ulicy, w metrze, w kawiarni, sklepie, czy podczas przerwy w pracy. Bije z nich ponura prawda, że ludzie zamiast ze sobą rozmawiać, zazwyczaj uciekają od obecności drugiej osoby. Po wejściu do tramwaju wyciągają z kieszeni czy torebki telefon i sprawdzają, czy ktoś przypadkiem do nich nie napisał esemesa, wchodzą na portale społecznościowe, aby sprawdzić, czy i może tam , ktoś do nich nie wysłał 7cd4df3e2c8d548b8b353809d1e8f1592d99055bwiadomości. Idą na randkę i będąc już na niej , zamiast trzymać się za ręce, chwalą się, gdzie są, co jedzą i jak to jest przyjemnie. Czekając na autobus nikt nie rozmawia z nieznajomym, nie pyta go o to, co myśli o pogodzie, bo przecież łatwiej jest wyciągnąć komórkę i sprawdzić, czy może nasz znajomy nie napisał, że pada deszcz. Nawet jedząc zwykłą kolację z rodziną, bierzemy do ręki smartfona, aby zrobić zdjęcie swojego posiłku i potem, zamiast w spokoju spożyć ją z najbliższymi, z niecierpliwością czekamy na kolejne polubienie i komentarze, tych, którzy będą to zdjęcie oglądać.

   Dlaczego ludzie rezygnują z rozmów? Dlaczego zamiast patrzeć drugiej osobie w oczy c43c571af947aa7b0db1b44c8c5697b2a9b892b4wolą patrzeć w ekran komputera czy telefonu? Może mówienie boli? Chyba nie. Udowodnili to już starożytni, którzy mogli godzinami prowadzić dysputy filozoficzne. Więc skoro oni mogli, to dlaczego my nie możemy. Nie rezygnujmy z kontaktów z drugą osobą w twarzą w twarz. Nie rezygnujmy z prawdziwych uśmiechów, które są czymś naprawdę miłym, na rzecz popularnych obecnie emotikonów.  Nie porzucajmy bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem i pamiętajmy, że od rozmowy zawsze wszystko się zaczyna. A nóż widelec, może przyniesie ona coś wyjątkowego.