Nowy Rok- Nowy Ja

pobrany plik   Do Nowego Roku jeszcze kilkadziesiąt dni. Oczywiście mam tutaj na myśli ten kalendarzowy.  Dla chrześcijan jednak, Nowy Rok nie rozpoczyna się wraz z nastaniem 1 stycznia. Liczenie wszystkiego od początku, zaczynanie wszystkiego od nowa, wybija wraz z pierwszą niedzielą Adwentu. Czyli mówiąc krótko- właśnie dzisiaj. Zazwyczaj jest tak, że wraz z Nowym Rokiem każdy postanawia sobie, że coś w swoim życiu zmieni, że na przykład nauczy się nowego języka, będzie regularnie chodził na siłownię, czy czytał więcej książek. Przeważnie wszystko to dzieje się pod hasłem: ,,Nowy Rok-Nowy Ja”. Dlatego chcę, abyśmy dzisiaj zastanowili się nad tym, co ja, jako chrześcijanin, jako człowiek przygotowujący się na święta Bożego Narodzenia mogę zmienić w swoim życiu? Co mogę zrobić, aby rzeczywiście to postanowienie zrealizować?

   Niektórzy powiedzą, że przecież ja nic nie muszę zmieniać, że wszystko jest dobrze, albo, że niech będzie tak, jak jest. I oczywiście może okazać się, że takie osoby mają rację. Każdy jest bowiem kowalem własnego losu i to od niego zależy jego teraźniejszość i przyszłość. Ale przecież, gdy stoję w miejscu, to się nie poruszam, gdy stoję w miejscu, to zazwyczaj inni mnie wyprzedzają i ostatecznie, gdy stoję w miejscu, powoli zaczynam się cofać. Dlatego powinienem zawsze, a nie tylko od święta, coś w swoim życiu zmieniać. Oczywiście nie mówię tutaj o jakiś diametralnych zmianach, o wywracaniu życia go do góry nogami. Chodzi mi bardziej o robienie takich mniejszych rewolucji. O takie małe, codzienne rewolucyjki. O nie naprawdę nie jest trudno. A  gwarantuję, że dzięki nim, to co dzieje się wokół nas i to, co przede wszystkim dzieje się w nas, będzie zmieniało się na lepsze. Zapytacie zapewne, co mam na myśli. Nie jest to nic wyszukanego. Jest to wszystko, o czym tak intensywnie mówi papież Franciszek. A mianowicie- MIŁOSIERDZIE. Czyli proste gesty, które każdego dnia możemy spełniać. Mówiłem przecież, że będzie łatwo. Aby zmienić siebie i świat wokół, wystarczy kubek zimnej wody podany spragnionemu, wystarczy ciepły koc podany zziębniętemu. Wystarczy otarcie łez tym, co płaczą, wystarczy gorąca zupa i dobre słowo powiedziane do bezdomnego. Wystarczy inne spojrzenie na sąsiada alkoholika, inne spojrzenie na romską kobietę zbierająca datki z dzieckiem na ręku czy niepełnosprawnego, który sam nie może przejść przez ulicę. Żyjąc w ciągłym pędzie nie umiemy dostrzec tego, co nas otacza. Naszą uwagę przykuwają jedynie wielkie litery na bilbordach, głośne reklamy w radiu, czy świecące iluminacje w galerii handlowej. Wracając z przedświątecznych zakupów, obładowani mnóstwem często niepotrzebnych rzeczy nie potrafimy przystanąć przy starszym, trochę nieładnie pachnącym panu, który u wejścia do supermarketu zbiera na bułkę.  Przecież ten, na którego przyjście czekamy, nie wymaga od nas rzeczy niewykonalnych. Nie wymaga od nas heroicznych czynów, które sprawią nam wielki ból czy cierpienie. Chrześcijaństwo bowiem, to nie religia cierpiętników i smutasów. To religia ludzi pełnych nadziei i radości. To religia pełna miłości. Miłości, która jest w stanie przemienić nawet najzimniejsze serce. Miłości, która sprawia, że wszystko odzyskuje nowy blask i nową jakość. I nie są do tego potrzebne ogromne pieniądze, nie są do tego potrzebne naukowe tytuły przed nazwiskiem. Do tego niezbędne jest tylko dobre serce. Więcej radości jest bowiem w dawaniu, aniżeli w braniu. Kto dostrzeże w najsłabszym, ubogim czy chorym swego brata, ten naprawdę doświadczy w swoim życiu rewolucji. Kto nie odtrąci zagubionego, kto poda rękę proszącemu, ten rzeczywiście doświadczy dobrej zmiany. Ten w pełni stanie się nowy. Wystarczy tylko prosty gest miłosierdzia.

   Tak więc u progu Adwentu. U progu Nowego Roku, zróbmy sobie dobre postanowienie. Niech ten czas nie będzie tylko okresem zakupów, gotowania, sprzątania i wiecznego zagonienia, ale będzie czasem odkrycia na nowo dotyków miłosierdzia. Dotyków, dzięki którym ćwiczymy swojego ducha i stajemy się nowym człowiekiem.

Różaniec do granic

   13-netherlands-and-belgiumW pierwszą sobotę października, która równocześnie była pierwszą sobotą miesiąca i dniem, w którym Kościół czcił Matkę Boską Różańcową, rzesze ludzi udały się na granice naszego kraju, aby otoczyć je murem zbudowanym z paciorków różańca. Oddolna inicjatywa ludzi świeckich spotkała się nie tylko z aprobatą i wielkim uznaniem hierarchów kościelnych, ale przede wszystkim z pozytywnym odzewem wszystkich wiernych, którzy z różnych stron Polski spieszyli na jej krańce, aby modlić się o pokój dla niej i świata całego. Nie chcę jednak dłużej rozwodzić się nad przebiegiem tej akcji. Chcę abyśmy dzisiaj spojrzeli na inne granice. Nie te widoczne na mapie, nie te które wyznaczają długość i szerokość danego kraju, ale na granice, które są w naszym życiu.

   Każdy z nas jest w czymś ograniczony. Każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu się czegoś boi, czegoś lęka, z czymś ma problem. Każdy ma takie miejsca w swojej duszy, których nie chce przekraczać, rejony, w które nie chce się zapuszczać. Są też wśród nas osoby, które stworzyły wokół siebie takie mury i słupy graniczne, że nie jesteśmy w stanie ich przekroczyć. I to do nas wszystkich Jezus kieruje słowa mówiące o tym, że On chce stanąć na granicy naszego serca. Chce stanąć w miejscu, w którym my nigdy nie stanęliśmy. Chce spojrzeć na nas takimi, jakim jesteśmy i powiedzieć, że nie mamy się lękać. On zwyciężył świat. Tylko dzięki zaufaniu Jego słowom możemy robić rzeczy wielkie. Możemy przełamywać będące w nas bariery, przekraczać nieprzekraczalne dotąd granice, szczególnie te związane  z trwaniem w grzechu. Możemy uwalniać się ze zniewalających nas więzów, które ograniczały naszą swobodę. Da się to jednak osiągnąć wówczas, gdy powierzymy wszystko Jemu, gdy to wszystko oddamy w Jego ręce. Jezus nasz zna. On wie, gdzie są nasze granice, on wie, gdzie zbudowaliśmy mur, który stanowi barierę dla Jego miłości. Często nasze życie jest tak pogmatwane, często jest ono przepełnione wieloma zranieniami, upadkami, błędami. To one są poniekąd cegłami, które stanowią elementy budulcowe. Nasz egoizm i chęć robienia wszystkiego po swojemu, stanowią spoiwo, dzięki któremu mur z każdym dniem może stawać się większy. Ale Jezus jest silniejszy od naszych szańców. Jemu wystarczy tylko jedno słowo, aby uzdrowić duszę człowieka. Wystarczy spojrzenie w oczy, aby wszystko się rozpadło. Istotnym jest jednak to, abyśmy chcieli, aby Jezus nas przemieniał. Bez naszego ,,chcę” Bóg nie będzie działał, nie będzie na siłę ingerował w nasze życie, nie będzie wchodził tam, gdzie Go nie zaprosimy. Jest za bardzo delikatny i subtelny. Jednak, gdy z naszej strony pojawi się zawierzenie, że tylko słowo wystarczy, aby dusza była uzdrowiona, wówczas będą dziać się cuda. Uwierzmy! To jest możliwe.

   Dlatego przekraczajmy nasze granice. Burzmy mury, które są wokół nas. Otwierajmy na oścież nasze serca. Nie róbmy tego jednak sami. Zawsze zapraszajmy do tego Jezusa. Bo tylko z nim jesteśmy w stanie przekraczać to co nieprzekraczalne.

Korzyści czy straty?

   19149058_1628436863864658_2517971844425524406_nIleż to razy Drodzy Czytelnicy stawaliśmy przed trudnym wyborem? Ileż to razy zastanawialiśmy się, czy podjęta przez nas decyzja jest tą właściwą? Ileż to razy nie widzieliśmy celu obranej przez siebie drogi? Myślę, że takich sytuacji w naszym życiu było bardzo wiele. Sądzę, że spotkały nas one już kiedyś, ale na pewno więcej z nich jest jeszcze przed nami. I co wtedy robić? Jak się zachować? Jaki zrobić krok, aby wszystko było tak, jak byśmy chcieli?

   A może właśnie jednak, nie zawsze powinno być tak, jak sami sobie to wymarzyliśmy? Może czasami powinno spotkać nas zaskoczenie, inne warunki? Może czasami nasze życie powinno wywrócić się do góry nogami? To co sobie zaplanowaliśmy, to co sobie wcześniej w głowie ułożyliśmy, to do czego tak mozolnie dążyliśmy, całkowicie traci sens. Bo okazuje się, że nasze plany nie były zgodne z tym, co w stosunku do nas zaplanował Pan Bóg. Skończyliśmy wymarzoną szkołę średnią, ukończyliśmy z wyróżnieniem studia, znaleźliśmy dobrze płatną pracę, nasze życie bogate jest w wielorakie atrakcje, aż tu nagle wkracza w nie Bóg, który mówi, że nie tędy droga. Mówi, że zaprasza nas do lepszej przygody. Mówi, że zaprasza na drogę pełną ryzyka, drogę, która będzie niczym kolejka górska, która będzie obfitowała w chwile radosne, szczęśliwe, pełne śmiechu, ale także będzie czasem zwątpienia, samotności, bólu czy opuszczenia. A może tak naprawdę, to my doskonale wiedzieliśmy, co powinniśmy w życiu czynić, ale nie potrafiliśmy znaleźć w sobie odrobiny odwagi? Może próbowaliśmy w sobie tłumić ziarenko bożego planu, może mówiliśmy Bogu, że ma zaczekać, że ma mniej napierać, że przecież my mamy inne zamiary, inne marzenia, że przecież to ja wiem lepiej, co dla mnie dobre. Przykładów takiego zachowania można mnożyć wiele. Czy tak też nie postępował święty Augustyn? Czy on hulaka, rozpustnik, rozrabiaka, tak naprawdę w głębi duszy nie czuł, że to co robi nie jest zgodne z wolą bożą, a  jest tylko jego ucieczką od głosu z góry? A przykład Izraelitów idących do Ziemi Obiecanej. Wiedzieli, że Bóg w stosunku do nich przygotował wielkie rzeczy, że przecież z miłości do nich wywiódł ich z Egiptu. Mimo to wątpili. Mimo to robili wszystko po swojemu. I chyba właśnie dlatego ich wędrówka trwała tak długo. Czasami po prostu potrzeba czasu.

   Przychodzi jednak moment, że mimo, iż układamy sobie życie po swojemu, według własnego scenariusza, dochodzimy do wniosku, że wszystko oczywiście jest OK, jestem spełnionym człowiekiem, z bagażem wszelakich doświadczeń, ale czegoś mi brakuje. Czujemy niedosyt, czujemy pustkę, której własnymi siłami nie potrafiliśmy zapełnić. I wtedy powraca pytanie, czy robię to, czego oczekuje ode mnie Bóg? Pan Bóg jest jednak bardzo cierpliwy i czeka na moment, kiedy się zorientujemy, że to jednak On miał rację. Jest też bardzo czuły i delikatny. Cały czas daje nam podpowiedzi i wskazówki, abyśmy mogli odkryć jego wolę. Pytanie tylko, czy my traktujemy je jako zwykły przypadek, czy potrafimy spojrzeć na to wszystko oczyma wiary.

  Zastanówmy się nad tym dzisiaj i zapytajmy sami siebie, czy na pewno robię w życiu to, czego oczekuje ode mnie Bóg?  Bo czasami Drodzy Czytelnicy trzeba w życiu coś stracić, aby móc zyskać dużo więcej. A więc: ODWAGI!!!

P.S. Jeśli o mnie chodzi, ja już zadałem sobie takie pytanie :)

 

Wiadro i studnia

20246192_1541442315907542_4833704930784849905_n   W przydomowym ogródku stała od wielu lat studnia. Obok niej leżało metalowe wiadro. Wiadro dość już stare, trochę powykrzywiane. Wielokrotnie bywało ono spuszczane w dół studni na zardzewiałym łańcuchu, aby w drodze powrotnej przynieść w sobie zimną i czystą wodę, która najlepiej smakowała  w upalne, letnie dni. Czasami jednak wiadro uderzało o błotniste dno i powracało na powierzchnię puste. Czy i my Drodzy Czytelnicy czasami nie jesteśmy takim wiadrem, które tapla się w błocie? Wiadrem, które chce spełniać swoją funkcję, a nie może? Zastanówmy się dzisiaj nad tym.

   Papież Franciszek wielokrotnie powtarza, że Kościół to szpital polowy, którego głównym zadaniem jest balsamowanie ran a nie ich rozdrapywanie. I w tym właśnie kontekście musimy patrzeć na przywołane na początku wiadro i studnię. Bo czyż nie jesteśmy właśnie wiadrem, którym Bóg chce wydobywać na świat dobro i miłość. Wiadrem, dzięki któremu inni będą mogli Go poczuć i doświadczyć. Co z tego, że wiele razy spadamy na samo dno, gdzie nie ma wody. To co, że czasami taplamy się w błocie, że siedzimy w nim po pas. Przecież miłość Stwórcy jest od tego silniejsza. Wydawać by się mogło, że dno, na którym się znaleźliśmy jest końcem, jest sytuacją bez wyjścia. I tego właśnie chce szatan. Chce abyśmy tak myśleli, abyśmy to błoto traktowali, jak coś normalnego, jako naturalne środowisko życia. Skoro już jestem na tym dnie, skoro z ludzkiego punktu widzenia nie mam szans na zmianę , to przecież muszę w niej trwać. Ale Bóg lubi wkładać ręce w takie błoto i z niego tworzyć piękne rzeczy. Prawda tak trudna do zrozumienia, że aż boli. Błoto to przecież najlepsze środowisko do działania bożego miłosierdzia. Gdy prześledzimy historię wielu świętych Kościoła, to dostrzeżemy, że ich życie właśnie tak wyglądało. Byli po uszy upaprani błotem, tym błotem brudzili także innych i gdy wydawać by się mogło dotknęli  najdalszych czeluści dna, wtedy w ich życie wchodził Bóg. Poprzez grzech, który był ich wolnym wyborem, Bóg wprowadzał w ich życie swoją miłość. Ile razy brzydziliśmy się siebie, ile razy myśleliśmy, że nie ma dla nas ratunku. Przecież zapędziliśmy się tak bardzo w zło, że już dalej nie można.

   A Bóg nam pokazuje, że czasami dno jest jedynym miejscem, dzięki którym On może do nas dotrzeć. I wtedy czujemy Jego wyciągniętą dłoń skierowaną w naszą stronę. Czujemy Jego mocny uścisk, który wyraża tylko jedno: KOCHAM CIĘ. I znowu stajemy się wiadrem, które niestrudzenie po rozwijanym łańcuchu przemieszcza się w głąb studni, aby zaczerpnąć z niej wody, która daje życie- nowe życie. Miejmy zawsze w pamięci słowa papieża Franciszka, który powiedział, że ,,nie ma świętego bez PRZESZŁOŚCI i grzesznika bez PRZYSZŁOŚCI”.

 

Okurzone sandały

pielgrzymi   Każdy z nas codziennie wyrusza w drogę. Z sypialni do łazienki. Z domu do pracy. Z pracy do sklepu. Każdego dnia pokonujemy jakiś dystans, bo musimy załatwić pewne sprawy, musimy wypełnić powierzone nam obowiązki, czy tak po prostu musimy rozprostować kości. Tak na co dzień nie zastanawiamy się, dlaczego przemieszczamy się z punktu A do punktu B. Idziemy i koniec. Dlatego tak ważnym i istotnym jest, aby czasami przed rozpoczęciem drogi stanąć i zastanowić się: dokąd idę, po co idę i przede wszystkim dlaczego idę? Te pytania, wydaje mi się, są nieodłącznym elementem pielgrzymki. Już od 9 lat w pierwszej połowie lipca wyruszam na szlak Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę i sądzę, że gdybym ich sobie nie zadał na początku, w trakcie czy już u celu, uczestnictwo w niej nie miałoby żadnego sensu. Tak więc spróbujmy sobie na nie dzisiaj odpowiedzieć, przy okazji wplatając między wiersze zachętę do podjęcia trudu pielgrzymowania przez Czytelników.

   Często słyszę od swoich koleżanek i kolegów, że marnuję swój urlop na pielgrzymkę, że tracę czas, który mógłbym wykorzystać na odpoczynek nad polskim morzem czy w zagranicznym kurorcie. I tak szczerze mówiąc, muszę przyznać, że moi rozmówcy mają rację. Przecież idąc na pielgrzymkę ja wcale nie odpoczywam. Trudzę się. Przemierzam kilometry w upale, deszczu, wietrze, idąc drogami kamienistymi, piaszczystymi czy po rozgrzanym asfalcie. Opalam się w dziwny sposób, bo do połowy rąk i połowy nóg, przemakam do suchej nitki czy kaleczę sobie nogi. Żadna przyjemność. Prawda. Ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Przecież pielgrzymka, to rekolekcje. To czas pokuty, to przede wszystkim czas odkrywania na nowo Boga. Zapytacie, co w takim razie daje mi radość i chęć, aby dalej iść? Aby poświęcać swój cenny czas na pielgrzymkę. Sprawia to widok mojego brata czy siostry idących obok, idących gorzej ode mnie, gdyż cierpnie wywołane bąblami jest większe od mojego. Widok niepełnosprawnego chłopca, który mimo swoich ograniczeń idzie dzielnie, a gdy się do Ciebie odwraca, obdarza tak serdecznym uśmiechem, że aż głupio nie iść dalej. Czyni to widok matki z dwójką małych dzieci, które mimo, iż ich kroki są trzy razy mniejsze od moich, idą rozpromienione od ucha do ucha. Sprawia to widok tej rzeszy ludzi, którzy idą przed Tobą, za Tobą, ale przede wszystkim obok Ciebie i nie idą gdzieś tam, ale idą w tym samym kierunku, co Ty.

   A co może być takiego wspaniałego w tym przemieszczaniu się z Poznania na Jasną Górę? Pada kolejne pytanie. To nie jest zwykły ruch. To coś więcej. To umiejętność zaparcia się samego siebie. Schowania w kieszeń własnego ego i tworzenia wspólnoty. Pielgrzymka to wielka szkoła pokory i posłuszeństwa. To zdolność wstania z łóżka wcześniej niż zwykle, zjedzenia tego, czego może na co dzień się nie jada lub nawet nie lubi, to zdolność do szybkiej kąpieli czy złożenia głowy na podłodze, bo w domu nocuje wiele osób. Ale przecież w tych ograniczeniach można znaleźć więcej plusów niż minusów. Przecież dzięki tym doświadczeniom można nauczyć się dyscypliny, można zakosztować nowych smaków, można wykształcić w sobie zdolność do lepszej organizacji, a przede wszystkim poznać nowych ludzi. I to jest najpiękniejsze na pielgrzymce. To jest to, na co czeka się przez cały rok.  Ta możliwość skonfrontowania swojego życia, swojej wiary czy swoich problemów z innymi. Coś wspaniałego i jednocześnie tajemniczego. Okazuje się wtedy, że więcej nas łączy niż dzieli. Podczas wspólnych rozmów możemy odczuć, jak wiele zranień, problemów, kłopotów mają inni. Możemy zobaczyć, że nasze, często wydumane i rozdmuchane problemy są niczym w porównaniu z tym, co dzieje się w domu, czy w życiu brata czy siostry idącej obok. Ale przecież na pielgrzymce jest jeszcze entuzjazm. Entuzjazm wiary. Wspólne śpiewy, modlitwy, żarty, rozważania, konferencje, rozmowy, to coś za czym się tęskni, to coś na co się czeka, to coś o czym się marzy. Możliwość wspólnego chwalenia Boga, możliwość pokazywania, jak piękne jest chrześcijaństwo, możliwość demonstrowania miłości do Boga i ludzi, to jest największa radość tych 10 dni.

   Mimo jednak, iż grupa jest różowa, nie zawsze podczas drogi różowo bywa. Przecież każdy z nas jest inny. Zdarzają się drobne kłótnie, spory, wymiany zdań, czasami leją się łzy. Ale duch pielgrzymki jest silniejszy. Potrafimy jakoś szybciej znaleźć wspólny język, potrafimy powiedzieć przepraszam i mimo, iż się z czymś nie zgadzamy, robimy wszystko, aby znaleźć wspólny kompromis. Czasami podana butelka wody jest największym gestem miłosierdzia. Dlatego tak trudno rozstawać się po tych dziesięciu dniach. Tak trudno powstrzymać łzy, bo przecież wraca się do domu. Wraca się do pracy, szkoły. Do swoich codziennych problemów i zmartwień. Po powrocie jakoś trudniej żyć, jakoś inaczej niż na pielgrzymce. Ale żyjąc duchem tego czasu, mając z tyłu głowy te piękne obrazy i czując ten piękny zapach miłości braterskiej, łatwiej jest pokonywać codzienne kłopoty i dawać piękne świadectwo bycia prawdziwym entuzjastycznym chrześcijaninem.

Dokąd idę, po co idę i przede wszystkim dlaczego idę?  Te trzy ważne pytania z początku artykułu. I trzy jakże ważne odpowiedzi.

Dokąd idę?

Idę do Matki. Bo w ramionach Matki czuję się bezpieczny. Bo wiem, że wystarczy tylko krótkie spojrzenie w Jej oczy, aby zobaczyć , jak bardzo Ona mnie kocha. Bo wystarczy tylko jedno spojrzenie, aby zobaczyć, że Ona zawsze wskazuje na Syna, że mamy robić wszystko, co On nam powie.

Po co idę?

Idę, bo chcę przede wszystkim doświadczyć Boga w drugim człowieku. Bo chcę zatrzymać się na chwilę i przemyśleć wszystko, co wydarzyło się w moim życiu przez ostatni rok. Bo chcę doświadczyć entuzjazmu wiary, który jest wpisany w chrześcijaństwo, a o którym na co dzień zapominamy.

Dlaczego idę?

Ostatnie. Chyba najtrudniejsze pytanie. Myślę, że jest na nie tylko jedna właściwa odpowiedź: bo chcę. Bo nie wyobrażam sobie roku bez tych 10 dni. Mimo, iż to tylko 10 dni, to są one więcej warte niż 356 pozostałych. I nie jest to wygórowana opinia. Po prostu, aby mi uwierzyć, trzeba tego doświadczyć. Następna Poznańska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę już 6 lipca 2018 roku.

Ojcze! Prowdź mnie!

ojciec_obecny   Czerwiec- miesiąc najbardziej ukochany przez uczniów i studentów. To właśnie w nim, po wielu tygodniach ciężkiej pracy, kończą się ich zmagania z nauką i rozpoczyna ukochany odpoczynek. Jest to czas, w którym każdy myśli tylko o nadchodzących wakacjach oraz o leniwie przeżywanym czasie. Nie należy oczywiście zapominać o jeszcze jednym święcie, które jest obchodzone akurat dzisiaj- Dniu Ojca. Dniu, który powinien być w sposób szczególny poświęcony rozmyślaniu i dziękczynieniu za obecność ojca w naszym życiu.

   Bo ojciec, który obok matki jest naszym opiekunem i pedagogiem, jest tak naprawdę dla swego syna czy córki widocznym obrazem Boga. Może to, co piszę wydawać się nazbyt odważne, ale uważam, że to, jak postrzegamy ojca rzutuje na to, jaki mamy stosunek do Boga. Idąc tą drogą należy stwierdzić, że ojciec dający swoim dzieciom zły przykład przyczynia się poniekąd do zniekształcenia wyglądu Boga oraz traktowania i oceniania Go przez pryzmat miłości ojcowskiej. Często szorstkiej, pozbawionej uczuć i emocji. Bo przecież dorosłemu facetowi nie wypada całować dzieci przy kolegach, nie godzi się siadać z nimi na dywanie i wspólnie bawić się w wymyśloną kawiarnię dla lalek, bo to takie niemęskie. Nie uchodzi pokazywać, że się płacze, że nie ma się na coś sił, bo przecież ojcowie to tytani, którzy zawsze są gotowi sprostać wszystkiemu. Za to wizja ojca karzącego, który bardziej niż matka jest w stanie ukarać dziecko klapsem, ojca, który wracając z pracy do domu siada zmęczony przed telewizorem i staje się panem i władcą tego wszystkiego, co wokół niego, jest dla nas łatwiejsza do przyjęcia i zaakceptowania. Ale czy tak musi być? Czy musimy powielać schematy, utarte konwenanse? Czy nie możemy czasami zrobić czegoś na przekór? Myślę, że dzieci oczekują od ojców bycia po prostu sobą. Ojcem, który potrafi pocałować mamę w policzek lub czoło, ojcem, który przynosi jej często kwiaty, ojcem, który potrafi zarówno położyć się na podłodze ze swoją córką, aby ta opowiedziała mu o swoich problemach, jak i ojcem, który nauczy młodego chłopaka skręcać motor, czy łowić ryby. Ojca, który skarci w sposób mądry, uczący dyscypliny i poszanowania bliźniego. Ojca, który będzie przyjacielem, powiernikiem trudnych spraw. W końcu ojcem, który zrozumie, że jego dziecko nie zawsze musi być takie, jak on sobie wymarzył, że zaakceptuje wszystkie jego decyzje, że w tym wszystkim będzie je wspierał, dlatego i tylko dlatego, że je po prostu kocha. Gdy tak będzie dziecko, przeniesie to na grunt transcendentny, gdzie Ojciec, który jest w niebie będzie lustrzanym odbiciem tego widzianego.

Dlatego też ojcowie- a mam nadzieję, że czytają to także mężczyźni- bądźcie wyrozumiali dla Waszych dzieci. Starajcie się je każdego dnia obdarzać wielką czułością, serdecznością i miłością. Uczcie tego, co najlepsze i najdoskonalsze. Pokazujcie im swoim życiem Boga. Róbcie wszystko, aby kiedyś usłyszeć, że byliście najlepszymi ojcami na świecie.

Ja z tego miejsce życzę swojemu tacie Tadeuszowi oraz wszystkim ojcom, aby każdego dnia swojego życia byli dla dzieci widocznym znakiem miłości Boga.

O Tej, która jest najbliżej

bycie-mama   Pierwsze Komunie Święte, święcenia diakonatu i prezbiteratu, matury, oświadczyny czy randki spędzane na spacerach pomiędzy kwitnącymi kasztami. To wydarzenia, które są charakterystyczne dla obecnego miesiąca. Maj, jak zwykło się mówić jest najpiękniejszym czasem w roku. Co do tego nie ma wątpliwości. Ja osobiście bardzo lubię, gdy będąc w kościele na nabożeństwie majowym czuje zapach dopiero co skoszonej trawy, rozwijających się liści czy słyszę piękny śpiew ptaków, który łączy się ze śpiewem Litanii Loretańskiej, w której oddajemy cześć naszej Matce. I w tym także miesiącu przeżywamy święto zwane potocznie Dniem Matki. Zastanówmy się proszę dzisiaj nad rolą matki w naszym życiu.

   Matka jest z nami od początku. To ona stanowi swoisty inkubator, w którym się rozwijamy. To ona dzieli z nami swoje ciało przez dziewięć miesięcy, aby później w bólach porodu wydać na świat owoc swojego łona. To ona, nie ojciec, pierwsza widzi dziecko, to ona pierwsza je dotyka i całuje, wtedy gdy jest ono jeszcze bezbronne i słabe. To ona je karmi i pielęgnuje. Matka pierwsza słyszy płacz dziecka w nocy, to ona wie, że trzeba mu podać herbatę, która zmniejszy ból związany z kolką. Matka pierwsza całuje skaleczone kolano i bandażuje chorą rękę. To ona idzie z dzieckiem do szkoły. To ona mówi mu co jest dobre, a co złe. Zazwyczaj to ona jest tą, która uczy składać dłonie do modlitwy i tą, z którą wspólnie odmawia się pierwsze pacierze. Matka jest z nami zawsze, nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że jesteśmy na tyle samodzielni, że nie potrzebujemy jej pomocy. Matka nie zaśnie do póki jej syn nie wróci z nocnej imprezy. Matka nie będzie spokojna, do czasu, gdy jej córka nie zadzwoni, że wraz z chłopakiem dotarła do miejsca, w którym wspólnie będą spędzać wakacje. To właśnie matka będzie najbardziej przeżywać, gdy jej dziecko opuści dom i założy rodzinę lub zostanie księdzem, czy siostrą zakonną. Mimo, iż będzie zewnętrznie się z tym godzić, bo wie, że taka jest kolej rzeczy, to w głębi serca będzie czuła wielką tęsknotę za ,,ciałem ze swego ciała”, które opuszcza dom rodzinny. Matka, to w końcu osoba, którą pocałujemy z czułością w czoło, gdy na łożu śmierci będziemy jej dziękować za miłość.

   I mimo, iż w wielu kwestiach się z nią nie zgadzamy, mimo iż wiele razy się z nią kłócimy i okazujemy swoją dezaprobatę. Mimo, iż często przez wiele lat z nią nie rozmawiamy lub traktujemy ją tak, jakby jej w ogóle nie było, bo jest osobą mającą problem z alkoholem lub kimś, kto wyrządził nam wielką krzywdę, to tak naprawdę mamy wielkie pragnienie, aby w tym dniu powiedzieć jej: KOCHAM CIĘ, DZIĘKUJĘ CI, PRZEPRASZAM ZA WSZYSTKO. Obyśmy nigdy o tym nie zapominali, obyśmy nigdy nie marnowali szansy na podziękowanie naszej mamie, za to wszystko, co dla nas robiła, robi i robić będzie. Przychodzi mi na myśl jeden piękny obraz, który kiedyś widziałem w Internecie. Oto dziecko idzie drogą w za dużych butach, które mu się nie podobają. Jest złe na tę sytuację. A obok idzie jego bosa matka. Ona oddała wszystko, co miała, aby jej dziecko miało lepiej niż ona. Bo właśnie na tym polega miłość.

   Z tego miejsca wszystkim mamom, a szczególnie mojej mamie- Czesławie, życzę aby każdego dnia pamiętały, że ich dzieci bardzo je kochają i są wdzięczne za to, co one dla nich robią, mimo iż wielokrotnie nie potrafią tego okazać.

W zdrowym ciele, zdrowa dusza?

   Marathon, black silhouettes of runners on the sunsetPawłowe blubry dotyczą wielu spraw. Od polityki, przez naukę, wspomnienia odwiedzonych miejsc, po tematy dotyczące wiary. I dzisiejszy wpis będzie dotyczył własnie spraw związanych z religią. Niezainteresowanych odsyłam do kubka mrożonej kawy na balkonie a zaciekawionych do lektury i komentarzy.

   Nie sposób w dzisiejszym świecie zauważyć wielkiego kultu ciała. Większość z nas na początku każdego roku, a jeszcze częściej przed okresem wakacyjnym, postanawia sobie, coś zrobić ze swoim ciałem. Zaczynamy chodzić na siłownię, biegamy, pływamy w basenie czy jeździmy na rowerze. Wszystko po to, aby w okresie letnim, kiedy to jesteśmy bardziej skłonni odsłaniać więcej partii ciała, móc pokazać innym naszą muskulaturę. Pisząc te słowa w żaden sposób nie chcę wyrażać opinii, że jest to złe, bo nie jest. Bardzo często sport jest najlepszą ucieczką przed grzechem. Gdy nasze ciało zajęte jest spalaniem kalorii, kolejnym przebiegniętym kilometrem, czy podniesiony ciężarem, jesteśmy mniej skłonni myśleć lub czynić coś, co jest przeciw Bogu. Ale zastanówmy się dzisiaj przy tej okazji, czy przy tej samej intensywności dbania o swoje ciało dbamy także o swoją duszę?

   Ile czasu zajmuje nam poranna toaleta? Ile czasu wykonujemy makijaż? Jak długo jesteśmy na siłowni, basenie czy w klubie fitness? Czy oby przypadkiem nie tracimy zbyt wiele czasu na to, co tak naprawdę jest mało istotne. A teraz zapytajmy się, ile czasu przede Mszą Świętą pojawiam się w kościele, aby się do niej przygotować? Ile czasu poświęcam na modlitwę po przyjęciu Ciała Pana Jezusa? Ile czasu na dziękczynienie? Czy potrafię oprócz wymaganej przez Kościół niedzielnej Eucharystii poświęcić w tygodniu czas na modlitwę, nabożeństwo, różaniec, pacierze? Czy potrafię proporcje ciała zbilansować z proporcjami duszy? Wiem, że pytania te są bardzo trudne, wiem, że czujemy się zawstydzeni, gdy je sobie musimy zadać, ale musimy przede wszystkim pamiętać, że nasza religia, to nie pluszowy Bóg, do którego przytulamy się tylko wtedy, gdy jest nam smutno lub gdy jesteśmy sami. Musimy pamiętać o tym, że on nas kocha od zawsze na zawsze. A skoro On nas ukochał, to nie pozostaje nic innego, jak robić to samo. A przecież najlepszą z możliwości okazania miłości jest czas poświęcony drugiej osobie. Bóg nie wymaga od nas heroicznych czynów, nie wymaga od nas godzin pochwalnych hymnów, nie wymaga leżenia krzyżem. On żąda odrobiny miłości, odrobiny czasu Mu poświęconego. Chyba nas na to stać?

   Jaki pożytek osiągniemy, gdy przyjdziemy do kościoła w najpiękniejszym garniturze czy sukience? Jaki pożytek osiągniemy, gdy będziemy mieć najlepszy makijaż, czy pod linijkę ułożone włosy, gdy pod tym wszystkim będzie się kryła gnijąca dusza? Gdy mimo tego wszystkiego, nie będziemy mogli zjednoczyć się z Chrystusem z Eucharystii. Pamiętaj, że dla Boga liczy się Twoje wnętrze, Twoja dusza. On tak Cię kocha, że będzie o nią walczył, zawsze. Ciało umiera i staje się pożywką dla ziemi, dusza żyje wiecznie. Dbaj o nią, a wówczas w pełni odkryjesz znaczenie słów, że gdy duch zdrowy, to i ciało zdrowe.

Nie ma Go tu! Wstał!

zmartwychwstał-1030x579   Gdy szły, podobno jeszcze było ciemno. Były przerażone. Przecież zabili człowieka, który był im tak drogi, który na każdym kroku pokazywał, jak bardzo je kocha. Zabili Przyjaciela i Mistrza. Z Jego śmiercią skończyło się wszystko, co stanowiło sens istnienia.  Przecież idąc za Nim czuły się dobrze. Łzy spływały po policzkach. Wszędzie czuć było zapach wonności, którymi miały Go namaścić. W głowach tkwiła tylko jedna myśl: kto nam odsunie kamień? Ale kamienia u grobu już nie  było. Leżał obok, tak iż wejście do środka było możliwe. Weszły i przeraziły się. Nie ma Go tu. Zabrali Jego ciało i nie wiadomo, gdzie złożyli. Nawet po śmierci nie okazano Mu szacunku. Na cóż nasze starania, na cóż nasz trud. I wystarczyło jedno słowo. Wystarczyło wypowiedziane imię i wszystko się zmieniało. On jest! On Żyje! On zmartwychwstał! Nie lękajcie się! Idźcie i powiedzcie, że żyję, że to nie koniec.

   Wszyscy doskonale znamy tę historię zaczerpniętą z Ewangelii. Wiemy, że jest ona początkiem czegoś nowego, że jest początkiem rodzącego się Kościoła. Od Zmartwychwstania wszystko się zaczyna. Chciałbym abyśmy dzisiaj nie zatrzymywali się na Zmartwychwstaniu. Chciałbym abyśmy popatrzyli na kobiety idące do grobu oraz na kamień. Spróbujmy w tym wszystkim odnaleźć siebie.

   Czy też w naszym życiu nie ma takich chwil, kiedy wydaje nam się, że wszystko się skończyło? Czy nie przeżywmy momentów, w których zdajemy sobie sprawę, że odeszło od nas coś lub ktoś, co było dla nas ważne, co dawało nam siły, co sprawiało, że się chciało? Czy i wtedy nie jesteśmy, jak te kobiety idące do grobu, które były pogrążone w smutku po śmierci Jezusa? Czy i w nas nie ma wątpliwości o kolejne dni, o to, jak będzie wyglądać przyszłość? Czy i w nas nie rodzą się wątpliwości, czy znajdziemy w sobie tyle sił, aby odsunąć kamień? Kamień zniechęcenia, kamień smutku, kamień nowych możliwości, kamień szans, kamień lepszego jutra? I często, mimo iż nie dostrzegamy tego, ten kamień już jest odsunięty. A w środku czeka na nas zaproszenie do odważnego pójścia dalej, do nie lękania się zmian, do życia takim życiem, do którego wzywa nas Bóg. Do usłyszenia głosu zmartwychwstałego Jezusa, który mówi: nie bój się! Przecież gdyby nie było grobu, gdyby nie było męki i śmierci, nie byłoby też poranka zmartwychwstania. Musiało to wszystko przyjść. I w naszym życiu często dzieją się sytuacje, które są dla nas trudne, które sprawiają, że tracimy sens istnienia. Sytuacje, w których pytamy Boga: dlaczego mi to robisz? Jaki jest cel tych wydarzeń? Wydaje nam się, że wszystko jest przeciwko nam, że nic już nie może dobrego się wydarzyć, że to już koniec. Ale tak nie jest. Bóg zawsze jest ponad to wszystko. Bóg zawsze jest tym, który ma moc odsunięcia kamienia, który powie: zobacz, nie ma go tu. Już nie ma Twojego problemu, pokonałem go. Idź jak te kobiety i głoś światu radość. Idź i głoś, jak bardzo Cię kocham, jak bardzo pragnę Twojego szczęścia. Idź i krzycz: NIE MA GO TU!

   Kobiety w poranek zmartwychwstania przeszły drogę przemiany. Ich smutek, zwątpienie i lęk przerodził się w radość, pokój i nadzieję. Oby i w nas doszło do takiej przemiany. Oby i nasz kamień został odsunięty. Oby i nas dotknęło piękno pustego grobu.

   A tymczasem życzę Czytelnikom, aby tegoroczna Wielkanoc stała się czasem do okrycia sensu naszego życiowego kamienia i próbą jego odsunięcia, aby w pełni zobaczyć i doświadczyć mocy Zmartwychwstałego.

Wyjdź!

psalm37   Już niewiele czasu zostało nam w tym tegorocznym Wielkim Poście. Jeszcze tylko kilkanaście dni i wejdziemy w najpiękniejszy czas w roku- w Wielki Tydzień, w którym to każdy dzień jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Jednak zanim się to stanie, chciałbym abyśmy powrócili do tego, co już było.

   Chciałbym abyśmy powrócili, do Słowa Bożego, jakie usłyszeliśmy w II niedzielę Wielkiego Postu. Wtedy to został odczytany fragment z Księgi Rodzaju, w którym Bóg mówi do Abrama ,,wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który Ci ukażę”. To krótkie zdanie zawiera w sobie treść, która sprawia, że nie możemy przejść obok niej obojętnie. Abram, późniejszy Abraham nie pozostał głuchy na wezwanie Pana Boga. Zostawił wszystko i poszedł. Zaryzykował i dzięki temu dał początek Narodowi Wybranemu, z którego później wyszedł Mesjasz- Jezus. TAK wypowiedziane przez Abrama było początkiem. A ile razy my mówimy Bogu TAK? Ile razy jesteśmy w stanie dla Niego zaryzykować wszystko?

   Czasy, w których przyszło nam żyć nie należą do łatwych. Mimo, iż mamy praktycznie wszystko, to tak naprawdę nie mamy nic. Pieniądze, sukces, sława, to rzeczy, o które dzisiaj walczy się w wielkich korporacjach, to rzeczy, o których marzy młody człowiek. Ale czy tak naprawdę one są sensem życia? A jeśli Bóg wymaga od nas czegoś innego? Czegoś, co w oczach świata jest nieciekawe, czegoś, co wydaje się głupie, czegoś co sprawi, że nasze życie zmieni się diametralnie? Przecież Abram miał gdzie mieszkać, miał swoje określone zajęcia, żył spokojnie w swojej miejscowości. A mimo to zaryzykował. Pozostawił to wszystko i poszedł. Nie wiedząc tak naprawdę, gdzie idzie. Nie znał celu swojej wędrówki. Po prostu rzucił się w przepaść, licząc na to, że Bóg go złapie. I tak też było. Jakże nam brakuje takiego zaufania. Kurczowo trzymamy się tego, w czym obecnie żyjemy. Przecież jest nam wygodnie, ciepło, mamy wszystko, co jest potrzebne. Po co to zmieniać? Nie mamy bowiem pewności, czy nie popełnimy błędu, czy nie odwrócą się o nas koledzy i koleżanki, czy to nie sprawi, że będzie trudniej? Oczywiście może tak być, ale jeśli Bóg ma taki plan, to znaczy, że chce dla nas szczęścia. My musimy tylko zaufać i mimo swoich obaw i lęków powiedzieć Mu TAK. Ile razy w tym Wielkim Poście zrobiliśmy coś, co było przeciwko nam, co wymagało od nas wysiłku i odrzucenia własnych pragnień i potrzeb? Czy potrafiliśmy wtedy powiedzieć: a może Bóg tego chce? A może Bóg chce przez to mi coś powiedzieć? Musimy pamiętać, że nic nie dzieje się przypadkiem. Bóg zazwyczaj działa bardzo delikatnie i intymnie. My musimy tylko to dostrzec. Spróbujmy to zrobić. Zaufajmy.

   Wykorzystajmy jeszcze te kilka dni Wielkiego Postu na refleksję nad naszym zaufaniem Bogu. Nad mówieniem Mu częściej TAK. Oby w Wielkanocy poranek zmartwychwstały Chrystus usłyszał tylko jedno, jedyne zdanie: oto ja, poślij mnie bym czynił Twoją wolę.

Znachor pilnie potrzebny

1465727292_nvkjyf_600   Żyjemy w czasach, w których medycyna stoi na bardzo wysokim poziomie. Lekarze na całym świecie dokonują bardzo skomplikowanych operacji, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były w sferze nierealnych mrzonek, a teraz są wykonywane bez większego problemu. Potęga ludzkiego umysłu jest naprawdę wielka. Jednak ja dzisiaj nie chcę poświęcać mnogości zdań peanom na cześć dziedziny wiedzy, której w mitologii greckiej patronuje Eskulap, ale chciałbym trochę poblubrzyć o praktykach znachorski. A mianowicie o jedynym znanym mi znachorze nazwiskiem Kosiba.

   Antoni Kosiba a raczej należałoby rzecz profesor Rafał Wilczur jest bohaterem dwóch książek Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Książek, które skradły moje serce, i które wywarły duży wpływ na moje życie. Zarówno ,,Znachor”, jak i ,,Profesor Wilczur” są powieściami ponadczasowymi, które niosą w sobie bardzo ważne przesłanie dla ludzi każdej epoki i każdego stanu. Pokazują różnych bohaterów, problemy, z którymi się spotykają i wybory, których dokonują. Zarówno te szlachetne, jak i te nie licujące z człowieczeństwem. Mimo, iż opisane przez autora wydarzenia dzieją się niemal 100 lat temu, nic od tamtej pory nie zmieniło się w ludziach. Nadal na świecie istnieją tacy, którzy potrafią być szlachetni, którzy przedkładają dobro innych ponad swoje, którzy wybaczają wyrządzone im krzywdy, dla których nie liczy się zamożność portfela, ale osoba ludzka, którzy potrafią dostrzec piękno i dobro, w tych, których wszyscy odrzucili, którzy potrafią wyświadczać bliźnim dobro nie oczekując żadnej zapłaty. Do takich właśnie osób należy tytułowy Znachor- Antoni Kosiba. Jego życie i czyny pokazują, że można być dobrym, nawet wtedy, gdy wydawać by się mogło, że nie jest to wskazane, że życzliwy uśmiech prostego chłopa, któremu uratowało się życie jest po stokroć więcej wart niż tysiące płacone przez zamożnych pacjentów lecznicy. Pokazują, że czasami trzeba wszystko stracić, aby zobaczyć, co tak naprawdę w życiu się liczy, że nie zawsze sukces, sława i pieniądze są najlepszym lekarstwem na problemy. Profesor Wilczur jest przykładem wyjątkowego człowieka, wręcz ideału, do którego każdemu z nas jest daleko, ale do którego każdy z nas powinien dążyć. Myślę, że więcej w nas jest profesorów Dobranieckich, doktorów Pawlickich czy państwa Czyńskich, którzy próbują pokazać, że to oni są pępkiem świata, a którzy nie potrafią dostrzec, że drugi człowiek, to nie przedmiot, ale podmiot. Ja osobiście jestem zakochany zarówno w obu powieściach, jak i ekranizacji ,,Znachora” w reżyserii Jerzego Hoffmana, którą zawsze oglądam, gdy jest wyświetlana w telewizji. Mimo, iż prawie cały film znam na pamięć, to zawsze z dziecięca ciekawością po raz kolejny siadam i upajam się światem, w którym żyje Antoni Kosiba, który jak sam powtarza ,,nie pomaga biednym ani bogatym, ale pomaga ludziom”. I tego sobie i Wam- Drodzy Czytelnicy życzę, abyśmy zawsze w życiu dokonywali takich znachorskich wyborów.

P.S. Wszystkim, którzy jeszcze nie czytali a tym bardziej nie wiedzieli ,,Znachora” gorąco polecam nadrobienie. Zobaczycie, że warto poświecić ten czas na poznanie przygód Antoniego Kosiby albo jak kto woli profesora Rafała Wilczura.

Dzieckiem być

Sing-bajka-animowana-dla-dzieci-o-śpiewających-zwierzętach-Recenzja-filmu-piosenki-opis   Ostatnio pewna osoba zarzuciła mi, że jestem dziecinny. Zapewne zastanawiacie się, czy mnie to zasmuciło? Mam przecież 26 lat i już prawie od 8 lat zgodnie z literą prawa jestem osobą dorosłą. Tak więc pragnę wszystkim Czytelnikom zakomunikować, że NIE. Nie zasmuciło mnie to, że ktoś powiedział, że jestem dziecinny. Ja pragnę być dzieckiem nawet wtedy, kiedy będę już sędziwym starcem, Dlaczego? Bo dzieci zupełnie inaczej patrzą na świat. Zupełnie inaczej rozwiązują powstałe problemy. Są bardziej ufne i prawdomówne. I przede wszystkim kochają bajki. A ja jestem wielkim fanem bajek. Właśnie bajka, którą obejrzałem dzisiaj w kinie zainspirowała mnie do tych dywagacji.

   Sing- bo o nim mowa urzekł mnie wszystkim. Fabułą, efektami, piosenkami. Ale przede wszystkim postaciami. Bo w każdym z bohaterów, w każdej z pokazanych historii mogłem odkryć siebie. Każda z postaci miała swój problem, z którym musiała się zmierzyć, z którym musiała stanąć w konkury. Była tam świnka- matka ponad dwudziestki prosiaków, która zdecydowała się tak zorganizować prowadzony przez siebie dom, aby móc brać udział w próbach. Zrobiła to tak perfekcyjnie, że nikt nie zauważył, że znika na długie godziny. Była bardzo pewna siebie mysz, która nie widziała nic, poza czubkiem swojego nosa, która uważała, że to ona jest najważniejsza, która traktowała innych z wysoka. Ta mysz w końcu zrozumiała, że pozodtałe zwierzęta też mają talenty, że trzeba im po prostu dać szansę, że nie każdy może być przebojowy, że nie można nikogo z góry stawiać na straconej pozycji. Każdemu trzeba dać możliwość wykazania się. Był goryl- członek rodzinnego gangu, który zamiast rabować wolał śpiewać. Jednak dla ojca to się nie liczyło. On chciał, żeby jego syn był taki jak on. Gdy okazuje się, że on chce być inny, że postanawia postawić się, dowiaduje się, że już nie może nazywać się jego synem, że ojciec się go wypiera. To jednak nie powstrzymuje go przed realizacją marzeń. W końcu ojciec zrozumie, że nie wolno podcinać skrzydeł, że trzeba godzić się na bunt. Jest też rockowa przedstawicielka gatunku zwanego jeżozwierzem, która pomimo trudnych decyzji, jakie musi podjąć, nie poddaje się. Postanawia mimo wszystko zawalczyć o siebie. I oczywiście jest nieśmiała słonica, która najbardziej mnie urzekła. Wie, że posiada talent, że może zawojować świat, jednak mimo tego stoi z boku, robi inne rzeczy, które nie dają jej satysfakcji. Jednak dzięki głównemu bohaterowi- Busterowi Moonowi- sympatycznemu misiowi koala, który sam ma wielkie kłopoty, ona jaķ i reszta postaci odkrywają, że są coś warci. Odnajdują w sobie energię do tego, aby zmienić swoje życie. Napełniają się nadzieją, że tylko realizacja marzeń może dać prawdziwe szczęście. Dowiadują się, że czasami trzeba dosięgnąć dna, aby się od niego odbić, że warto czasami postawić na swoim, aby poczuć się spełnionym. Bajka ta uświadamia nam wiele prawd, o których na co dzień zapominamy. Myślę, że każdy, kto ją obejrzy będzie nią zauroczony, że będzie mógł w jakiejś postaci odnaleźć swoją historię, że tak po prostu poczuje się lepiej.

   Nic już więcej nie piszę, co by nie spolerować. Po prostu polecam. Mam nadzieję, że tak jak ja, zakochacie się w tej historii, szczególnie w sekretarce jaszczurce, która oprócz tego, że ma chyba ze sto dwadzieścia lat, posiada przezabawne, ciągle wypadające sztuczne oko. Tak więc: Do kina!

Od Wschodu przybyli…

      Christian Christmas Nativity SceneNa nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda. Gwiazda, która świeciła inaczej niż wszystkie. Była wyjątkowa. W starych zapiskach gromadzonych przez mędrców było napisane, że takie zjawisko ma zapowiadać narodziny nowego króla. Króla, który będzie panem nieba i ziemi.

   Tak więc ze Wschodu, Zachodu, Północy i Południa ruszyli władcy poszczególnych krain, aby za przewodem gwiazdy iść na spotkanie nowonarodzonego. Było ich dziesięciu. Każdy z innego państwa, każdy z innym bagażem doświadczeń, każdy idący z innym pragnieniem- jeden z czystej ciekawości, drugi z chęci zawarcia interesu, kolejny chcący ożenić swoją córkę królem, który się narodził. Szli nie wiedząc gdzie. Prowadziła ich gwiazda. Droga była długa i męcząca. Prowadziła przez niebezpieczne tereny. Podróżnicy musieli uważać na drapieżne zwierzęta i grasujących rabusiów. Po kilkunastu dniach wędrówki trzech z nich postanowiło zrezygnować i zawrócić. Stwierdzili, że skoro do tej pory nie doszli do miejsca, w którym urodził się nowy król, nie warto kontynuować podróży, bo jej koszty będą większe niż spodziewane efekty. Powrócili do swoich państw i już nigdy nie dowidzieli się kim było dziecko, które narodziło się w Betlejem. Jeden z podróżujących podczas drogi przechodził przez inne królestwo. W państwie tym pełno było drzew owocowych, sadzawek i pięknych kobiet. Zmęczony długą wędrówką monarcha zatrzymał się tam na kilka dni. Pobyt jednak przedłużył się na tyle, że po dwóch tygodniach odpoczynku stwierdził, że nie idzie w dalszą drogę. Został w tymże mieście i tam ożenił się z córką sułtana. Kolejnemu pielgrzymującemu podczas drogi zaginął wielbłąd. Niedokładnie przywiązał go wieczorem do drzewa, a gdy rano obudził się już go nie było. Nie wiedząc, jak długa podróż go jeszcze czeka, postanowił zawrócić, gdyż droga do domu była pewniejsza, niż ta w nieznane.

   A gwiazda cały czas świeciła pięknym blaskiem.

   Kolejny z monarchów przez całą drogę narzekał, że jest mu niewygodnie, że noce są zimne, że jedzenie, które podczas podróży spożywa jest niesmaczne, że w jego pałacu na pewno płonie w kominku ogień a w kuchni przygotowywana jest pyszna strawa. Nie chcąc narażać się na dalsze komplikacje powrócił do swojego królestwa. Innego natomiast spotkało straszne nieszczęście. Zapomniał, że jego drogowskazem jest gwiazda i zamiast spoglądać w niebo, on cały czas patrzył w mapy, które to zaprowadziły go do ciemnego lasu, w którym roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Jedno z nich niestety zjadło wędrowca i słuch po nim zaginął.

   Na szczęście pośród wędrowców było też trzech, którzy nie zbaczali z drogi, bo szli za przewodem gwiazdy. Byli oni bardzo zdeterminowani, gdyż chcieli zobaczyć nowonarodzonego króla. Ich przodkowie oczekiwali pojawienia się gwiazdy, a to właśnie im dane było żyć w czasach, kiedy ona się objawiła. Kacper, Melchior i Baltazar- bo tak mieli na imię najwytrwalsi królowie, po wielu dniach wędrówki w końcu doszli do miejsca wskazywanego przez gwiazdę. Dotarli do Betlejem i tam pokłonili się nowonarodzonemu dzieciątku- Jezusowi. Przynieśli ze sobą także wspaniałe dary- mirrę, złoto i kadzidło. Ich trud został wynagrodzony. Dowiedzieli się bowiem, że ten, do którego zmierzali jest Synem Bożym, który ma zbawić świat. Pełni radości serca powrócili do swoich królestw i tam opowiadali o wszystkim, czego byli świadkami.

   A my Drodzy Czytelnicy jesteśmy jak Trzej Królowie, którzy dotarli do betlejemskiej szopki, czy może raczej więcej w nas jest tych, którzy zrezygnowali? Czy wygrywa w nas zniechęcenie? Czy łatwo się poddajemy? Czy wolimy wygodne życie? Czy potrafimy przezwyciężać nasze niepowodzenia? Czy jesteśmy leniwi i wygodni? Czy ciągle narzekamy i nie widzimy sensu dalszego życia? Życzę każdemu z Was, abyście nigdy nie rezygnowali z podążania za gwiazdą, abyście każdego dnia na nowo odrywali piękno życia i piękno miłości- bożej i ludzkiej.

W kuchni czuć już zapach lasu.

Jakoś mniej też jest hałasu.

Karp z uśmiechem w wannie pływa.

Aktu łaski się spodziewa.

Uszka w barszczu nasłuchują,

czy je dzisiaj ugotują.

Kluski z makiem się witają,

i grzybową pozdrawiają.

A kapusta, ta z grzybami

plotkuje swawolnie ze śledziami.

I tylko Maryja taka zmartwiona.

Stoi z Józefem zasmucona.

Bo nie wie czy znajdzie miejsce dla Dzieciątka?

Tego jeszcze pacholątka.

Gdzie Go złoży Panna Święta?

Czy na świecie znajdzie dom?

Jemu niepotrzebny tron.

Starczy miłości odrobina.

Tylko tego od nas  wymaga dziś  boża Dziecina.

Obyśmy nigdy nie zatracili prawdziwej istoty

Świąt Bożego Narodzenia.

Pusty talerz

   nakrycieJuż za kilkanaście dni Drodzy Czytelnicy, zasiądziemy wspólnie z naszą rodziną, krewnymi czy przyjaciółmi do wigilijnego stołu. Będziemy składać sobie świąteczne życzenia, łamiąc się przy tym naszym polskim opłatkiem. Będziemy spożywać 12 postnych potraw, zgodnie z naszą polską tradycją. Później nasz wielkopolski Gwiazdor przyniesie grzecznym i tym mniej grzecznym dzieciom oraz dorosłym prezenty. Następnie przez kolejne dni będziemy odwiedzać naszych bliskich, śpiewać nasze polskie kolędy i z utęsknieniem czekać na przyjście Nowego Roku. Wszystko pięknie i ładnie, bo w atmosferze długo oczekiwanego Bożego Narodzenia. Ja jednak chciałbym, abyśmy pochylili się nad inną naszą polską tradycją, o której nie wspomniałem wcześniej. Chciałbym abyśmy pomyśleli nad pustym talerzem przy wigilijnym stole. Czy jest on tylko dla nas symbolem, który musi się na nim znaleźć, czy stanowi może dla nas większą wartość?

   Podobno Polacy to gościnny naród. I to prawda. Pokazały to przecież Światowe Dni Młodzieży. Wówczas każdy dom otworzył na oścież drzwi, aby przyjąć młodzież z różnych zakątków świata. Dla nikogo nie było problemem, aby odstąpić na kilka dni łóżko Azjacie, Indianinowi czy czarnoskóremu mieszkańcowi Afryki. Było to łatwiejsze, być może ze względu na to, że łączył nasz wspólny mianownik- Jezus. Robiliśmy to, bo uważaliśmy, że tak po prostu trzeba, bo tego wymaga nasza religia. Ale czy na pewno właśnie tak powinniśmy rozumieć gościnność? Jeśli pokusimy się o rozłożenie na części pierwsze słowa ,,gościnność”, to otrzymamy dwa piękne wyrazy: ,,gość” oraz ,,inność”. Przypadek? Nie sądzę. Jak mawiał ksiądz Kaczkowski: ,,nie można być gościnnym wobec ludzi tożsamych, gościć można tylko innych”. Ale co to znaczy innych? Zapytajmy więc dzisiaj samych siebie, w przededniu tego radosnego, świątecznego czasu, co by się stało, gdyby miejsce, gdzie znajduje się pusty talerz, zajęła osoba wyznająca wiarę w innego Boga, osoba posiadająca inne poglądy polityczne, inną orientację seksualną, mówiąca innym językiem bądź ateista? Czy bylibyśmy skłonni, do tego, aby zjadła z nami wspólnie wigilijną kolację?

   Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie wystarczy spojrzeć na codzienne relacje, jakie są pomiędzy nami. Nie lubimy, gdy ktoś popiera inną niż my partię polityczną. Nie możemy zrozumieć, że nasz oponent bardziej utożsamia się z konserwatystami niż z liberałami. Nie możemy sobie wyobrazić sytuacji, że na naszym osiedlu mieszka uchodźca, który może być potencjalnym terrorystą, bo przecież jest muzułmaninem. A oni przecież stoją za większością zamachów na świecie. Nie potrafimy sobie wyobrazić sytuacji, że w rodzinie, która od wieków była i jest katolicka, w której co niedzielę uczestniczy się w Mszy Świętej, spełnia nakazane posty, syn lub córka może być homoseksualistą. A tym bardziej nie możemy pojąć, jakby przy jednym stole mógł z nami siedzieć, podczas jednego z najważniejszych dla nas chrześcijan świąt w roku, ktoś, kto całkowicie neguje istnienie Boga. I tu leży sedno całej sprawy. Ten pusty talerz jest oznaką, że na kogoś czekamy. Jest oznaką, że mamy otwarte i pełne miłości serca. Jednak nie możemy czekać wyłącznie na kogoś, kto będzie spełniał określone przez nas warunki, kogoś kogo będziemy mogli wybrać sobie sami. Musimy potrafić usiąść do stołu z każdym. Człowiek to nie produkt, który możemy dobierać z całej ich gamy dostępnych w supermarkecie. Człowiek to istota, która została powołana do życia dzięki wielkiej Miłości Boga. Skoro ukochał go Stwórca, to i moim obowiązkiem jest zrobić to samo. Niezależnie kim ta osoba jest. A może w tym zagorzałym liberale kryje się człowiek, który każdego miesiąca przeznacza część swoich dochodów na pomoc dzieciom z domów dziecka? A może ten muzułmanin jest wybitnym chirurgiem, który może nam w przyszłości uratować życie? A może nasz syn gej jest chłopakiem, który większość swojego wolnego czasu poświęca na pomoc niepełnosprawnym, będąc wolontariuszem w hospicjum? I w końcu, może w tym ateiście kryje się wybitny nauczyciel, który rozbudza w naszych dzieciach pragnienie zdobywania i poszerzania wiedzy? Tego nie wiemy. I nie dowiemy się, gdy nie damy drugiemu człowiekowi szansy.

  I już tak na sam koniec. Jeśli my jako chrześcijanie, jako wyznawcy Jezusa, nie będziemy otwarci na innych, na ich religię, poglądy, to ten pusty talerz możemy wyrzucić przez okno. Przynajmniej będzie więcej miejsca na potrawy czy świeczki. Pomyślcie o tym Drodzy Czytelnicy podczas szykowania zastawy na tegoroczną Wigilię.

 

 

Z tajemnicą w walizce

Drodzy Czytelnicy!

Oddaje do Waszych rąk, albo lepiej byłoby rzecz do Waszych oczu pierwsze z trzech opowiadań o Hrabinie Karolinie i jej przygodach. Dlaczego to coś zrodziło się w mojej głowie- nie wiem. Ale skoro się zrodziło, to warto podzielić się tym z innymi. Tak więc miłej lektury :)

matejko-katarzyna-potocka   Baronowa Karolina była bardzo ciekawą osobą. Często się uśmiechała, miała ogromne poczucie humoru i wielki dystans do siebie. Potrafiła bez problemu żartować o swojej, jakby to powiedzieć, lekkiej otyłości.  Wszyscy ją lubili. Rzadko się zdarzało, aby na kogoś się złościła. Działało to także w drugą stronę. Darzono ją wielkim szacunkiem i uznaniem. Była już trzeci raz z rzędu Przewodniczącą Arystokratycznego Związku Kobiet oraz członkinią  Rady Miejskiej. Uchodziła za wyrocznię w wielu sprawach, chociaż sama się za kogoś takiego nie uważała. Wiedziała o sobie samej trochę więcej niż inni. Baronowa Karolina miała bowiem pewien sekret, który był znany tylko jej, a który w przyszłości miał zaważyć na jej życiu. Ale do tego dojdziemy w swoim czasie.

  Gdy przyjechała do hrabiowskich włości 10 lat temu miała przy sobie tylko mały tobołek, w którym zawierał się cały jej majątek i tajemnica. Ale gdy stanęła przy rozwalającej się mosiężnej bramie, stwierdziła, że to jest miejsce, w którym chce zamieszkać. Na początku rozgościła się w małym domku, który wcześniej należał do służby. grady_szlacheckie-9Musiała to zrobić, gdyż pałac, który miał być miejscem jej późniejszego życia był w opłakanym stanie. Trzeba było naprawić dach, który przeciekał przy mocniejszych ulewach. Trzeba było okitować okna, gdyż jesienią po pokojach hulał wiatr. Hrabina Karolina musiała także wybudować mur, aby ochronić pałac przed dzikimi zwierzętami mieszkającymi w sąsiednich lasach. W budowaniu murów jednak nikt nie był lepszy niż Harbina Karolina. Nie jeden już w swych życiu zbudowała, dlatego tez i teraz nie obawiała się zadania, które przed nią stało. Mur musiał być gruby i wysoki. Musiał być kilkuwarstwowy, tak aby było go trudno sforsować. Mur miał pełnić także inną funkcję, o której wiedziała tylko sama zainteresowana. Gdy wszystko już zostało zrobione, gdy prawie wszystkie pieniądze Harbina wydała na remont, w końcu mogła zamieszkać w pałacu. Mogła tak na dobre rozgościć się w swoich włościach.

   Będąc bardzo rozrywkową kobietą, często zapraszała do siebie wiele osób- przyjaciół, bliskich i dalekich znajomych. Lubiła przebywać w ich gronie. Oni to odwzajemniali. Przynajmniej raz w miesiącu organizowała bal, które zazwyczaj kończył się nad ranem. Było wszystkim bardzo dobrze. Podczas jednego z takich balów hrabina Karolina poznała przystojnego mężczyznę, który zawrócił jej w głowie. Był bardzo szarmancki. Kokietował ją w bardzo miły sposób. Był inny niż wszyscy. Hrabina Karolina poczuła się znowu tak, jakby miała dwadzieścia lat.  pobranePoczuła się wyjątkową. Ale z tyłu głowy miała cały czas swoją tajemnicę. Nie dawała jej ona spokoju. Głos w głowie cały czas szeptał, że nie powinna, że jej nie wolno, że będzie nieszczęśliwa. Ona jednak próbowała te podszepty wypierać. Próbowała je w sobie zagłuszać, usprawiedliwiając to tym, że minęło już wiele czasu, że przecież to było tak dawno, że to się już nie powtórzy. I tak wielokrotnie powtarzane w głowie kłamstwo stało się prawdą, a Harbina Karolina w końcu odpowiedziała na zaloty swojego adoratora. Początek ich związku obfitował w cudowne chwile. Wspólnie jeździli na konne przejażdżki, zbierali kwiaty na pobliskich łąkach, kąpali się zimnym, rwącym strumyku. Wspólnie układali i śpiewali piosenki, malowali obrazy, uczyli się gry na fortepianie. Każdy, kto widział ich zażyłość stwierdzał, że są sobie pisani, że dobrze im będzie razem. Wielu wieszczyło im ślub. Oni sami o tym myśleli. Ale pewnego dnia doszło do sytuacji, która wywróciła ich plany do góry nogami.

   W hrabiowskich włościach Karoliny zjawił się gość. Gość, który nigdy wcześniej się tam nie pojawiał, ale który był Karolinie bardzo dobrze znany. Była to jej siostra Helena, lebrun-hrabina-skavronskaia1789która mieszkała prawie trzysta mil na zachód od hrabiowskich włości. Początkowo nic nie wieszczyło nieszczęścia, które miało wstrząsnąć pałacem i okolicą. Siostry przez kilka dnia spędzały ze sobą długie godziny na rozmowach i spacerach. Wspólnie piekły chleb, usuwały chwasty z przypałacowego ogródka, huśtały się na huśtawce. Czuły się tak, jak kiedyś, gdy mieszkały razem ze swoimi rodzicami i bratem w pałacu w okolicach Sękatego Lasu. Iddyla jednak skończyła się, gdy po dwutygodniowej nieobecności do pałacu powrócił narzeczony Karoliny- Horacy. Do tej pory siostra myślała, że Harbina Karolina mieszka sama, dlatego też nie powracała do tematu, który sprawił, że wiele lat temu musiały się rozstać. Teraz sytuacja się zmieniła.

   Tej samej nocy, kiedy do pałacu powrócił Horacy, Helena nie budząc nikogo, zakradła się do pokoju, który zajmowała jej siostra. Wyrwała ją z błogiego uścisku Morfeusza, bo nie mogła już dużej czekać, aby dowiedzieć się prawdy. Jeszcze nie w pełni rozbudzona Karolina zapytała tylko- co się dzieje? W odpowiedzi usłyszała wykrzyczane pytanie- powiedziałaś mu? Powiedziałaś mu o Twojej przeszłości? Powiedziałaś mu kim tak naprawdę jesteś? Powiedziałaś mu? Hrabina Karolina spodziewała się tego pytania. W końcu głos w głowie, który zawsze jej to powtarzał zatriumfował.  Poprawiła się na łóżku, przeczesała ręką włosy i powiedziała swojej siostrze, to wszystko, co leżało jej na sercu. Powiedziała jej, że boi się siebie, że wie, że może po raz kolejny zrobić, to co kiedyś, że każdego dnia o tym myśli. Powiedziała także, że jest jej z tym źle, że nigdy tak naprawdę nie może być sobą, że każdego dnia musi ubierać się w strój, którego nie chce nosić, Graf_Orlovktóry ją ogranicza. Wykrzyczała, że mur, który zbudowała  w sobie i wokół siebie jest tak gruby, że nie da się go tak łatwo zburzyć, że powiedzenie prawdy sprawi, że wszyscy się od niej odwrócą, że wszyscy będą przeciwko niej, bo przecież mieli ją za inną. Bo przecież Karolina była dla nich wzorem, na którym się opierali. Kiedyś nawet mieszkańcy sąsiedniej wioski zwrócili się do niej o pomoc, w takiej samej sprawie, która ją dręczyła. Ona im pomogła, ona dała im radę. A teraz co, miałaby powiedzieć prawdę, miałaby przyznać się, że ona sama jest taka, jak ten mężczyzna, którego posadzono w więzieniu. O nie, nigdy tego nie zrobię- niemal płacząc powiedziała Karolina i wybiegła z pokoju.

   Traf chciał, że wybiegając wpadła na stojącego przy drzwiach Horacego, który akurat tamtędy przechodził. Słysząc kłótnie sióstr zatrzymał się przy drzwiach i niestety wszystko usłyszał. Chwycił Hrabinę Karolinę za lewy nadgarstek i powiedział- o czym mówiła Twoja siostra? O co chodzi z tą tajemnicą? Kim Ty jesteś? Chcę to wiedzieć?- krzyczał wręcz Horacy. Karolina zachowując powagę należną hrabinie stanęła i pełna spokoju rzekła- dla Twojego i mojego dobra musimy się rozstać. Musisz odejść i obiecać mi, że nigdy tu nie wrócisz. Było mi z Tobą dobrze. Ten wspólny czas, był najlepszym w moim dotychczasowym życiu, ale jeśli chcesz cieszyć się jeszcze długim życiem, musisz stąd odejść. Musisz to zrobić jak najszybciej Horacy. Tak naprawdę nigdy mnie nie poznałeś. Moje wcześniejsze życie nauczyło mnie, tak kryć swoje sekrety, aby nikt o nich się nie dowiedział, aby nikt nawet się nie domyślił. Widzisz sam. Mieszkam tu już prawie 10 lat, a nikt nigdy nie pytał mnie dlaczego mieszkam tutaj sama. Nie zapytali mnie, dlaczego nie odwiedzają mnie członkowie mojej rodziny. 7c191028-ff7a-4a44-b906-a1eac7b1ac31Od początku stworzyłam wokół siebie atmosferę dobrej, życzliwej i przyjacielskiej osoby, że nikomu by do głowy nie przyszło, że mieszkają obok morderczyni. Morderczyni swoich własnych rodziców i brata. Tak Horacy, na moich rękach jest krew moich bliskich. To jest moja tajemnica- te słowa były ostatnimi, które wypowiedziała przed utratą przytomności. Były też ostatnimi, które wypowiedziała do Horacego. Gdy się obudziła, jego już nie było. Wyjechał, nie zostawiając nawet listu. Zrobił coś, czego tak bardzo się obawiała.  To uświadomiło jej jednak jedno. Musi o tym powiedzieć innym, musi być z nimi szczera. Nie można całe życie żyć w kłamstwie. Ono niszczy ją od środka. I  mimo, iż uśmiecha się w dzień, w nocy płacze w poduszkę. Musi zaprosić wszystkich znajomych na bal i wszystko wyznać. Wtedy będzie mogła żyć tak naprawdę. Wtedy będzie sobą. Hrabiną Karoliną- zabójczynią własnych rodziców i brata, ale także człowiekiem, który chce się zmienić, któremu należy dać szansę, któremu należy zaufać, mimo wszystko….

Blisko i daleko nie tylko palcem po mapie

   14022228_970147246431475_151491744836873362_nOd razu zaznaczam Drodzy Czytelnicy, że dzisiejszy wpis będzie trochę przydługawy. Dlatego też osoby, które nie lubią czytać o podróżach, o interesujących miejscach znajdujących się  w Polsce i Europie, zachęcam do opuszczenia strony, co by nie tracić 15-minut cennego czasu na czytanie pawłowych blubrów (co oczywiście nie oznacza, że swoim wejściem nie podbiliście mi statystyk- z czego bardzo się cieszę :) ). A osoby, które lubią podróżować- nie tylko palcem po mapie- zapraszam do wygodnego fotela. Rozsiądźcie się. Oczywiście wcześniej zaparzcie sobie duży kubek herbaty lub kakao. I przygotujcie się na dłuuuuuuugi trip. A więc zaczynamy.

   Swoją wakacyjną, podróżniczą przygodę zacząłem w tym roku, tak jak to już czynię 8 lat od Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Tak, tak Drodzy Czytelnicy. Wraz z ponad 1000 osób przeszedłem pieszo z Poznania do Częstochowy. Mówię Wam- super przygoda. Codziennie nocleg w innym miejscu. Codziennie inna zupa pomidorowa. Uwierzcie mi- niby taka prosta zupa, ale każda ma inny, wyjątkowy smak. 13668992_941874692592064_408759641243206255_nCodziennie nowi ciekawi ludzie, których spotykamy na szlaku i starzy znajomi, których widzisz tylko przez te 10 dni. Znajomości, które zawiązują się podczas drogi są wspaniałe i na długie lata. A ile można się o sobie dowiedzieć. Można sprawdzić wytrzymałość swojego organizmu, odporność na ból, deszcz i palące słońce. Można ćwiczyć się w altruizmie, sprawdzić zdolność wczesnego wstawania, czy zdolności do zachowywania przez dłuższy czas ciszy. Można sprawdzić swój głos i zdolność do zapamiętywania piosenek. No i oczywiście można wypróbować swoją wiarę, pogłębić ją, umocnić. Tak więc wszystkich zapraszam do podjęcia trudu pielgrzymowania w przyszłym roku. Oczywiście w grupie 5 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę.

   13872691_951679974944869_7567901346196184513_nA co było po pielgrzymce? Po pełnym przygód 10-dniowym tuptaniu do Częstochowy przyszedł czas na Światowe Dni Młodzieży. Najpierw przeżywane te we własnej parafii- z gośćmi z Etiopii, następnie te diecezjalne- na poznańskiej Cytadeli. Właśnie uczestnictwo w diecezjalnych obchodach przyczyniło się do tego, że pojechałem do Krakowa. Znalazłem się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i przy odpowiednich osobach. I tak dane mi było zobaczyć papieża Franciszka. Dane mi było doświadczyć entuzjazmu wiary. Dane mi było przeżyć wspaniałe chwile, które pozostaną ze mną na długo. Gdybym nie pojechał w lipcu na ŚDM, to całe życie bym sobie wyrzucał, że było to coś na wyciągnięcie ręki, a ja nie skorzystałem. Na szczęście nie będę musiał tego robić.

   Nie zdążyłem zapomnieć o Krakowie a znów w nim byłem. Tym razem wybrałem się do grodu Kraka z rodzinną w celach turystycznych. Wawel, Skałka, Smocza Jama, Stary Rynek, Barbakan, Kościół Mariacki, ul. Grodzka i Bracka, okno papieskie, kościół franciszkanów, Błonia. A poza tym opactwo w Tyńcu. Kraków jest przepięknym miastem, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Miesiąc by nie starczył, aby poznać wszystkie13895514_951460244966842_2121516639314823881_n jego zakamarki. Po Krakowie przyszedł czas po raz wtóry na Częstochowę i pierwszy raz w tym roku na Łódź. Kawa na Piotrkowskiej smakuje inaczej. No i ten Miś Uszatek. A tak nawiasem mówiąc. Polska wcale nie jest w ruinie, jak głosiła w kampanii wyborczej pewna partia. Polska jest piękna. Drogi, mosty, wiadukty, obwodnice, autostrady- coś wspaniałego. Moja czerwona Micra- zwana pieszczotliwie ,,Biedronką”- mknęła przez wspaniały kraj. Nie mamy się czego wstydzić. Musimy być dumni z naszej ojczyzny.

   I przyszedł czas na wakacje, na które czekałem cały rok. Przyszedł czas na Chorwację. Po krótkim odpoczynku po krakowskich wojażach, wyruszyłem na Bałkany, przejeżdżając przez urokliwe Czechy, Słowację i Węgry. Chorwacja jest przepiękna. Morze, góry, plaża, palmy, mandarynki, bora bora (ciepły, wiejący zazwyczaj 3 dni wiatr), rakija i inne frykasy. Jak ja to stwierdziłem: dasz mi pracę, wikt i opierunek, to zostaje tutaj na zawsze. I to nie są puste słowa. Jestem zauroczony każdą miejscowością, którą dane mi było odwiedzić. Makarska (nie mylić z masakra), Split, Trogir, Dubrownik, Jelsa, Bol, Mostar, Medjugorie, jeziora Plitwickie i Park 14063993_973385209441012_8758232251623751282_nNarodowy rzeki Krka. Wielość doświadczeń- zarówno wizualnych, zapachowych jak i smakowych sprawia, że trudno to wszystko opisać w kilku słowach. Nie pozostaje mi nic innego, jak z czystym sumieniem polecić Chorwację każdemu, kto nie wie, gdzie pojechać w przyszłym roku na wakacje. Ja na pewno tam wrócę.

   Może koniec z tymi wyjazdami. Trzeba trochę w domu pomieszkać. Ależ skądże- jedziemy dalej. Tym razem moje kroki skierowały się na wschód Polski, a konkretnie do Białej Podlaskiej, gdzie uczestniczyłem w XXIII Kongresie Ekonomistów Rolnictwa i Agrobiznesu. Miałem okazję poznać ciekawe osoby z całej Polski, posmakować tamtejszych smakołyków, między innymi kartaczy, czy sękacza. Ale najciekawszym w tym wszystkim był wyjazd na Białoruś. Miałem wyjątkową okazję przebywać w tym dość ,,egzotycznym” kraju, rządzonym twardą, dyktatorką ręką. Jakież też było moje zdziwienie, gdy po przekroczeniu granicy zobaczyłem piękne europejskie miasto Brześć, z równo przystrzyżonymi trawnikami, czystymi ulicami. Brześć z supermarketami takimi 14291853_984980228281510_2642344602463850938_njak u nas, z radiem, z którego płyną znane piosenki. To był pierwszy z pozytywnych i zaskakujących akcentów. Kolejnymi była wizyta na fermie strusi, gdzie niewątpliwą niespodzianką była możliwość spróbowania jajecznicy ze strusiego jaja oraz kotleta ze strusia (oba dania bardzo pyszne). Brześć to przede wszystkim twierdza brzeska- piękna, powojenna twierdza, z historią zawartą w każdym zakamarku oraz cerkwie i piękny rynek, na którym podziwiać można latarnie, codziennie zapalane przez latarnika. Coś wspaniałego. Białoruskie piwa, wódki i czekolady też niczego sobie.

    I na tym bym zakończył, bo przecież wypadałoby. Ale niestety, to jeszcze nie koniec. Powiedziecie- skąd ten Krysztofiak ma tyle urlopu? A ja na to- pracuję na uczelni :) . Co ja na to  poradzę, że mój pracodawca jest tak łaskawy i daje mi tyle wolnego. Grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Dlatego też w te wakacje, odwiedziłem jeszcze trzy polskie miejscowości- Wrocław, Gniezno i Warszawę (dwie ostatnie w połączeniu z Krakowem dają szlak polskich stolic). Wszystkie piękne i ze swoim urokiem. Wrocław- perła Dolnego Śląska. Z krasnalami, rynkiem, kamieniczkami, Ostrowem Tumskim, Panoramą Racławicką, Sky Tower i zoo- urzeka swoim pięknem, harmonią, oraz niemieckim ordnungiem. Gniezno z Katedrą, ryneczkiem, jeziorkiem sprawia, że człowiek 14502684_1003127609800105_9119006666254578588_npowraca do czasów, kiedy Polska się zaczęła. A Warszawa? Ach Warszawa! Zapierająca dech w piersiach europejska stolica z biurowcami, starymi kamieniczkami, Zamkiem Królewskim, Wisłostradą, Stadionem Narodowym, metrem czy w końcu Pałacem Kultury i Nauki. Byłem w Warszawie tylko 3 dni. O 3 dni za mało. Na pewno tam wrócę, bo przecież przede mną jeszcze tyle do zwiedzenia.

    I teraz naprawdę już koniec z podróżowaniem. Czas wrócić na ziemię i zabrać się do pracy. W końcu rozpoczął się nowy rok akademicki. W końcu mogę zacząć normalnie pracować oraz marzyć o kolejnych wakacjach.

Wolność, równość, braterstwo…

ewolucj-600x433 Myślę, że słowa, które zamieszczone zostały w tytule dzisiejszego artykułu są wszystkim bardzo dobrze znane, a szczególnie tym, którzy uważali na lekcjach historii. Bowiem pewna  rewolucja, która przetoczyła się przez Francję w XVIII wieku, miała je zapisane na swoich sztandarach. A przecież i my, od kilku dni jesteśmy świadkami mniejszych rewolucji, które dzieją się na naszym polskim i wielkopolskim podwórku, a które głośno wołają o poszanowanie wolności oraz działania na rzecz równości i braterstwa. O nich właśnie chciałbym dzisiaj trochę poblubrzyć. Nie będzie to ani łatwe, ani przyjemne. Nie będzie także proste i bezkonfliktowe. Nie przejdzie, mam nadzieję, bez echa wśród Czytelników i liczę na to, że wywoła małą dyskusyjną burzę. Te dwie rewolucje, które mam zamiar opisać, dotyczą bowiem bardzo delikatnych i zarazem kontrowersyjnych tematów. Ale po kolei.

   Pierwsza z nich dotyczy tematu aborcji. Aborcji, która przez ostatni tydzień wywoływała i nadal wywołuje wiele emocji. Emocji zarówno przy ulicy Wiejskiej, jak i poza nią. Bo oto nasz wspaniały parlament debatuje nad projektami ustaw, które dotyczą tego tematu. Parlament pochyla się nad materią, która w mojej ocenie nie powinna mieć politycznego charakteru. Materią, która powinna dotyczyć tylko czterech osób: matki, ojca, dziecka i lekarza. Zapewne zastanawiają się Drodzy Czytelnicy, co ja na ten temat sądzę. Już spieszę ze swoją opinią. Nie raz, nie dwa na łamach tego bloga podkreślałem, że jestem osobą wierzącą, że jestem osobą, która w swoim życiu stara się żyć- czasami z lepszym, a czasami z gorszym skutkiem- zgodnie ze wskazaniami Dekalogu i nauki Kościoła. I w tym przypadku będę się na nich opierał. Uważam bowiem, że każde życie, niezależnie w jaki sposób poczęte (bo tego też dotyczą dwa projekty ustaw) jest ważne, jest święte i należy je chronić. Skoro wierzymy, że nasze życie nie jest dziełem przypadku i każdy ma do spełnienia jakąś misję, to powinno się robić wszystko, aby życie pojawiło się na tym świecie. Dziecko zdrowe, dziecko chore, dziecko niepełnosprawne, dziecko poczęte jako owoc miłości małżonków, czy to poczęte w wyniku gwałtu, jest stworzeniem, które w jakiś sposób w bożym planie zostało uwzględnione. I z tego punktu widzenia powinno mieć szansę, aby się urodzić. Równocześnie jednak należy pamiętać, że jesteśmy osobami wolnymi. Posiadamy wolną wolę, która nas w żaden sposób nie krępuje. Możemy robić to, na co mamy ochotę. Wszystko bowiem, zależy od nas. To ja, to Ty- samodzielnie- kiedyś będziemy zdawać sprawę z swojego życia, ze swoich wyborów. Będę tylko ja i On. I tu pojawia się zasadniczy problem. Czy posłowie mogą wpływać na mój wybór? Czy swoimi decyzjami mogą decydować o tym, co zrobię ze swoim życiem lub życiem, za które jestem odpowiedzialny? Jeśli alkoholik będzie chciał się napić -chociaż jest na odwyku- to zrobi wszystko, aby zaspokoić swoje pragnienie. Jeśli zabójca będzie opanowany żądzą mordu, to zrobi wszystko, aby polała się krew. Mimo tego iż wiedzą, jakie są tego konsekwencje. I tak samo jest z aborcją. Jeżeli matka wraz z ojcem, podkreślam wraz z ojcem uzna, że nie chce dziecka, które nosi pod swoim sercem i znajdzie lekarza, który bez skrupułów pozbawi to dziecko życia, to nikt nie może wpłynąć na ich wybór. Robią to bowiem zgodnie ze swoją wolą. Oni się na to godzą. I niezależnie, jakie kary prawo nakładałoby na takie osoby, one nie cofną się przed swoją decyzją. Tak jak przed gwałtem nie cofa się gwałciciel czy przed kradzieżą złodziej. Możemy mówić, że życie jest święte- bo jest. Możemy mówić, że życie jest darem- bo jest. Możemy mówić, że każdemu powinna zostać dana szansa, aby pojawił się na tym świcie, ale nie możemy równocześnie ingerować w czyjeś życie. Dać radę, upomnieć, porozmawiać, nakłonić, ale nie kazać komuś coś na siłę zrobić! Nie tędy droga. Bardzo lubię owoce morza. Znam jednak dziewczynę, która ich nie znosi. Nieważne ile razy bym ją namawiał, aby je zjadła, aby chociaż spróbowała, co traci- nie przekonam jej, aby ich skosztowała. Ma wolny wybór i z niego korzysta. Tak samo powinno być z aborcją. Prawo powinno życie chronić, ale w taki sposób, aby nie ograniczać wolności wyboru.

   No i druga z rewolucji. Ta, która dzieje się obecnie w Poznaniu, a która wzbudza wiele kontrowersji. Dotyczy ona mianowicie Parady Równości i związanej z nią akcji, polegającej na dekorowaniu poznańskich ulic tęczowymi flagami. Temat homoseksualizmu jest stary jak świat i od zawsze rodził i rodzi wiele sprzecznych emocji. Bo jednocześnie wiemy, że coś takiego jest, ale nie chcemy o tym słyszeć. Wiemy, że żyją obok nas tacy ludzie, ale równocześnie nie chcielibyśmy, aby nasz sąsiad czy sąsiadka zza płotu okazali się gejem czy lesbijką. Lubimy kogoś, cenimy go za to, kim jest lub co sobą reprezentuje, ale gdy dowiadujemy się, że dokonał coming-outu, nagle zmieniamy front. Czemu tak się dzieje? Pozwalamy, aby ulicami przechodziły procesje Bożego Ciała. Grupa ludzi powie- żaden problem- inna będzie odmiennego zdania i będzie chciała, aby wiarę manifestować tylko w domu czy kościele. Wolność? Wolność! Pozwalamy, aby ulicami przechodziły marsze niepodległościowe, rocznicowe. Cześć społeczeństwa powie- żaden problem- inna będzie przeciwna. Pozwalamy, aby budowano pomniki- Jezusowi, Janowi Pawłowi II, ofiarom katastrofy smoleńskiej. Część społeczeństwa jest za, inna wręcz przeciwnie. Ściernie się poglądów było, jest i będzie. Więc skoro Konstytucja gwarantuje wszystkim wolność, to niech ta wolność będzie respektowana. Jeśli chcą przejść ulicami Poznania jeden dzień w roku, niech przejdą. Co im szkodzi. Podejmujmy wspólnie takie decyzje, aby w różnorodności odkrywać jedność. Aby budować mosty, a nie je burzyć, aby mury upadały, a nie zostawałby budowane. Ktoś powie, że większość ma prawo głosu i mniejszość musi ustąpić. Zgoda, ale ta większość, kiedyś też była w mniejszości- przykład: obecny rząd. Szanujmy siebie, poprzez szanowanie swojej wolności.

   I z tym Was pozostawiam. Namąciłem Wam w głowie, ale cóż- czasami tak trzeba.

Nic nie dzieje się przypadkiem

   pobrany plikMiłosierdzie- to słowo, które w ostatnim tygodniu było na ustach wielu osób w Polsce i na świecie. Miłosierdzie- to słowo, które przez ostatnie kilkanaście dni było odmieniane przez wszystkie przypadki. Miłosierdzie- to w końcu słowo, które we wszystkich językach świata znaczy to samo- niepojętą miłość Boga. Dzięki Światowym Dniom Młodzieży, które odbywały się w Krakowie mogliśmy poznać jego sens, mogliśmy na nowo je odkryć i na nowo je zrozumieć. Chciałbym po wielomiesięcznej przerwie w pisaniu, za którą z całego serca przepraszam, podzielić się z Wami- Drodzy Czytelnicy moimi wrażeniami po tym cudownym festiwalu młodości, który odbywał się w ostatnich dniach na polskiej ziemi.

   Już myślałem, że nie będzie mi dane wybrać się na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Już myślałem, że będę mógł je przeżywać wyłącznie oglądając transmisję w telewizji czy Internecie. I wtedy okazało się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Ktoś powie, że przypadkiem spotkałem znajomych podczas diecezjalnych obchodów Światowych Dni Młodzieży na poznańskiej Cytadeli, którzy również chcieli tam jechać. Ja uważam, że nie ma przypadkowych sytuacji, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu ma swój głębszy sens i jest wpisane w pewien boży plan. Widocznie Pan Bóg chciał, abym był w Krakowie. Chciał, abym mógł doświadczyć tej cudownej atmosfery, tej różnorodności kulturowej, językowej, narodowościowej. Abym mógł zobaczyć z bliska, że mimo barier można tworzyć mosty, że mimo przeciwności można budować wspólnotę, że mimo grzechów można stać się świętym. Chciał, abym mógł wsłuchać się w słowa papieża Franciszka, który mówiąc prostym językiem, trafiał do serc uczestników Światowych Dni Młodzieży. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co usłyszałem podczas czuwania na Campusie Misericordiae oraz podczas Mszy Świętej Posłania. Te słowa na długo zapiszą się w mojej pamięci. Chciałbym żyć nimi na co dzień. Chciałbym nie być kanapowym chrześcijaninem, chciałbym nie bać się podejmować ryzyka, chciałbym pozostawić po sobie ślad. Chciałbym robić w życiu to, co będzie przynosiło szczęście drugiemu człowiekowi, co będzie sprawiało, że świat, w którym żyjemy będzie lepszy. Chciałbym nie odpowiadać złem na zło, nienawiścią na nienawiść, ale tak jak mówił papież- pokazywać, że większą siłę ma braterstwo, poświęcenie, podanie ręki drugiemu człowiekowi. Chciałbym uczyć się od starszych ich życiowej mądrości, chciałbym czerpać z ich przeogromnego skarbca doświadczenia. Chciałbym z miłością pochylać się nad słabszym, chorym, biednym, chciałbym być widocznym znakiem miłosierdzia. Wszystko to wydaje się piękne i wzniosłe. O wszystkim tym łatwo jest mówić teraz, w tej podniosłem atmosferze, kilka dni do Światowych Dniach Młodzieży. Trudniej to wykonać w szarej rzeczywistości. Jednak teraz, mając w pamięci, to co działo się w Krakowie będzie łatwiej. Nie możemy bowiem tego zmarnować, nie możemy tego zatracić. Ten czas był czasem siewu. Ziarno padło- myślę, że na ziemię żyzną. Musimy czekać na jego wzrost. Oby wydało dobre owoce.

   Dziękuję Bogu za łaskę bycia w centrum Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Dziękuję za Kasię, Adę i Łukasza, dzięki którym mogłem tam być. Dziękuję za papieża Franciszka, za jego gesty, słowa, za jego mądrość i wszystkie rady, które dał nam- młodym. Dziękuję za każdego pielgrzyma, za jego świadectwo. Dziękuję organizatorom i wolontariuszom- wszyscy stanęli na wysokości zadania i pokazali, że Polak potrafi. Światowe Dni Młodzieży 2016 były, są i będą wielkim sukcesem Krakowa i Polski. Były, są i będą zaczątkiem nowej wiosny Kościoła. Były, są i będą jednym z ważniejszych wydarzeń w moim życiu. Wydarzeń, które zmienią moje życie…

Szafa

SMALL_regal_na_przetwory   Ostatnimi czasy bardzo popularne stały się szafy.  I to chyba wszystkie ich rodzaje. Te dwudrzwiowe, wysokie, niskie, drewniane czy pancerne. A cały ten galimatias wywołany jest przez jedną szafę- szafę Kiszczaka, w której to podobno są dokumenty, świadczące, że III RP to fikcja. W której są dowody, mające sprawić, że historia Polski po 1989 roku zostanie napisana na nowo, że starzy bohaterowie i ich czyny zostaną zdeprecjonowani, a na piedestał zostaną wniesieni Ci, którzy w tamtych czasach siedzieli w domu i nawet palcem nie kiwnęli, aby coś zrobić. Szkoda, że my Polacy tak szybko zapominamy. Szkoda, że tak łatwo jest nam kogoś opluwać. Szkoda, że najlepszym towarem eksportowym, jaki mamy jest właśnie żółć. Żółć, która sączy się z każdego sfrustrowanego człowieka, który nie może pogodzić się z tym, że nic w życiu nie osiągnął. Ale postawmy tutaj kropkę, gdyż nie o tym chcę dzisiaj pisać.

   Mnie bardziej interesuje szafa, którą każdy z nas ma we własnym domu. Szafa, w której przechowujemy  marzenia, pragnienia, nasze sekrety. Bo chyba każdy z Was- Drodzy Czytelnicy ma takie rzeczy, o których nie chce nikomu powiedzieć. Ma słoiczki, w których wekuje swoje mniejsze lub większe problemy, mniejsze lub większe pragnienia czy marzenia. Te słoiczki skrzętnie wstawiane są na półki w szafie i cierpliwie czekają na lepsze czasy, aby je wyciągnąć. To tak samo jak z kiszonymi ogórkami. Idziemy po nie do piwnicy, tylko wówczas, gdy są potrzebne. Wcześniej stoją sobie cichutko na półce i się po prostu kiszą. Czekają na odpowiedni moment. I podobnie jest z naszymi marzeniami, planami. Są pochowane i czekają na dobre czasy.

   Gorzej z sekretami. Te zazwyczaj chcemy schować, gdzieś głęboko, najlepiej na najwyższą półkę, czy w takie miejsce, gdzie na pewno ich nie zauważymy. Robimy wszystko, aby być od nich jak najdalej. Ale czy to jest najlepsze wyjście? Czy dobrze się na tym wychodzi? Co dzieje się z wekami, o których ktoś zapomniał, które stoją w piwnicy już kilka lat? Psują się. Tak samo jest z naszymi sekretami. Psują nas samych od środka. Sprawiają, że nie możemy siebie do końca wyrazić. Ograniczają nas w jakiś sposób. Zamykają nas. Bardzo dobrze to zilustrowała J.K. Rowling- autorka przygód Harrego Pottera. W każdej jej książce pojawiała się postać, która miała jakiś sekret. Osoba, która przez cały czas wydawała się inna niż była w rzeczywistości. Ile w tych fikcyjnych postaciach jest odniesień do nas? Ilu jest w każdym z nas profesorów Quirellów, Lockhartów, Lupinów, Moodych, Umbridge czy Snapeów? Ilu w końcu jest w nas Dumbledorów? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami- Drodzy Czytelnicy. To Wy najlepiej siebie znacie. Znacie swoje sekrety.

   Pamiętajcie- nie wekujcie zbyt długo swoich problemów. Nie wekujcie zbyt długo swoich sekretów. Zaglądajcie często do szafy Waszego życia. Wyciągajcie z niej na bieżąco słoiki. Wietrzcie ją. Wtedy na pewno życie będzie łatwiejsze. Tak więc- Drodzy Czytelnicy- marsz do szafy :) .

Wczorajsze święto

z11034910Q,Walentynki   No na szczęście minął już 14 lutego. Mamy nowy dzień, nowy tydzień, a kolejne Walentynki są dopiero za rok. Uff. Festiwal serduszek, czekoladek, tulipanów i innych gadżetów skończył się. Wszystko to zostało schowane do kartonów i upchnięte w magazynie lub, jak to często w dużych sklepach bywa będzie jeszcze przez kilka tygodni zalegały na półkach, opatrzone etykietką PROMOCJA. Ale czy miłość można w taki sposób traktować? Czy wystarczy jeden dzień w roku, aby sobie o niej przypomnieć?

   Nie wiem, czy wiecie- Drodzy Czytelnicy, ale święty Walenty, którego wspomnienie wczoraj obchodziliśmy, jest patronem osób chorych psychicznie. Ale jakby się tak głębiej zastanowić, to przecież każdy, kto jest zakochany nie jest w pełni władz umysłowych. Podejmuje decyzje, nie zawsze oparte o racjonalne myślenie, decyzje, które wynikają z potrzeby serca, a może i z brzucha, gdzie przecież latają motyle. Biega w deszczu po kałużach ze swoim ukochanym lub ukochaną, wystaje pod oknem z gitarą w ręku i budzi sąsiadów swoim śpiewem, wstaje o 7 rano, aby iść po świeże bułki na  wspólne śniadanie. Robi coś, czego normalnie by nie zrobił. Ale tak to już jest z tą miłością. Wyzwala w nas pokłady drzemiącej gdzieś głęboko kreatywności, empatii, sprawia, że rezygnujemy ze swojego egoizmu, że chowamy swoje wydumane ego do kieszeni, bo przecież teraz to nie my jesteśmy najważniejsi. Teraz jest ktoś, dla kogo warto się starać, dla kogo warto zmieniać swoje upodobania i przyzwyczajenia, dla kogo warto, po prostu zrobić coś szalonego.

   Dlatego też życzę wszystkim zakochanym oraz wszystkim tym, którzy dopiero czekają na ukłucie strzały Amora, abyście nie zapominali, że miłość należy okazywać każdego dnia a nie tylko od święta. Chłopacy- nie zapominajcie, że kwiaciarnie są otwarte codziennie. Wystarczy tylko do nich wejść. Miłość pielęgnowana na co dzień jest ciekawsza, milsza i przyjemniejsza, a co najważniejsze nie jest nudna. Tak więc- KOCHAJMY SIĘ :).

Szlifowanie diamentu

   imagesJuż starożytni odkryli, że sport jest czymś, co sprawia, że życie człowieka nabiera sensu, co daje siły witalne, przedłuża nasz pobyt na tym ziemskim padole, ale również kształtuje charakter. Bo przecież każda dyscyplina sportowa opiera się na rywalizacji, która jest czynnikiem sprawiającym, że dążymy do bycia jeszcze lepszymi, doskonalszymi, że chcemy aby to nas oklaskiwano, nam zakładano laury na głowę. Uczy on nas także pokory, bo przecież każdy sukces jest wcześniej okraszony wieloma niepowodzeniami, upadkami, licznymi pytaniami- czy to ma sens? Jednak, aby to wszystko było możliwe musi w każdym człowieku, zwłaszcza młodym, narodzić się, a później zostać odkryta pewna predyspozycja do uprawiania danej dyscypliny sportu. I właśnie nad tematem odkrywania chciałbym się dzisiaj pochylić.

  Jestem przekonany, że każdy z Was, Drodzy Czytelnicy pamięta swoje zajęcia z wychowania fizycznego, prowadzone na każdym szczeblu edukacji. Były one mniej lub bardziej ciekawe, mniej lub bardziej urozmaicone, prowadzone z mniejszym bądź większym zapałem. Były one także przez Was, mniej lub bardziej lubiane. Wiem z własnego doświadczenia, że nasze spojrzenie na dany przedmiot szkolny w głównej mierze było uwarunkowane podejściem nauczyciela do wykładanych treści. Jeśli historyczka potrafiła zachęcić uczniów do słuchania, jakie to były ciekawe wojny napoleońskie, to i oni odpłacali jej się później dobrymi ocenami na sprawdzianie. A zamiłowanie do sportu rodzi się głównie, w mojej ocenie i mam nadzieję, że także i w ocenie wielu spośród Was, z tego, jakie podejście ma do prowadzonych zajęć wuefista. Jeśli prowadzone przez niego zajęcia polegają wyłącznie na rzuceniu piłki do gry w nogę i spędzeniu reszty lekcji na siedzeniu na ławce i patrzeniu na to, jak młodzi chłopcy w dziki sposób w nią grają, nie zwracając w ogóle uwagi na tych, których piłka nożna w ogóle nie interesuje- takie zajęcia nie mają najmniejszego sensu. Powiem szczerze, że mój brak zamiłowania do lekcji wychowania fizycznego wynikał właśnie z takiego podejścia nauczyciela, który z góry zakładał, że skoro piłka nożna jest naczelnym sportem Polaków, skoro gra się w nią wszędzie, to przecież będzie idealną rozrywką na 45 minut, które stanowią odskocznię pomiędzy trzema zajęciami z języka polskiego, a matematyką i przyrodą. A przecież nie każdy młody chłopak musi fascynować się Messim, Błaszczykowskim czy Lewandowskim, nie musi znać wyników ostatnich meczów Ligii Mistrzów, czy autorów najlepszych bramek na ostatnim Mundialu. Przecież nie każdy urodził się piłkarzem. Może w chłopcu, który jest wybierany na samym końcu podczas podziału drużyn na zajęciach, drzemie talent do gry w siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczną. Może w tym chłopcu, któremu nikt nie chce podać piłki, jest talent do biegów przełajowych, rzutu piłeczką palantową czy skoku wzwyż. Może ten chłopiec, który jest przez kolegów marginalizowany podczas gry w piłkę, mógłby w przyszłości zostać wyśmienitym pływakiem, lekkoatletą czy tenisistą.Aby z diamentu uzyskać piękny brylant, trzeba go najpierw oszlifować. Tak samo jest z odkryciem talentu. Trzeba spróbować wielu rzeczy w życiu, aby w końcu odkryć to, co mi najlepiej wychodzi, co chciałbym robić dalej, co sprawia mi przyjemność. A gdzie najłatwiej odszukać taką ,,szlifiernię”? Nie trzeba wybiegać daleko. Uważam, że jest nią szkoła i ludzie w niej pracujący. A odnosząc się do tematu artykułu- są nią wuefiści. To oni poprzez swoje zaangażowanie, poprzez głębsze spojrzenie na młodego człowieka, mogą odkryć wiele talentów. Mogą poprzez swoją postawę rozbudzić w młodzieży- coraz to bardziej otyłej, zasapanej, przytłoczonej siedzeniem przed komputerem i telewizorem- zainteresowanie szeroko rozumianym sportem. Mogą sprawić, że rodzice nie będą musieli załatwiać swoim dzieciom zwolnień lekarskich, tylko dlatego, że na każdych zajęciach gra się w piłkę nożną. Może dzięki temu za kilka lat będziemy cieszyć się sukcesami naszych rodaków na konkursach, mistrzostwach czy igrzyskach olimpijskich.

  Wszystko, co wcześniej napisałem wynika z mojego własnego doświadczenia szkolnego. Zarówno tego w szkole podstawowej, gimnazjum, jak i w szkole średniej. Na każdym z tych szczebli edukacji pojawiał się taki sam schemat. Rozgrzewka, rzucenie piłki i hulaj dusza, piekła nie ma. Czasami tylko jakieś biegi, czy ten czy inny skok, co by mieć jakieś oceny w dzienniku. A tak poza tym, cały czas piłka nożna i piłka nożna i piłka nożna. Może chodziłem do wyjątkowych szkół. Nie wiem. Pytanie czy i u Was, Drodzy Czytelnicy też tak to wyglądało? Dlatego też bardzo spodobała mi się forma zajęć z wychowania fizycznego, jaka została zaproponowana na studiach. Mogłem wówczas wybrać, to co chciałem, to co sprawiałoby mi przyjemność, co nie byłoby przykrym obowiązkiem, ale szczęśliwą koniecznością. Z racji, że lubię pływać- wybrałem basen. I nie żałuję tej decyzji.

   Dlatego też i Was zachęcam, Drodzy Czytelnicy- niezależnie kim jesteście- uczniami, rodzicami, czy nauczycielami- zabiegajcie o to, aby zajęcia w-fu były urozmaicone, aby były przekrojem wszystkich możliwych dyscyplin sportowych, aby dawały każdemu- nawet najsłabszemu- możliwość wykazania się. Jeśli tak będzie, wówczas każdy młody człowiek, będzie mógł z ręką na sercu powiedzieć, że w zdrowym ciele jest zdrowy duch. A jak duch jest zdrowy, to wszystko jest THE BEST.

Rzeczy ważne i ważniejsze

   pobrany plikPolskie kino nie należy do ścisłej czołówki kinematografii światowej. Nie mamy zbyt wielu filmów, które osiągnęły wielki sukces, o których mówiłoby się przez wiele lat. No może Wajda, Holland i kilku innych reżyserów stworzyło coś, co trafiło do szerszego kręgu odbiorców, o czym przez kilka miesięcy dyskutowano. No i oczywiście należy tu wspomnieć Pawła Pawlikowskiego i jego ,,Idę”, która w zeszłym roku zdobyła pierwszego w historii polskiego filmu Oscara. Ale nie o filmach chcę pisać. Chociaż to one zainspirowały mnie do tych przemyśleń. Konkretnie były to dwie obejrzane przeze mnie produkcje polskie: ,,Moje córki krowy” oraz ,,Słaba płeć”.

   Oba dotykały ważnego problemu- problemu utraconych wartości.  Żyjąc szybko, ciągle za czymś goniąc nie uświadamiamy sobie, jak wiele rzeczy ucieka nam przez palce. Jak wiele rzeczy traktujemy błaho, tak zwyczajnie. Wiemy, że są, że istnieją, ale ich nie doceniamy. Przypominamy sobie o nich dopiero, gdy je stracimy. Tak jest właśnie ze zdrowiem, pracą, przyjaciółmi, rodziną czy po prostu szczęściem. Ale może właśnie taki chichot losu jest nam potrzebny, abyśmy otrząsnęli się z tego błogiego stanu, w którym żyjemy, abyśmy zatrzymali się na chwilę i pomyśleli, co tak naprawdę w życiu się liczy. Pieniądze są niezbędnym elementem naszej egzystencji- ale nie najważniejszym. Kariera i wysokie stanowiska są w pewnym sensie jakimś motorem napędzającym nasze jestestwo, ale nie są aż tak ważne. Bo tak jak je szybko zdobyliśmy, tak też szybko możemy je stracić. Nasz wysiłek i pot wylany na siłowni, aby wyrzeźbić piękne ciało może w jednej chwili pójść w zapomnienie, gdy dowiemy się, że jesteśmy śmiertelnie chorzy. Gdy zostaniemy zaskoczeni przez przypadłość, która przykuje nas do łóżka i sprawi, że będziemy zdani na pomoc innych.  Wtedy dopiero uświadamiamy sobie, jak wiele straciliśmy, jak wiele nas ominęło, jak wiele czasu zmarnowaliśmy, jak wiele osób zraniliśmy. Ale może właśnie takie wydarzenia są nam potrzebne? Może kłody leżące pod nogami czy grom z jasnego nieba są tymi czynnikami, które mają nam w końcu uświadomić, co jest w życiu tak naprawdę ważne. Bohaterki obu filmów musiały coś stracić, aby zrozumieć. Jednej los zabrał zdrowie matki. Sprawił, że musiała przemeblować swoje życie, aby móc odwiedzać chorą w szpitalu. Druga natomiast straciła pracę w dobrej korporacji. Oszukana i wykorzystana przez przyjaciółkę musiała od nowa ułożyć sobie życie, w rzeczywistości, która była dla niej odległa. Jednak obie uświadomiły sobie, że nie warto się przez całe życie oszukiwać, że nie warto wierzyć, że zawsze będzie łatwo i przyjemnie, że w życiu tez zdarzają cię deszczowe dni. Szkoda tylko, że musiało to odbyć się takim kosztem.

   Obyśmy nigdy nie musieli- Drodzy Czytelnicy być tak zaskakiwani przez los. Abyśmy zawsze pamiętali, że w życiu są sprawy ważne i ważniejsze. I abyśmy zawsze wybierali te ważniejsze. Czego Wam i sobie życzę :) .

Rozważania o potędze czasu

   pobrany plikCzas. Każdy z nas wie, jak potężne to zjawisko. Nikt ani nic nie jest w stanie go zatrzymać. Nie można go także cofnąć. Nie zdoła się go także wyprzedzić. On był, on jest i on będzie. Kruszy skały, sprawia, że papier staje się żółty oraz, że włosy na głowie przybierają siwy kolor. Ale jakby tak się głębiej zastanowić, to chyba jest sposób, aby go oszukać, aby sprawić, że na chwilę zwolni, a może i nawet stanie w miejscu. Tym wytrychem są wspomnienia i marzenia. Wspomnienia zawarte na zdjęciach, pocztówkach, w zeszytach, czy te pozostające w naszych głowach. Dzięki nim możemy powracać do tego, co było, wtedy gdy tylko mamy na to ochotę.  A marzenia są ze swej natury swoistym  przyspieszaczem czasu. Dzięki nim możemy zerkać przez szparę drzwi z napisem PRZYSZŁOŚĆ. Tak więc chciałbym abyśmy dzisiaj- w ostatni dzień 2015 roku trochę wspólnie powspominali i pomarzyli. A więc do dzieła :) .

   Rok rozpocząłem z impetem, bawiąc się na jednym z lepszych Sylwestrów mojego życia. Wspólnie ze znajomymi witałem bowiem Nowy Rok nad polskim morzem- w turystyka-francja-paryz-05Łazach. A jak mówią, jaki Nowy Rok, taki cały rok. Przysłowie w moim przypadku sprawdziło się w 100%. Kolejne tygodnie i miesiące przyniosły bowiem ciekawe wydarzenia. Wspomnieć tu należy słynny Eurotrip, który został zapoczątkowany wyjazdem do stolicy Francji. Paryż zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zabytki, ludzie, atmosfera, jedzenie, to wszystko rozbudziło nieodpartą chęć, aby tam powrócić, aby jeszcze raz przeżyć wspaniałą przygodę w mieście Burbonów, Rewolucji i wieży Eiffla. Podobne uczucia rozpaliła we mnie Praga oraz Bruksela, które miałem okazję odwiedzić w kolejnych tygodniach. Bardzo często powracam wspomnieniami do tamtych dni, do przeżytych wraz z przyjaciółmi chwil, do wspólnych przygód, zabawnych sytuacji, zdjęć i filmów, których z tamtych chwil mamy całe mnóstwo. Każdy z tych wyjazdów wniósł w moje życie wiele cennych doświadczeń, otworzył nowe horyzonty, pokazał, że nasze życie to przede wszystkim ciągłe poznawanie i odkrywanie otaczającego nas świata.

   W tym też roku zakończyłem także najlepszy okres mojego życia. Skończyłem studia i szczęśliwie obroniłem tytuł magistra ekonomii. Łezka mi się w oku kręci, gdy pomyślę sobie, że ten czas już nigdy nie wróci, że już nigdy nie będę studentem, ze wszystkimi tego udogodnieniami, które objawiały się zniżkami oraz pełnymi jedzenia słoikami :) . Coś się skończyło, ale co innego się zaczęło. Nie skończyłem bowiem swojej przygody z Uniwersytetem Przyrodniczym. Zmieniła się jedynie rola, w której występuję. Teraz jestem szczęśliwym jego pracownikiem, który z uśmiechem na ustach przekazuje zdobytą wiedzę nowym zastępom studentów. Oby tak było aż do emerytury :) .

   W tym także roku przeżyłem wiele wspaniałych chwil z moimi koleżankami i kolegami. Wspólnie  śmialiśmy się, wspólnie przeżywaliśmy ważne dla nas wszystkich chwile, wspólnie podróżowaliśmy, zwiedzaliśmy, graliśmy, śpiewaliśmy, pielgrzymowaliśmy. Robiliśmy to razem, bo tylko tak jest najpiękniej- we wspólnocie. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, dziękuję za to, że byliście i proszę Was- wybaczcie mi to, co było z mojej strony złe, to czym Was zraniłem lub obraziłem. Wejdźmy w Nowy Rok z czystym kontem, wejdźmy z nadzieją, że będzie on równie udany, jak ten, który kończy się.

  pobrany plikAle oprócz chwil radosnych, szczęśliwych i przyjemnych były także i te przepełnione goryczą. Zdarzały się mniejsze lub większe upadki, złe wybory. Czasami płynęły łzy, był krzyk i nerwy. Ale przecież życie to nie bajka, świat nie jest różowy. Jest czasami także szary. Naszym zadaniem jest go kolorować. Z upadku szybko się podnosić i robić wszystko, aby powtórnie się nie potykać o tę samą przeszkodę. Tego sobie i Wam- Drodzy Czytelnicy życzę :) .

   I na koniec należałoby trochę pomarzyć. Należałoby zaplanować nadchodzący rok. Tak zrobiłem w zeszłym roku. Część z tego, co wówczas planowałem, udało mi się zrealizować. Odsyłam do artykułu pod tytułem ,,Czas podsumowań”. Można sprawdzić, co się udało wykonać, a co w nadchodzącym Nowym Roku powinno zostać ponownie podjęte.  W tym roku przed planowaniem powstrzymam się. Dam się wykazać temu potężnemu zjawisku, jakim jest czas. Zobaczymy, co przyniosą kolejne godziny, dni, miesiące. Mam oczywiście kilka marzeń, większych i mniejszych planów, które chciałbym zrealizować w najbliższym czasie, ale nie będę nic mówić, aby nie zapeszać. Czuję jednak w kościach, że będzie to rok wyjątkowy. Rok przełomowy. Oby tak rzeczywiście było :) .

   A dla Was- Drodzy Czytelnicy- niech ten nadchodzący Nowy Rok nie będzie gorszy od poprzedniego. Życzę Wam, abyście nie marnowali żadnej chwili, abyście czerpali z każdego dnia pełnymi garściami, abyście pamiętali, że czasu nie da się cofnąć, nie da się go przyspieszyć. Można go jedynie zatrzymać- zatrzymać we wspomnieniach. Wspaniałych wspomnień zatem Wam życzę :) .

 Wielką Miłość w żłobie położono, na sianie,

gdyż w gospodzie miejsca dla Niej nie stanie.

Położono obok krów, osłów i koni,

wśród ryku, krzyku i nieprzyjemnej woni.

Dziecko złożono w miejscu, gdzie zwierzęta mają dom,

choć Ono u Ojca miało ciepło, berło i tron.

Zamiast kołderki miało chustkę matczyną.

Tak to już było z tą Bożą Dzieciną…

Niech te święta będą przepełnione miłością płynącą z betlejemskiego żłóbka.

Niech każdy doświadczy radości ze spotkania Jezusa
obecnego w drugim człowieku.

Niech każdy odnajdzie spokój, radość, ciszę.

Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia

1_swieto-swietej-rodziny-jezusa-jozefa-i-maryi-29122013

Sieroty

o-jan-gora-op-fot-lednica2000   Bóg zaskakuje nas każdego dnia. Kto by się spodziewał, że w ostatnim tygodniu Adwentu, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, zrobi nam taką niespodziankę. A jednak. Śmierć ojca Jana Góry była dla nasz wszystkich szokiem. Sprawiła, że każdy z nas zatrzymał się na chwilę, oderwał od lepienia pierogów, pieczenia pierników czy robienia zakupów i przystanął, aby zapytać: dlaczego?

   Pytanie jak najbardziej zrozumiałe, bo przecież stało się to tak nagle. Twórca spotkań młodzieży nad jeziorem Lednickim, odszedł w najmniej przez wszystkich oczekiwanym momencie. Odszedł przez jubileuszowym- XX już spotkaniem młodzieży na Lednicy, przed celebracją 1050 chrztu Polski oraz przed wydawałoby się najważniejszym- Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Odszedł tak jak żył- w pośpiechu. Odszedł podczas sprawowania Mszy Świętej- najlepszego z najlepszych spotkania z Jezusem. Pozostawił wielką pustkę, której nie uda się łatwo zapełnić.

   Boże plany są dla nas niezrozumiałe. Nasz Stwórca jednak ma wobec całego świata i każdego z nas konkretny plan. Przez takie właśnie wydarzenia- chociaż z ludzkiego punktu widzenia mogłoby ono się wydawać dramatyczne- chce nam coś powiedzieć. Chce nas zmusić do refleksji. Zadumy nad własnym życiem, nad sposobem jego przeżywania. Ojciec Jan był i będzie przykładem tego, że nigdy nie należy się poddawać, że nigdy nie należy oddawać się marazmowi, że każdego dnia trzeba stawać do walki ze samym sobą, z własnymi wadami i grzechami. Był przykładem, że przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie można wszystko, bo przecież to On nas umacnia, to On jest Panem naszego życia. Doskonale to wiedział. Starał się tego uczyć młodzież. Starał się wychowywać ich w duchu nauczania świętego Jana Pawła II. A młodzież- mimo iż zagubiona- zawsze odpowiadała na jego wezwanie. Stawiała się nad jeziorem Lednickim, aby o zmierzchu, w pierwszą sobotę czerwca, wybierać Chrystusa. Będzie tak robiła nadal. Bo przecież ojciec Jan nie odszedł tak na 100%. Pozostała po nim wielka spuścizna, która na pewno będzie zagospodarowana. Ziarno nie wyda plonu, nim wcześniej nie obumrze. Ofiara z życia nigdy nie idzie na daremne. Ojciec Jan jeszcze bardziej złączy się z Lednicą. Stanie się jej stróżem, gdyż zgodnie z ostatnią wolą, jego grób ma znaleźć się właśnie tam, gdzie przez 20 ostatnich lat gromadził tysiące młodych ludzi- na Lednicy.

   Mam świadomość tego, że przyszłoroczne spotkanie młodzieży pod bramą Rybą będzie inne. Nie będziemy słyszeć ojca Jana, który mówi: kocham Was, który mówi, że przez śpiew i taniec również można chwalić Boga. Czasami jednak milczenie jest lepsze od tysięcy słów. Zaduma nad jego życiem, nad tym, co robił i kim był, sprawi, że jeszcze lepiej go poznamy, że poprzez jego przykład mocniej zakochamy się w Panu Bogu. A o to przecież w naszym życiu chodzi- aby każdego dnia na nowo i coraz bardziej zakochiwać się w Bogu.

cZŁOwiek

   pobrany plikLudzie uważają, że piątek 13 jest zawsze dniem pechowym. Tegoroczny był rzeczywiście pechowy. Był najtragiczniejszym dniem w tym roku. Dniem, w którym niewinni ludzie ponieśli śmierć. Śmierć, która była zadana w imię Boga. I tutaj rodzi się pytanie: który Bóg chce, aby w Jego imię pozbawiać życia drugiego człowieka? Odpowiedź jest jedna- żaden.

   Zamach terrorystyczny w Paryżu pokazał nam, że żyjąc w XXI wieku, żyjąc w czasach, które od prawie 70 lat nie były naznaczone wojną, nie możemy czuć się bezpieczni. Pokazał nam, że człowiek jest zdolny do tego- aby w imię wymyślonej przez siebie ideologii, że to Bóg chce, aby ginęli innowiercy- zabijać bezbronnych i niewinnych ludzi. To wydarzenie uzmysłowiło nam, że występujące w wyrazie człowiek, słowo zło, nie jest tam przypadkowo. Ludzka natura jest bowiem zdolna do czynienia rzeczy wielkich, dobrych i wzniosłych, ale także do tworzenia tego, co obrażające, okrutne i straszne. Historia świata jest pełna osób świętych, które swoim życiem i postawą świadczyły o tym, że można żyć w zgodzie z samym sobą, innymi, środowiskiem i Bogiem oraz tych, którzy byli tego zaprzeczeniem. Pełna była tych, którzy w imię wzniosłych ideałów potrafili zabijać, potrafili zastraszać, manipulować i niszczyć to, co przez wielu było kochane. Wydarzenia w Paryżu sprawiły, że wszyscy zaczęliśmy zastanawiać się dokąd zmierza świat. Jeśli przeanalizujemy mszalne czytania na ten właśnie czarny piątek oraz następne dni, możemy zauważyć, że dotykają one sytuacji związanej z końcem świata. Czy Bóg przez te wydarzenia chciał nam coś powiedzieć? Czy chciał abyśmy coś zrozumieli, abyśmy otrząsnęli się ze zła, w którym codziennie się pogrążamy?

   Czy człowiek może usprawiedliwiać swoje czyny wolą Bożą? Czy może zabijać niewinną osobę mając na ustach Allahu Akbar, oznaczające że Bóg jest wielki? Nie może! Żaden rodzic nie żywi się krwią swoich dzieci. Żaden ojciec czy matka nie zabija swojego dziecka, aby samemu żyć. Żaden Bóg nie chce, aby w jego imię ktoś zabijał.

   Czy nadal uważam, że należy pomagać uchodźcom, tym, którzy szukają lepszego życia tutaj w Europie? Tak, nadal uważam, że jako chrześcijanie mamy obowiązek okazywać miłosierdzie. Nie każdy uchodźca to terrorysta, tak jak nie każdy chodzący do kościoła do prawdziwie wierzący. Nie wolno nam skreślać tysięcy ludzi, tylko przez to, że garstka popełniła błąd, tak samo jak nie można oceniać całego Kościoła przez pryzmat grzechów ludzi, którzy go tworzą. To, że ci ludzie uciekają z miejsc, w których mieszkali, jest konsekwencją decyzji wielkich tego świata, którzy tam wywołali wojnę. To przywódcy największych państw świata są współodpowiedzialni za to, co teraz dzieje się w Europie. To oni mają na swoich rękach krew niewinnych ludzi.

  Oby nigdy więcej nie powtórzyła się sytuacja, która miała miejsce 13 listopada w Paryżu. Oby człowiek nigdy nie zabijał drugiego człowieka w imię Boga!  Oby żądza odwetu za wszelką cenę nie była przyczynkiem do wybuchu wojny. Wojny, która może zniszczyć to wszystko, co kochamy!

Cmentarne Polaków rozmowy

p1a0ethnd5101714nl1k091f89lkg3   Bardzo lubię dzień Wszystkich Świętych. Lubię go z kilku powodów.

   Po pierwsze dlatego, że w tym dniu uświadamiam sobie, jak wielu świętych czuwa nade mną, jak cała rzesza kobiet i mężczyzn, świeckich i duchownych, starszych i młodych oręduje za mną w niebie, przed tronem Pana Boga. Ta rzesza zbawionych, niczym zawodowa armia, robi wszystko, aby nam, tutaj na tym łez padole żyło się lepiej. Dlatego też naszym obowiązkiem jest uczcić ich wszystkich w ten jeden dzień w roku.

   Po drugie. Lubię ten dzień dlatego, że mogę pochylić się nad grobem moich bliskich zmarłych i wdychając cudowną woń parafiny, zadumać się nad przemijaniem, zadumać się nad sensem moje życia. Wpatrując się w palące się znicze i spadające z drzew liście, które są wymownym znakiem, że coś się kończy, że po kilku miesiącach zielenienia się na gałązkach, trzeba opaść- uświadamiam sobie, że i ja kiedyś odejdę z tego świata. Zadaję sobie pytanie- czy ktoś kiedyś stanie nad moim grobem, czy ktoś będzie o mnie pamiętał? Jako osoba wierząca, wiem jednak, że życie nie kończy się na cmentarzu, że wszyscy jesteśmy powołani do świętości, do życia z Bogiem w niebie.

   Po trzecie. Lubię dzień Wszystkich Świętych dlatego, że widząc rzesze ludzi, którzy ustawiają kwiaty, znicze, stroiki w ilościach tak wielkich, że ledwo mieszczą się na nagrobku- dochodzę do wniosku, że Polacy to dziwny naród. Lubimy bowiem przypominać sobie o najbliższych, którzy odeszli, dopiero przy ważnych okazjach- urodzinach, imieninach, rocznicach, czy takich uroczystościach, takich właśnie jak 1 listopada. Spieszymy wtedy na cmentarze, grabimy liście, wstawiamy świeże kwiaty, zapalamy znicze, bo przecież tak wypada, tego wymaga szacunek dla zmarłych. Szkoda, że tylko od święta. Oczywiście oddaje tutaj honor tym, którzy chodzą regularnie na nekropolie, którzy niezależnie od pogody, czy pory roku, idą odwiedzić swoich zmarłych. Dobrze, że jeszcze tacy ludzie istnieją.

   Po czwarte. Lubię ten dzień, bo w nim to właśnie, można zauważyć, jaka jest w danym roku moda na zimowe buty, kurtki, futra, szale, czapki, kapelusze. Na cmentarzach odbywa się wówczas istna rewia mody, komentowana prawie znad każdego grobu.

   Po piąte. Lubię Wszystkich Świętych, bo właśnie w ten dzień, można zobaczyć, kto rzeczywiście przyszedł na cmentarz pomodlić się za zmarłych. Bo od tego cmentarze są, aby składać na grobach zmarłych najlepszą ofiarę, jaką jest nasza modlitwa. Większość bowiem myśli, że im więcej zniczy na grobie, im droższe kwiaty w wazonach, tym lepiej. A guzik z pętelką. Kwiaty zwiędną, znicze zgasną, a nasza modlitwa, czy przyjęta Komunia pomogą zmarłym dostać się do Raju. Dla prostego przykładu. Na cmentarzu w miejscowości, w której mieszkam było dzisiaj prawie 2,5 tysiąca, tak na oko licząc osób. Z tego może raptem do Komunii przystąpiło 500 , też tak na oko licząc. Siła 7 tysięcy palących się zniczy, czy tysięcy złotych zainwestowanych w kwiaty, w spotkaniu z mocą przyjętego sakramentu Eucharystii blednie. Szkoda, że tak mało osób o tym myśli.

   Po szóste. Lubię 1 listopada, ponieważ mogę wówczas zobaczyć, jak ludzie się zachowują, jaką posiadają kulturę osobistą. Trwa Msza Święta, co prawda inna w swojej oprawie, bo odprawiana w warunkach polowych, ale jej istota jest taka sama. Podczas niej przemawia do nas Bóg, poprzez swoje słowo, przychodzi On ze swoim Ciałem i Krwią w Komunii. Jednak wielu ludziom wydaje się, ze są na jakimś pikniku w lesie. Chodzą od grobu do grobu, zapalają w trakcie Eucharystii znicze, witają się ze znajomymi, rozmawiają, śmieją się, używają telefonów komórkowych. Dochodzi nawet do takich sytuacje, że podczas najważniejszej części Mszy Świętej, podczas Przeistoczenia, kiedy chleb zamienia się w Ciało, a wino w Krew- ludzie bezceremonialnie przechadzają się główną arterią cmentarza, tak jakby nigdy nic!!!! (Miałem okazję dzisiaj widzieć taką mrożącą krew w żyłach scenę). Jak można być aż tak nieodpowiedzialnym!!! Jak nie możesz klęknąć- schyl po prostu głowę, zatrzymaj się, oddaj cześć Twojemu Bogu i tym zmarłym, za których sprawowana jest ta Msza. Przecież idąc do teatru nie wchodzisz na scenę, gdy aktorzy grają, idąc do restauracji nie wchodzisz do kuchni, gdzie kucharze przygotowują dla Ciebie obiad!!!!

   Po siódme i ostatnie. Lubię dzień Wszystkich Świętych, dlatego że, mogę wieczorem iść na cmentarz i upajać się widokiem drzew oświetlonych światłem sączącym się z tysięcy zniczy. Mogę podziwiać ten festiwal ogna i parafiny. Jakież do cudowne uczucie.

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie! A światłość wiekuista niechaj im świeci…

PiS czy PiC?

images   Tak więc to, co głoszono już od wielu tygodni, to o czym można było przeczytać niemal w każdej gazecie, czy usłyszeć we wszystkich stacjach telewizyjnych- stało się faktem. Największa, jak do tej pory partia opozycyjna, ta która przez prawie 8 lat przegrywała kolejne wybory, nareszcie dopięła swego. Osiągnęła to, czego nie udało się jeszcze nikomu wcześniej. Prawo i Sprawiedliwość- o czym świadczą wszelkie znaki na niebie i ziemi, a przede wszystkim krzyżyki postawione przy nazwiskach konkretnych osób wywodzących się z tej formacji politycznej, wygrało wybory i będzie rządzić samodzielnie. Dlatego też ogarnięty szałem wyborczym, przesiąknięty informacjami, które bombardują mnie z każdej strony, postanowiłem trochę poblubrzyć o tym, co się wydarzyło dnia 25 października 2015 roku- dnia, który na pewno przejdzie do historii Polski, Europy i świata.

   Pierwszym i zasadniczym pytaniem, które chciałbym sobie dzisiaj postawić, jest to dotyczące przegranej partii rządzącej. Jak to się mogło stać, że niezwyciężona dotąd Platforma Obywatelska oddała palmę pierwszeństwa Prawu i Sprawiedliwości? Myślę, że było to spowodowane głównie jej zgnuśnieniem. Łatwo jest do władzy dojść, trudniej z niej zrezygnować. Przyklejenie do stołka, stanowiska, piastowanego urzędu, nigdy nikomu nie wyszło na zdrowie. Dlatego też popieram inicjatywę pana Petru, który chce wprowadzenia kadencyjności na każdym szczeblu władzy. Tak, jak sprzęty się zużywają i wymienia się je na lepsze modele, tak samo należy robić z politykami. Nowe twarze, świeże spojrzenie, młodość, entuzjazm i kreatywność- to coś co sprawia, że polityka nie jest tylko sztuką, dla sztuki, ale prawdziwym służeniem Ojczyźnie. Kadencyjność sprawiłaby, że z wykazu profesji wypadłby zawód polityk, gdyż każdy radny, burmistrz, prezydent, poseł czy senator musiałby po skończonym okresie urzędowania na nowo powrócić do normalnego życia gospodarczego. Musiałby wejść na brutalny rynek pracy, który by zweryfikował jego kompetencje i przydatność gospodarczą. Wracają jednak do Platformy Obywatelskiej. Jej przegrana była nieunikniona. Konia z rzędem temu, kto w zakładach bukmacherskich postawiłby na jej sukces. Wygranie wyborów po raz trzeci z rzędu, po przeprowadzeniu trudnych i potrzebnych reform- ale społecznie nielubianych-  byłoby fenomenem, zarówno w skali kraju, jak i Europy. Dlatego też nie liczyłem, że obecnie rządzący te wybory wygrają. A może i lepiej, że przeszli do opozycji. Będą mieć czas na to, aby przemyśleć błędy- szczególnie afery, jakie miały miejsce podczas ostatnich 8 lat. Będą mieć czas na zweryfikowanie swojego programu, swoich postulatów. Może wybiorą nowego przewodniczącego? Może poczekają na powrót Tuska na białym koniu. Tego nie wiem. Ich czas przeminął, a historia za kilka lat oceni to, czego dokonali. Uważam jednak, że nie zostawiają Polski w ruinie, że przez te lata nasza Ojczyzna się zmieniła, zmieniła się na lepsze. Platforma zostawia Polskę stabilną gospodarczo, liczącą się na arenie europejskiej i światowej. Polskę, która jest wzorem do naśladowania. Oby nie zostało to zmarnowane.

   Drugie pytanie, które sobie dzisiaj zadaję, dotyczy tego, co w obecnej sytuacji zrobi Prawo i Sprawiedliwość? Otrzymało bardzo duży kredyt zaufania. Obywatele poprzez swoje głosy sprawili, że będą rządzić samodzielnie. Sytuacja bez precedensu w dziejach wolnej Polski. Nie trzeba będzie budować egzotycznych koalicji. Teraz nie będzie już można zrzucić winy na inną partię. Teraz wszystko jest w jednych rękach. Rękach, które trzymają różne sznurki. Wybory do Sejmu i Senatu były początkiem. Teraz nastąpi zmiana również na najwyższych stanowiskach w urzędach państwowych, między innymi w województwach, bo to właśnie premier mianuje wojewodów. W przyszłym roku kończy się także kadencja Prezesa NBP oraz Rady Polityki Pieniężnej, w której skład wchodzi 9 członków, mianowanych po 3, kolejno przez Sejm, Senat i Prezydenta. Zarówno władza wykonawcza, jak i ustawodawcza, jest w rękach PiS-u, tak więc spodziewam się całkowitej wymiany w szeregach RPP. Co to może oznaczać? Oznaczać to, może jedno- że bank centralny straci swoją niezależność, co będzie zjawiskiem bardzo niekorzystnym. Wymianie ulegną władze Telewizji Publicznej i Radia, dyrektorzy spółek Skarbu Państwa. Czystka nie ominie nikogo. Pytanie pojawia się jedno- czy to wpłynie pozytywnie na funkcjonowanie państwa czy wręcz odwrotnie?

   Trzecim pytaniem, które nasuwa mi się po tym, co wydarzyło się wczorajszego wieczoru, jest to dotyczące spełnienia obietnic wyborczych. PiS do władzy doprowadziły dwie rzeczy- zmęczenie Platformą i populistyczne obietnice. Pytanie ile z nich zostanie spełnionych? I pytanie, jakie skutki dla gospodarki one pociągną? Jeśli uda im się przeforsować wszystko, o czym mówili, wszystko, co obiecywali, to zaręczam Wam- Drodzy Czytelnicy, że Polska za 4 lata naprawdę będzie w ruinie. Bo przecież, gdy komuś chcemy coś dać- a tutaj chodzi o najbiedniejszych- trzeba komuś zabrać- czyli zabieramy tym, którzy mają- najbogatszym. A ten, kto dużo ma, łatwo nie odda. I już niedługo rozpocznie się masowe odpływanie kapitału z Polski, masowe wypłacanie depozytów-, gdyż obywatele obawiać się będą nowego od nich podatku. Zagraniczne inwestycje przeniosą się do innych państw, a nasza gospodarka się skurczy. Myślę, że ograniczenie pensji posłów i senatorów, ich dodatków i benefitów, powinno być pierwszą decyzją, która może przyczynić się do pozyskanie chociaż odsetka środków na realizację wyborczych haseł. Ale nie bądźmy czarnowidzami. Dajmy czas nowej władzy- niech się wykaże. Niech udowodni, że prawo i sprawiedliwość, które dumnie nosi w nazwie, nie jest tylko pustym hasłem. Niech pokaże, że będą to rządy PiS-u a nie rządy PICU.

   Podsumowując te dzisiejsze powyborcze wywody, stwierdzam, iż przyszło mi żyć w bardzo ciekawych czasach. Pamiętam bowiem pierwsze rządy PiS-u w latach 2005-2007, pamiętam rządy Platformy. Teraz przyjdzie mi patrzeć na rządy jednej partii- przyjdzie mi patrzeć i oceniać. Myślę, że będą to interesujące lata, o których będą mógł w przyszłość opowiadać swoim wnukom :) .

   Aha! Jeszcze moje preferencje wyborcze. Ja swój głos oddałem na nowy twór na polskiej scenie politycznej- oddałem go na .Nowoczesną pana Ryszarda Petru. Dlaczego to zrobiłem? Po pierwsze dlatego, że łączy nas wykształcenie- oboje jesteśmy ekonomistami. Do drugie- oboje byliśmy zniesmaczeni wojną PO z PiS-em. Po trzecie- oboje chcemy zmiany ordynacji podatkowej, lepszych warunków rozwoju dla przedsiębiorców, dla pracowników, równego traktowania wszystkich zawodów i grup społecznych. Po czwarte- oboje jesteśmy liberalnie nastawieni odnośnie spraw gospodarczych i światopoglądowych- tak Drodzy Czytelnicy- jako osoba wierząca, pragnę aby Kościoła nie mieszać do polityki. Jako osoba wierząca jestem otwarty na wszystkich ludzi- uchodźców, innowierców, osoby homoseksualne. Każdemu należy się szacunek i miłosierdzie. Polska należy do wszystkich, a nie tylko do wybranej grupy. Liczę, że .Nowoczesna z każdym miesiącem będzie zyskiwała poparcie i będzie działała na rzecz rozwoju naszej Ojczyzny. I na tym chyba zakończę :) .

Z dziennika asystenta

images   Każdy z Was- Drodzy Czytelnicy ma marzenia. Jedne większe, drugie mniejsze, te dotyczące teraźniejszości, ale w głównej mierze te, które nakierowane są na przyszłość. Zapewne i w Waszym przypadku- Drodzy Czytelnicy, dochodziło w dzieciństwie, do takich sytuacji, że wyobrażaliście sobie, co będziecie robić w przyszłości. Jaki będzie Wasz zawód? Zastanawialiście się nad tym, czy zostaniecie na przykład fryzjerem, piłkarzem, pielęgniarką, czy może politykiem. I ja także miałem takie marzenia. W mojej wizji przyszłości zawsze powtarzałem, że chciałbym wykonywać jeden z czterech zawodów: lekarza, księdza (wiem, wiem, ksiądz to powołanie :) ), dziennikarza i nauczyciela. Nigdy jednak się nie spodziewałem, że któraś z tych dziecinnych mrzonek zostanie spełniona. A jednak. Jak to mówią- warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia. Życie jest tak nieprzewidywalne, że nieraz jesteśmy przez nie zaskakiwani. I ja niedawno zostałem przez nie zaskoczony.

   Gdy w dniu dzisiejszym przekroczyłem próg Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, wiedziałem, że coś jest nie tak. Wiedziałem, że wchodzę w mury Uniwersytetu w zupełnie innej roli, że teraz wszystko będzie wyglądało inaczej. Pobranie klucza do pokoju uświadomiło mi, jak dużo się zmieniło. Jeszcze niedawno odwiedzałem pokoje wykładowców z drżącymi dłońmi i szybciej bijącym sercem, a teraz okazuje się, że w jednym z nich stoi biurko, przy którym przez najbliższy czas ja będę pracował. Naprawdę dziwne uczucie. Ale jak to mówią- punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :) . Jeszcze niespełna cztery miesiące temu, to ja czekałem aż wykładowca przyjdzie i otworzy salę, i zaprosi nas do środka na zajęcia. Teraz to ja musiałem zaprosić studentów na ćwiczenia ze mną. Musiałem stanąć przed nimi i próbować przekazać im konkretną wiedzę. Gdy tak stałem, dotarło do mnie, że lepiej chyba jest siedzieć po drugiej stronie biurka :)  . Ale z czasem okazało się, że prowadzenie zajęć może także być ciekawe. Tak jak denerwowałem się przed rozpoczęciem ćwiczeń, intensywnie myślałem- jak to będzie, tak w momencie ich trwania, te wszystkie wątpliwości minęły. Stres i zdenerwowanie odeszły i bez większych przeszkód mogłem przekazać słuchającym to, co miałem na dzisiaj przygotowane. Wiem, że w 80% było to związane z osobami, które mnie słuchały- z sympatycznymi studentami 3 roku finansów i rachunkowości. Myślę, że to dzięki ich wyrozumiałości dla moich pierwszych zajęć w nauczycielskiej karierze i otwartości umysłów, te zajęcia przebiegły w miłej dla nich i dla mnie atmosferze. Mam nadzieję, że będzie tak na każdych zajęciach, przez wszystkie lata mojej pracy, jako nauczyciela akademickiego.

   Tego sobie życzę, a może lepiej byłoby powiedzieć, o tym marzę. Bo przecież marzenia są od tego, aby się spełniały :) .