Różaniec do granic

   13-netherlands-and-belgiumW pierwszą sobotę października, która równocześnie była pierwszą sobotą miesiąca i dniem, w którym Kościół czcił Matkę Boską Różańcową, rzesze ludzi udały się na granice naszego kraju, aby otoczyć je murem zbudowanym z paciorków różańca. Oddolna inicjatywa ludzi świeckich spotkała się nie tylko z aprobatą i wielkim uznaniem hierarchów kościelnych, ale przede wszystkim z pozytywnym odzewem wszystkich wiernych, którzy z różnych stron Polski spieszyli na jej krańce, aby modlić się o pokój dla niej i świata całego. Nie chcę jednak dłużej rozwodzić się nad przebiegiem tej akcji. Chcę abyśmy dzisiaj spojrzeli na inne granice. Nie te widoczne na mapie, nie te które wyznaczają długość i szerokość danego kraju, ale na granice, które są w naszym życiu.

   Każdy z nas jest w czymś ograniczony. Każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu się czegoś boi, czegoś lęka, z czymś ma problem. Każdy ma takie miejsca w swojej duszy, których nie chce przekraczać, rejony, w które nie chce się zapuszczać. Są też wśród nas osoby, które stworzyły wokół siebie takie mury i słupy graniczne, że nie jesteśmy w stanie ich przekroczyć. I to do nas wszystkich Jezus kieruje słowa mówiące o tym, że On chce stanąć na granicy naszego serca. Chce stanąć w miejscu, w którym my nigdy nie stanęliśmy. Chce spojrzeć na nas takimi, jakim jesteśmy i powiedzieć, że nie mamy się lękać. On zwyciężył świat. Tylko dzięki zaufaniu Jego słowom możemy robić rzeczy wielkie. Możemy przełamywać będące w nas bariery, przekraczać nieprzekraczalne dotąd granice, szczególnie te związane  z trwaniem w grzechu. Możemy uwalniać się ze zniewalających nas więzów, które ograniczały naszą swobodę. Da się to jednak osiągnąć wówczas, gdy powierzymy wszystko Jemu, gdy to wszystko oddamy w Jego ręce. Jezus nasz zna. On wie, gdzie są nasze granice, on wie, gdzie zbudowaliśmy mur, który stanowi barierę dla Jego miłości. Często nasze życie jest tak pogmatwane, często jest ono przepełnione wieloma zranieniami, upadkami, błędami. To one są poniekąd cegłami, które stanowią elementy budulcowe. Nasz egoizm i chęć robienia wszystkiego po swojemu, stanowią spoiwo, dzięki któremu mur z każdym dniem może stawać się większy. Ale Jezus jest silniejszy od naszych szańców. Jemu wystarczy tylko jedno słowo, aby uzdrowić duszę człowieka. Wystarczy spojrzenie w oczy, aby wszystko się rozpadło. Istotnym jest jednak to, abyśmy chcieli, aby Jezus nas przemieniał. Bez naszego ,,chcę” Bóg nie będzie działał, nie będzie na siłę ingerował w nasze życie, nie będzie wchodził tam, gdzie Go nie zaprosimy. Jest za bardzo delikatny i subtelny. Jednak, gdy z naszej strony pojawi się zawierzenie, że tylko słowo wystarczy, aby dusza była uzdrowiona, wówczas będą dziać się cuda. Uwierzmy! To jest możliwe.

   Dlatego przekraczajmy nasze granice. Burzmy mury, które są wokół nas. Otwierajmy na oścież nasze serca. Nie róbmy tego jednak sami. Zawsze zapraszajmy do tego Jezusa. Bo tylko z nim jesteśmy w stanie przekraczać to co nieprzekraczalne.

Korzyści czy straty?

   19149058_1628436863864658_2517971844425524406_nIleż to razy Drodzy Czytelnicy stawaliśmy przed trudnym wyborem? Ileż to razy zastanawialiśmy się, czy podjęta przez nas decyzja jest tą właściwą? Ileż to razy nie widzieliśmy celu obranej przez siebie drogi? Myślę, że takich sytuacji w naszym życiu było bardzo wiele. Sądzę, że spotkały nas one już kiedyś, ale na pewno więcej z nich jest jeszcze przed nami. I co wtedy robić? Jak się zachować? Jaki zrobić krok, aby wszystko było tak, jak byśmy chcieli?

   A może właśnie jednak, nie zawsze powinno być tak, jak sami sobie to wymarzyliśmy? Może czasami powinno spotkać nas zaskoczenie, inne warunki? Może czasami nasze życie powinno wywrócić się do góry nogami? To co sobie zaplanowaliśmy, to co sobie wcześniej w głowie ułożyliśmy, to do czego tak mozolnie dążyliśmy, całkowicie traci sens. Bo okazuje się, że nasze plany nie były zgodne z tym, co w stosunku do nas zaplanował Pan Bóg. Skończyliśmy wymarzoną szkołę średnią, ukończyliśmy z wyróżnieniem studia, znaleźliśmy dobrze płatną pracę, nasze życie bogate jest w wielorakie atrakcje, aż tu nagle wkracza w nie Bóg, który mówi, że nie tędy droga. Mówi, że zaprasza nas do lepszej przygody. Mówi, że zaprasza na drogę pełną ryzyka, drogę, która będzie niczym kolejka górska, która będzie obfitowała w chwile radosne, szczęśliwe, pełne śmiechu, ale także będzie czasem zwątpienia, samotności, bólu czy opuszczenia. A może tak naprawdę, to my doskonale wiedzieliśmy, co powinniśmy w życiu czynić, ale nie potrafiliśmy znaleźć w sobie odrobiny odwagi? Może próbowaliśmy w sobie tłumić ziarenko bożego planu, może mówiliśmy Bogu, że ma zaczekać, że ma mniej napierać, że przecież my mamy inne zamiary, inne marzenia, że przecież to ja wiem lepiej, co dla mnie dobre. Przykładów takiego zachowania można mnożyć wiele. Czy tak też nie postępował święty Augustyn? Czy on hulaka, rozpustnik, rozrabiaka, tak naprawdę w głębi duszy nie czuł, że to co robi nie jest zgodne z wolą bożą, a  jest tylko jego ucieczką od głosu z góry? A przykład Izraelitów idących do Ziemi Obiecanej. Wiedzieli, że Bóg w stosunku do nich przygotował wielkie rzeczy, że przecież z miłości do nich wywiódł ich z Egiptu. Mimo to wątpili. Mimo to robili wszystko po swojemu. I chyba właśnie dlatego ich wędrówka trwała tak długo. Czasami po prostu potrzeba czasu.

   Przychodzi jednak moment, że mimo, iż układamy sobie życie po swojemu, według własnego scenariusza, dochodzimy do wniosku, że wszystko oczywiście jest OK, jestem spełnionym człowiekiem, z bagażem wszelakich doświadczeń, ale czegoś mi brakuje. Czujemy niedosyt, czujemy pustkę, której własnymi siłami nie potrafiliśmy zapełnić. I wtedy powraca pytanie, czy robię to, czego oczekuje ode mnie Bóg? Pan Bóg jest jednak bardzo cierpliwy i czeka na moment, kiedy się zorientujemy, że to jednak On miał rację. Jest też bardzo czuły i delikatny. Cały czas daje nam podpowiedzi i wskazówki, abyśmy mogli odkryć jego wolę. Pytanie tylko, czy my traktujemy je jako zwykły przypadek, czy potrafimy spojrzeć na to wszystko oczyma wiary.

  Zastanówmy się nad tym dzisiaj i zapytajmy sami siebie, czy na pewno robię w życiu to, czego oczekuje ode mnie Bóg?  Bo czasami Drodzy Czytelnicy trzeba w życiu coś stracić, aby móc zyskać dużo więcej. A więc: ODWAGI!!!

P.S. Jeśli o mnie chodzi, ja już zadałem sobie takie pytanie :)

 

Wiadro i studnia

20246192_1541442315907542_4833704930784849905_n   W przydomowym ogródku stała od wielu lat studnia. Obok niej leżało metalowe wiadro. Wiadro dość już stare, trochę powykrzywiane. Wielokrotnie bywało ono spuszczane w dół studni na zardzewiałym łańcuchu, aby w drodze powrotnej przynieść w sobie zimną i czystą wodę, która najlepiej smakowała  w upalne, letnie dni. Czasami jednak wiadro uderzało o błotniste dno i powracało na powierzchnię puste. Czy i my Drodzy Czytelnicy czasami nie jesteśmy takim wiadrem, które tapla się w błocie? Wiadrem, które chce spełniać swoją funkcję, a nie może? Zastanówmy się dzisiaj nad tym.

   Papież Franciszek wielokrotnie powtarza, że Kościół to szpital polowy, którego głównym zadaniem jest balsamowanie ran a nie ich rozdrapywanie. I w tym właśnie kontekście musimy patrzeć na przywołane na początku wiadro i studnię. Bo czyż nie jesteśmy właśnie wiadrem, którym Bóg chce wydobywać na świat dobro i miłość. Wiadrem, dzięki któremu inni będą mogli Go poczuć i doświadczyć. Co z tego, że wiele razy spadamy na samo dno, gdzie nie ma wody. To co, że czasami taplamy się w błocie, że siedzimy w nim po pas. Przecież miłość Stwórcy jest od tego silniejsza. Wydawać by się mogło, że dno, na którym się znaleźliśmy jest końcem, jest sytuacją bez wyjścia. I tego właśnie chce szatan. Chce abyśmy tak myśleli, abyśmy to błoto traktowali, jak coś normalnego, jako naturalne środowisko życia. Skoro już jestem na tym dnie, skoro z ludzkiego punktu widzenia nie mam szans na zmianę , to przecież muszę w niej trwać. Ale Bóg lubi wkładać ręce w takie błoto i z niego tworzyć piękne rzeczy. Prawda tak trudna do zrozumienia, że aż boli. Błoto to przecież najlepsze środowisko do działania bożego miłosierdzia. Gdy prześledzimy historię wielu świętych Kościoła, to dostrzeżemy, że ich życie właśnie tak wyglądało. Byli po uszy upaprani błotem, tym błotem brudzili także innych i gdy wydawać by się mogło dotknęli  najdalszych czeluści dna, wtedy w ich życie wchodził Bóg. Poprzez grzech, który był ich wolnym wyborem, Bóg wprowadzał w ich życie swoją miłość. Ile razy brzydziliśmy się siebie, ile razy myśleliśmy, że nie ma dla nas ratunku. Przecież zapędziliśmy się tak bardzo w zło, że już dalej nie można.

   A Bóg nam pokazuje, że czasami dno jest jedynym miejscem, dzięki którym On może do nas dotrzeć. I wtedy czujemy Jego wyciągniętą dłoń skierowaną w naszą stronę. Czujemy Jego mocny uścisk, który wyraża tylko jedno: KOCHAM CIĘ. I znowu stajemy się wiadrem, które niestrudzenie po rozwijanym łańcuchu przemieszcza się w głąb studni, aby zaczerpnąć z niej wody, która daje życie- nowe życie. Miejmy zawsze w pamięci słowa papieża Franciszka, który powiedział, że ,,nie ma świętego bez PRZESZŁOŚCI i grzesznika bez PRZYSZŁOŚCI”.

 

Okurzone sandały

pielgrzymi   Każdy z nas codziennie wyrusza w drogę. Z sypialni do łazienki. Z domu do pracy. Z pracy do sklepu. Każdego dnia pokonujemy jakiś dystans, bo musimy załatwić pewne sprawy, musimy wypełnić powierzone nam obowiązki, czy tak po prostu musimy rozprostować kości. Tak na co dzień nie zastanawiamy się, dlaczego przemieszczamy się z punktu A do punktu B. Idziemy i koniec. Dlatego tak ważnym i istotnym jest, aby czasami przed rozpoczęciem drogi stanąć i zastanowić się: dokąd idę, po co idę i przede wszystkim dlaczego idę? Te pytania, wydaje mi się, są nieodłącznym elementem pielgrzymki. Już od 9 lat w pierwszej połowie lipca wyruszam na szlak Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę i sądzę, że gdybym ich sobie nie zadał na początku, w trakcie czy już u celu, uczestnictwo w niej nie miałoby żadnego sensu. Tak więc spróbujmy sobie na nie dzisiaj odpowiedzieć, przy okazji wplatając między wiersze zachętę do podjęcia trudu pielgrzymowania przez Czytelników.

   Często słyszę od swoich koleżanek i kolegów, że marnuję swój urlop na pielgrzymkę, że tracę czas, który mógłbym wykorzystać na odpoczynek nad polskim morzem czy w zagranicznym kurorcie. I tak szczerze mówiąc, muszę przyznać, że moi rozmówcy mają rację. Przecież idąc na pielgrzymkę ja wcale nie odpoczywam. Trudzę się. Przemierzam kilometry w upale, deszczu, wietrze, idąc drogami kamienistymi, piaszczystymi czy po rozgrzanym asfalcie. Opalam się w dziwny sposób, bo do połowy rąk i połowy nóg, przemakam do suchej nitki czy kaleczę sobie nogi. Żadna przyjemność. Prawda. Ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Przecież pielgrzymka, to rekolekcje. To czas pokuty, to przede wszystkim czas odkrywania na nowo Boga. Zapytacie, co w takim razie daje mi radość i chęć, aby dalej iść? Aby poświęcać swój cenny czas na pielgrzymkę. Sprawia to widok mojego brata czy siostry idących obok, idących gorzej ode mnie, gdyż cierpnie wywołane bąblami jest większe od mojego. Widok niepełnosprawnego chłopca, który mimo swoich ograniczeń idzie dzielnie, a gdy się do Ciebie odwraca, obdarza tak serdecznym uśmiechem, że aż głupio nie iść dalej. Czyni to widok matki z dwójką małych dzieci, które mimo, iż ich kroki są trzy razy mniejsze od moich, idą rozpromienione od ucha do ucha. Sprawia to widok tej rzeszy ludzi, którzy idą przed Tobą, za Tobą, ale przede wszystkim obok Ciebie i nie idą gdzieś tam, ale idą w tym samym kierunku, co Ty.

   A co może być takiego wspaniałego w tym przemieszczaniu się z Poznania na Jasną Górę? Pada kolejne pytanie. To nie jest zwykły ruch. To coś więcej. To umiejętność zaparcia się samego siebie. Schowania w kieszeń własnego ego i tworzenia wspólnoty. Pielgrzymka to wielka szkoła pokory i posłuszeństwa. To zdolność wstania z łóżka wcześniej niż zwykle, zjedzenia tego, czego może na co dzień się nie jada lub nawet nie lubi, to zdolność do szybkiej kąpieli czy złożenia głowy na podłodze, bo w domu nocuje wiele osób. Ale przecież w tych ograniczeniach można znaleźć więcej plusów niż minusów. Przecież dzięki tym doświadczeniom można nauczyć się dyscypliny, można zakosztować nowych smaków, można wykształcić w sobie zdolność do lepszej organizacji, a przede wszystkim poznać nowych ludzi. I to jest najpiękniejsze na pielgrzymce. To jest to, na co czeka się przez cały rok.  Ta możliwość skonfrontowania swojego życia, swojej wiary czy swoich problemów z innymi. Coś wspaniałego i jednocześnie tajemniczego. Okazuje się wtedy, że więcej nas łączy niż dzieli. Podczas wspólnych rozmów możemy odczuć, jak wiele zranień, problemów, kłopotów mają inni. Możemy zobaczyć, że nasze, często wydumane i rozdmuchane problemy są niczym w porównaniu z tym, co dzieje się w domu, czy w życiu brata czy siostry idącej obok. Ale przecież na pielgrzymce jest jeszcze entuzjazm. Entuzjazm wiary. Wspólne śpiewy, modlitwy, żarty, rozważania, konferencje, rozmowy, to coś za czym się tęskni, to coś na co się czeka, to coś o czym się marzy. Możliwość wspólnego chwalenia Boga, możliwość pokazywania, jak piękne jest chrześcijaństwo, możliwość demonstrowania miłości do Boga i ludzi, to jest największa radość tych 10 dni.

   Mimo jednak, iż grupa jest różowa, nie zawsze podczas drogi różowo bywa. Przecież każdy z nas jest inny. Zdarzają się drobne kłótnie, spory, wymiany zdań, czasami leją się łzy. Ale duch pielgrzymki jest silniejszy. Potrafimy jakoś szybciej znaleźć wspólny język, potrafimy powiedzieć przepraszam i mimo, iż się z czymś nie zgadzamy, robimy wszystko, aby znaleźć wspólny kompromis. Czasami podana butelka wody jest największym gestem miłosierdzia. Dlatego tak trudno rozstawać się po tych dziesięciu dniach. Tak trudno powstrzymać łzy, bo przecież wraca się do domu. Wraca się do pracy, szkoły. Do swoich codziennych problemów i zmartwień. Po powrocie jakoś trudniej żyć, jakoś inaczej niż na pielgrzymce. Ale żyjąc duchem tego czasu, mając z tyłu głowy te piękne obrazy i czując ten piękny zapach miłości braterskiej, łatwiej jest pokonywać codzienne kłopoty i dawać piękne świadectwo bycia prawdziwym entuzjastycznym chrześcijaninem.

Dokąd idę, po co idę i przede wszystkim dlaczego idę?  Te trzy ważne pytania z początku artykułu. I trzy jakże ważne odpowiedzi.

Dokąd idę?

Idę do Matki. Bo w ramionach Matki czuję się bezpieczny. Bo wiem, że wystarczy tylko krótkie spojrzenie w Jej oczy, aby zobaczyć , jak bardzo Ona mnie kocha. Bo wystarczy tylko jedno spojrzenie, aby zobaczyć, że Ona zawsze wskazuje na Syna, że mamy robić wszystko, co On nam powie.

Po co idę?

Idę, bo chcę przede wszystkim doświadczyć Boga w drugim człowieku. Bo chcę zatrzymać się na chwilę i przemyśleć wszystko, co wydarzyło się w moim życiu przez ostatni rok. Bo chcę doświadczyć entuzjazmu wiary, który jest wpisany w chrześcijaństwo, a o którym na co dzień zapominamy.

Dlaczego idę?

Ostatnie. Chyba najtrudniejsze pytanie. Myślę, że jest na nie tylko jedna właściwa odpowiedź: bo chcę. Bo nie wyobrażam sobie roku bez tych 10 dni. Mimo, iż to tylko 10 dni, to są one więcej warte niż 356 pozostałych. I nie jest to wygórowana opinia. Po prostu, aby mi uwierzyć, trzeba tego doświadczyć. Następna Poznańska Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę już 6 lipca 2018 roku.

Ojcze! Prowdź mnie!

ojciec_obecny   Czerwiec- miesiąc najbardziej ukochany przez uczniów i studentów. To właśnie w nim, po wielu tygodniach ciężkiej pracy, kończą się ich zmagania z nauką i rozpoczyna ukochany odpoczynek. Jest to czas, w którym każdy myśli tylko o nadchodzących wakacjach oraz o leniwie przeżywanym czasie. Nie należy oczywiście zapominać o jeszcze jednym święcie, które jest obchodzone akurat dzisiaj- Dniu Ojca. Dniu, który powinien być w sposób szczególny poświęcony rozmyślaniu i dziękczynieniu za obecność ojca w naszym życiu.

   Bo ojciec, który obok matki jest naszym opiekunem i pedagogiem, jest tak naprawdę dla swego syna czy córki widocznym obrazem Boga. Może to, co piszę wydawać się nazbyt odważne, ale uważam, że to, jak postrzegamy ojca rzutuje na to, jaki mamy stosunek do Boga. Idąc tą drogą należy stwierdzić, że ojciec dający swoim dzieciom zły przykład przyczynia się poniekąd do zniekształcenia wyglądu Boga oraz traktowania i oceniania Go przez pryzmat miłości ojcowskiej. Często szorstkiej, pozbawionej uczuć i emocji. Bo przecież dorosłemu facetowi nie wypada całować dzieci przy kolegach, nie godzi się siadać z nimi na dywanie i wspólnie bawić się w wymyśloną kawiarnię dla lalek, bo to takie niemęskie. Nie uchodzi pokazywać, że się płacze, że nie ma się na coś sił, bo przecież ojcowie to tytani, którzy zawsze są gotowi sprostać wszystkiemu. Za to wizja ojca karzącego, który bardziej niż matka jest w stanie ukarać dziecko klapsem, ojca, który wracając z pracy do domu siada zmęczony przed telewizorem i staje się panem i władcą tego wszystkiego, co wokół niego, jest dla nas łatwiejsza do przyjęcia i zaakceptowania. Ale czy tak musi być? Czy musimy powielać schematy, utarte konwenanse? Czy nie możemy czasami zrobić czegoś na przekór? Myślę, że dzieci oczekują od ojców bycia po prostu sobą. Ojcem, który potrafi pocałować mamę w policzek lub czoło, ojcem, który przynosi jej często kwiaty, ojcem, który potrafi zarówno położyć się na podłodze ze swoją córką, aby ta opowiedziała mu o swoich problemach, jak i ojcem, który nauczy młodego chłopaka skręcać motor, czy łowić ryby. Ojca, który skarci w sposób mądry, uczący dyscypliny i poszanowania bliźniego. Ojca, który będzie przyjacielem, powiernikiem trudnych spraw. W końcu ojcem, który zrozumie, że jego dziecko nie zawsze musi być takie, jak on sobie wymarzył, że zaakceptuje wszystkie jego decyzje, że w tym wszystkim będzie je wspierał, dlatego i tylko dlatego, że je po prostu kocha. Gdy tak będzie dziecko, przeniesie to na grunt transcendentny, gdzie Ojciec, który jest w niebie będzie lustrzanym odbiciem tego widzianego.

Dlatego też ojcowie- a mam nadzieję, że czytają to także mężczyźni- bądźcie wyrozumiali dla Waszych dzieci. Starajcie się je każdego dnia obdarzać wielką czułością, serdecznością i miłością. Uczcie tego, co najlepsze i najdoskonalsze. Pokazujcie im swoim życiem Boga. Róbcie wszystko, aby kiedyś usłyszeć, że byliście najlepszymi ojcami na świecie.

Ja z tego miejsce życzę swojemu tacie Tadeuszowi oraz wszystkim ojcom, aby każdego dnia swojego życia byli dla dzieci widocznym znakiem miłości Boga.

O Tej, która jest najbliżej

bycie-mama   Pierwsze Komunie Święte, święcenia diakonatu i prezbiteratu, matury, oświadczyny czy randki spędzane na spacerach pomiędzy kwitnącymi kasztami. To wydarzenia, które są charakterystyczne dla obecnego miesiąca. Maj, jak zwykło się mówić jest najpiękniejszym czasem w roku. Co do tego nie ma wątpliwości. Ja osobiście bardzo lubię, gdy będąc w kościele na nabożeństwie majowym czuje zapach dopiero co skoszonej trawy, rozwijających się liści czy słyszę piękny śpiew ptaków, który łączy się ze śpiewem Litanii Loretańskiej, w której oddajemy cześć naszej Matce. I w tym także miesiącu przeżywamy święto zwane potocznie Dniem Matki. Zastanówmy się proszę dzisiaj nad rolą matki w naszym życiu.

   Matka jest z nami od początku. To ona stanowi swoisty inkubator, w którym się rozwijamy. To ona dzieli z nami swoje ciało przez dziewięć miesięcy, aby później w bólach porodu wydać na świat owoc swojego łona. To ona, nie ojciec, pierwsza widzi dziecko, to ona pierwsza je dotyka i całuje, wtedy gdy jest ono jeszcze bezbronne i słabe. To ona je karmi i pielęgnuje. Matka pierwsza słyszy płacz dziecka w nocy, to ona wie, że trzeba mu podać herbatę, która zmniejszy ból związany z kolką. Matka pierwsza całuje skaleczone kolano i bandażuje chorą rękę. To ona idzie z dzieckiem do szkoły. To ona mówi mu co jest dobre, a co złe. Zazwyczaj to ona jest tą, która uczy składać dłonie do modlitwy i tą, z którą wspólnie odmawia się pierwsze pacierze. Matka jest z nami zawsze, nawet wówczas, gdy wydaje nam się, że jesteśmy na tyle samodzielni, że nie potrzebujemy jej pomocy. Matka nie zaśnie do póki jej syn nie wróci z nocnej imprezy. Matka nie będzie spokojna, do czasu, gdy jej córka nie zadzwoni, że wraz z chłopakiem dotarła do miejsca, w którym wspólnie będą spędzać wakacje. To właśnie matka będzie najbardziej przeżywać, gdy jej dziecko opuści dom i założy rodzinę lub zostanie księdzem, czy siostrą zakonną. Mimo, iż będzie zewnętrznie się z tym godzić, bo wie, że taka jest kolej rzeczy, to w głębi serca będzie czuła wielką tęsknotę za ,,ciałem ze swego ciała”, które opuszcza dom rodzinny. Matka, to w końcu osoba, którą pocałujemy z czułością w czoło, gdy na łożu śmierci będziemy jej dziękować za miłość.

   I mimo, iż w wielu kwestiach się z nią nie zgadzamy, mimo iż wiele razy się z nią kłócimy i okazujemy swoją dezaprobatę. Mimo, iż często przez wiele lat z nią nie rozmawiamy lub traktujemy ją tak, jakby jej w ogóle nie było, bo jest osobą mającą problem z alkoholem lub kimś, kto wyrządził nam wielką krzywdę, to tak naprawdę mamy wielkie pragnienie, aby w tym dniu powiedzieć jej: KOCHAM CIĘ, DZIĘKUJĘ CI, PRZEPRASZAM ZA WSZYSTKO. Obyśmy nigdy o tym nie zapominali, obyśmy nigdy nie marnowali szansy na podziękowanie naszej mamie, za to wszystko, co dla nas robiła, robi i robić będzie. Przychodzi mi na myśl jeden piękny obraz, który kiedyś widziałem w Internecie. Oto dziecko idzie drogą w za dużych butach, które mu się nie podobają. Jest złe na tę sytuację. A obok idzie jego bosa matka. Ona oddała wszystko, co miała, aby jej dziecko miało lepiej niż ona. Bo właśnie na tym polega miłość.

   Z tego miejsca wszystkim mamom, a szczególnie mojej mamie- Czesławie, życzę aby każdego dnia pamiętały, że ich dzieci bardzo je kochają i są wdzięczne za to, co one dla nich robią, mimo iż wielokrotnie nie potrafią tego okazać.

W zdrowym ciele, zdrowa dusza?

   Marathon, black silhouettes of runners on the sunsetPawłowe blubry dotyczą wielu spraw. Od polityki, przez naukę, wspomnienia odwiedzonych miejsc, po tematy dotyczące wiary. I dzisiejszy wpis będzie dotyczył własnie spraw związanych z religią. Niezainteresowanych odsyłam do kubka mrożonej kawy na balkonie a zaciekawionych do lektury i komentarzy.

   Nie sposób w dzisiejszym świecie zauważyć wielkiego kultu ciała. Większość z nas na początku każdego roku, a jeszcze częściej przed okresem wakacyjnym, postanawia sobie, coś zrobić ze swoim ciałem. Zaczynamy chodzić na siłownię, biegamy, pływamy w basenie czy jeździmy na rowerze. Wszystko po to, aby w okresie letnim, kiedy to jesteśmy bardziej skłonni odsłaniać więcej partii ciała, móc pokazać innym naszą muskulaturę. Pisząc te słowa w żaden sposób nie chcę wyrażać opinii, że jest to złe, bo nie jest. Bardzo często sport jest najlepszą ucieczką przed grzechem. Gdy nasze ciało zajęte jest spalaniem kalorii, kolejnym przebiegniętym kilometrem, czy podniesiony ciężarem, jesteśmy mniej skłonni myśleć lub czynić coś, co jest przeciw Bogu. Ale zastanówmy się dzisiaj przy tej okazji, czy przy tej samej intensywności dbania o swoje ciało dbamy także o swoją duszę?

   Ile czasu zajmuje nam poranna toaleta? Ile czasu wykonujemy makijaż? Jak długo jesteśmy na siłowni, basenie czy w klubie fitness? Czy oby przypadkiem nie tracimy zbyt wiele czasu na to, co tak naprawdę jest mało istotne. A teraz zapytajmy się, ile czasu przede Mszą Świętą pojawiam się w kościele, aby się do niej przygotować? Ile czasu poświęcam na modlitwę po przyjęciu Ciała Pana Jezusa? Ile czasu na dziękczynienie? Czy potrafię oprócz wymaganej przez Kościół niedzielnej Eucharystii poświęcić w tygodniu czas na modlitwę, nabożeństwo, różaniec, pacierze? Czy potrafię proporcje ciała zbilansować z proporcjami duszy? Wiem, że pytania te są bardzo trudne, wiem, że czujemy się zawstydzeni, gdy je sobie musimy zadać, ale musimy przede wszystkim pamiętać, że nasza religia, to nie pluszowy Bóg, do którego przytulamy się tylko wtedy, gdy jest nam smutno lub gdy jesteśmy sami. Musimy pamiętać o tym, że on nas kocha od zawsze na zawsze. A skoro On nas ukochał, to nie pozostaje nic innego, jak robić to samo. A przecież najlepszą z możliwości okazania miłości jest czas poświęcony drugiej osobie. Bóg nie wymaga od nas heroicznych czynów, nie wymaga od nas godzin pochwalnych hymnów, nie wymaga leżenia krzyżem. On żąda odrobiny miłości, odrobiny czasu Mu poświęconego. Chyba nas na to stać?

   Jaki pożytek osiągniemy, gdy przyjdziemy do kościoła w najpiękniejszym garniturze czy sukience? Jaki pożytek osiągniemy, gdy będziemy mieć najlepszy makijaż, czy pod linijkę ułożone włosy, gdy pod tym wszystkim będzie się kryła gnijąca dusza? Gdy mimo tego wszystkiego, nie będziemy mogli zjednoczyć się z Chrystusem z Eucharystii. Pamiętaj, że dla Boga liczy się Twoje wnętrze, Twoja dusza. On tak Cię kocha, że będzie o nią walczył, zawsze. Ciało umiera i staje się pożywką dla ziemi, dusza żyje wiecznie. Dbaj o nią, a wówczas w pełni odkryjesz znaczenie słów, że gdy duch zdrowy, to i ciało zdrowe.

Nie ma Go tu! Wstał!

zmartwychwstał-1030x579   Gdy szły, podobno jeszcze było ciemno. Były przerażone. Przecież zabili człowieka, który był im tak drogi, który na każdym kroku pokazywał, jak bardzo je kocha. Zabili Przyjaciela i Mistrza. Z Jego śmiercią skończyło się wszystko, co stanowiło sens istnienia.  Przecież idąc za Nim czuły się dobrze. Łzy spływały po policzkach. Wszędzie czuć było zapach wonności, którymi miały Go namaścić. W głowach tkwiła tylko jedna myśl: kto nam odsunie kamień? Ale kamienia u grobu już nie  było. Leżał obok, tak iż wejście do środka było możliwe. Weszły i przeraziły się. Nie ma Go tu. Zabrali Jego ciało i nie wiadomo, gdzie złożyli. Nawet po śmierci nie okazano Mu szacunku. Na cóż nasze starania, na cóż nasz trud. I wystarczyło jedno słowo. Wystarczyło wypowiedziane imię i wszystko się zmieniało. On jest! On Żyje! On zmartwychwstał! Nie lękajcie się! Idźcie i powiedzcie, że żyję, że to nie koniec.

   Wszyscy doskonale znamy tę historię zaczerpniętą z Ewangelii. Wiemy, że jest ona początkiem czegoś nowego, że jest początkiem rodzącego się Kościoła. Od Zmartwychwstania wszystko się zaczyna. Chciałbym abyśmy dzisiaj nie zatrzymywali się na Zmartwychwstaniu. Chciałbym abyśmy popatrzyli na kobiety idące do grobu oraz na kamień. Spróbujmy w tym wszystkim odnaleźć siebie.

   Czy też w naszym życiu nie ma takich chwil, kiedy wydaje nam się, że wszystko się skończyło? Czy nie przeżywmy momentów, w których zdajemy sobie sprawę, że odeszło od nas coś lub ktoś, co było dla nas ważne, co dawało nam siły, co sprawiało, że się chciało? Czy i wtedy nie jesteśmy, jak te kobiety idące do grobu, które były pogrążone w smutku po śmierci Jezusa? Czy i w nas nie ma wątpliwości o kolejne dni, o to, jak będzie wyglądać przyszłość? Czy i w nas nie rodzą się wątpliwości, czy znajdziemy w sobie tyle sił, aby odsunąć kamień? Kamień zniechęcenia, kamień smutku, kamień nowych możliwości, kamień szans, kamień lepszego jutra? I często, mimo iż nie dostrzegamy tego, ten kamień już jest odsunięty. A w środku czeka na nas zaproszenie do odważnego pójścia dalej, do nie lękania się zmian, do życia takim życiem, do którego wzywa nas Bóg. Do usłyszenia głosu zmartwychwstałego Jezusa, który mówi: nie bój się! Przecież gdyby nie było grobu, gdyby nie było męki i śmierci, nie byłoby też poranka zmartwychwstania. Musiało to wszystko przyjść. I w naszym życiu często dzieją się sytuacje, które są dla nas trudne, które sprawiają, że tracimy sens istnienia. Sytuacje, w których pytamy Boga: dlaczego mi to robisz? Jaki jest cel tych wydarzeń? Wydaje nam się, że wszystko jest przeciwko nam, że nic już nie może dobrego się wydarzyć, że to już koniec. Ale tak nie jest. Bóg zawsze jest ponad to wszystko. Bóg zawsze jest tym, który ma moc odsunięcia kamienia, który powie: zobacz, nie ma go tu. Już nie ma Twojego problemu, pokonałem go. Idź jak te kobiety i głoś światu radość. Idź i głoś, jak bardzo Cię kocham, jak bardzo pragnę Twojego szczęścia. Idź i krzycz: NIE MA GO TU!

   Kobiety w poranek zmartwychwstania przeszły drogę przemiany. Ich smutek, zwątpienie i lęk przerodził się w radość, pokój i nadzieję. Oby i w nas doszło do takiej przemiany. Oby i nasz kamień został odsunięty. Oby i nas dotknęło piękno pustego grobu.

   A tymczasem życzę Czytelnikom, aby tegoroczna Wielkanoc stała się czasem do okrycia sensu naszego życiowego kamienia i próbą jego odsunięcia, aby w pełni zobaczyć i doświadczyć mocy Zmartwychwstałego.

Wyjdź!

psalm37   Już niewiele czasu zostało nam w tym tegorocznym Wielkim Poście. Jeszcze tylko kilkanaście dni i wejdziemy w najpiękniejszy czas w roku- w Wielki Tydzień, w którym to każdy dzień jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Jednak zanim się to stanie, chciałbym abyśmy powrócili do tego, co już było.

   Chciałbym abyśmy powrócili, do Słowa Bożego, jakie usłyszeliśmy w II niedzielę Wielkiego Postu. Wtedy to został odczytany fragment z Księgi Rodzaju, w którym Bóg mówi do Abrama ,,wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który Ci ukażę”. To krótkie zdanie zawiera w sobie treść, która sprawia, że nie możemy przejść obok niej obojętnie. Abram, późniejszy Abraham nie pozostał głuchy na wezwanie Pana Boga. Zostawił wszystko i poszedł. Zaryzykował i dzięki temu dał początek Narodowi Wybranemu, z którego później wyszedł Mesjasz- Jezus. TAK wypowiedziane przez Abrama było początkiem. A ile razy my mówimy Bogu TAK? Ile razy jesteśmy w stanie dla Niego zaryzykować wszystko?

   Czasy, w których przyszło nam żyć nie należą do łatwych. Mimo, iż mamy praktycznie wszystko, to tak naprawdę nie mamy nic. Pieniądze, sukces, sława, to rzeczy, o które dzisiaj walczy się w wielkich korporacjach, to rzeczy, o których marzy młody człowiek. Ale czy tak naprawdę one są sensem życia? A jeśli Bóg wymaga od nas czegoś innego? Czegoś, co w oczach świata jest nieciekawe, czegoś, co wydaje się głupie, czegoś co sprawi, że nasze życie zmieni się diametralnie? Przecież Abram miał gdzie mieszkać, miał swoje określone zajęcia, żył spokojnie w swojej miejscowości. A mimo to zaryzykował. Pozostawił to wszystko i poszedł. Nie wiedząc tak naprawdę, gdzie idzie. Nie znał celu swojej wędrówki. Po prostu rzucił się w przepaść, licząc na to, że Bóg go złapie. I tak też było. Jakże nam brakuje takiego zaufania. Kurczowo trzymamy się tego, w czym obecnie żyjemy. Przecież jest nam wygodnie, ciepło, mamy wszystko, co jest potrzebne. Po co to zmieniać? Nie mamy bowiem pewności, czy nie popełnimy błędu, czy nie odwrócą się o nas koledzy i koleżanki, czy to nie sprawi, że będzie trudniej? Oczywiście może tak być, ale jeśli Bóg ma taki plan, to znaczy, że chce dla nas szczęścia. My musimy tylko zaufać i mimo swoich obaw i lęków powiedzieć Mu TAK. Ile razy w tym Wielkim Poście zrobiliśmy coś, co było przeciwko nam, co wymagało od nas wysiłku i odrzucenia własnych pragnień i potrzeb? Czy potrafiliśmy wtedy powiedzieć: a może Bóg tego chce? A może Bóg chce przez to mi coś powiedzieć? Musimy pamiętać, że nic nie dzieje się przypadkiem. Bóg zazwyczaj działa bardzo delikatnie i intymnie. My musimy tylko to dostrzec. Spróbujmy to zrobić. Zaufajmy.

   Wykorzystajmy jeszcze te kilka dni Wielkiego Postu na refleksję nad naszym zaufaniem Bogu. Nad mówieniem Mu częściej TAK. Oby w Wielkanocy poranek zmartwychwstały Chrystus usłyszał tylko jedno, jedyne zdanie: oto ja, poślij mnie bym czynił Twoją wolę.

Znachor pilnie potrzebny

1465727292_nvkjyf_600   Żyjemy w czasach, w których medycyna stoi na bardzo wysokim poziomie. Lekarze na całym świecie dokonują bardzo skomplikowanych operacji, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były w sferze nierealnych mrzonek, a teraz są wykonywane bez większego problemu. Potęga ludzkiego umysłu jest naprawdę wielka. Jednak ja dzisiaj nie chcę poświęcać mnogości zdań peanom na cześć dziedziny wiedzy, której w mitologii greckiej patronuje Eskulap, ale chciałbym trochę poblubrzyć o praktykach znachorski. A mianowicie o jedynym znanym mi znachorze nazwiskiem Kosiba.

   Antoni Kosiba a raczej należałoby rzecz profesor Rafał Wilczur jest bohaterem dwóch książek Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Książek, które skradły moje serce, i które wywarły duży wpływ na moje życie. Zarówno ,,Znachor”, jak i ,,Profesor Wilczur” są powieściami ponadczasowymi, które niosą w sobie bardzo ważne przesłanie dla ludzi każdej epoki i każdego stanu. Pokazują różnych bohaterów, problemy, z którymi się spotykają i wybory, których dokonują. Zarówno te szlachetne, jak i te nie licujące z człowieczeństwem. Mimo, iż opisane przez autora wydarzenia dzieją się niemal 100 lat temu, nic od tamtej pory nie zmieniło się w ludziach. Nadal na świecie istnieją tacy, którzy potrafią być szlachetni, którzy przedkładają dobro innych ponad swoje, którzy wybaczają wyrządzone im krzywdy, dla których nie liczy się zamożność portfela, ale osoba ludzka, którzy potrafią dostrzec piękno i dobro, w tych, których wszyscy odrzucili, którzy potrafią wyświadczać bliźnim dobro nie oczekując żadnej zapłaty. Do takich właśnie osób należy tytułowy Znachor- Antoni Kosiba. Jego życie i czyny pokazują, że można być dobrym, nawet wtedy, gdy wydawać by się mogło, że nie jest to wskazane, że życzliwy uśmiech prostego chłopa, któremu uratowało się życie jest po stokroć więcej wart niż tysiące płacone przez zamożnych pacjentów lecznicy. Pokazują, że czasami trzeba wszystko stracić, aby zobaczyć, co tak naprawdę w życiu się liczy, że nie zawsze sukces, sława i pieniądze są najlepszym lekarstwem na problemy. Profesor Wilczur jest przykładem wyjątkowego człowieka, wręcz ideału, do którego każdemu z nas jest daleko, ale do którego każdy z nas powinien dążyć. Myślę, że więcej w nas jest profesorów Dobranieckich, doktorów Pawlickich czy państwa Czyńskich, którzy próbują pokazać, że to oni są pępkiem świata, a którzy nie potrafią dostrzec, że drugi człowiek, to nie przedmiot, ale podmiot. Ja osobiście jestem zakochany zarówno w obu powieściach, jak i ekranizacji ,,Znachora” w reżyserii Jerzego Hoffmana, którą zawsze oglądam, gdy jest wyświetlana w telewizji. Mimo, iż prawie cały film znam na pamięć, to zawsze z dziecięca ciekawością po raz kolejny siadam i upajam się światem, w którym żyje Antoni Kosiba, który jak sam powtarza ,,nie pomaga biednym ani bogatym, ale pomaga ludziom”. I tego sobie i Wam- Drodzy Czytelnicy życzę, abyśmy zawsze w życiu dokonywali takich znachorskich wyborów.

P.S. Wszystkim, którzy jeszcze nie czytali a tym bardziej nie wiedzieli ,,Znachora” gorąco polecam nadrobienie. Zobaczycie, że warto poświecić ten czas na poznanie przygód Antoniego Kosiby albo jak kto woli profesora Rafała Wilczura.

Dzieckiem być

Sing-bajka-animowana-dla-dzieci-o-śpiewających-zwierzętach-Recenzja-filmu-piosenki-opis   Ostatnio pewna osoba zarzuciła mi, że jestem dziecinny. Zapewne zastanawiacie się, czy mnie to zasmuciło? Mam przecież 26 lat i już prawie od 8 lat zgodnie z literą prawa jestem osobą dorosłą. Tak więc pragnę wszystkim Czytelnikom zakomunikować, że NIE. Nie zasmuciło mnie to, że ktoś powiedział, że jestem dziecinny. Ja pragnę być dzieckiem nawet wtedy, kiedy będę już sędziwym starcem, Dlaczego? Bo dzieci zupełnie inaczej patrzą na świat. Zupełnie inaczej rozwiązują powstałe problemy. Są bardziej ufne i prawdomówne. I przede wszystkim kochają bajki. A ja jestem wielkim fanem bajek. Właśnie bajka, którą obejrzałem dzisiaj w kinie zainspirowała mnie do tych dywagacji.

   Sing- bo o nim mowa urzekł mnie wszystkim. Fabułą, efektami, piosenkami. Ale przede wszystkim postaciami. Bo w każdym z bohaterów, w każdej z pokazanych historii mogłem odkryć siebie. Każda z postaci miała swój problem, z którym musiała się zmierzyć, z którym musiała stanąć w konkury. Była tam świnka- matka ponad dwudziestki prosiaków, która zdecydowała się tak zorganizować prowadzony przez siebie dom, aby móc brać udział w próbach. Zrobiła to tak perfekcyjnie, że nikt nie zauważył, że znika na długie godziny. Była bardzo pewna siebie mysz, która nie widziała nic, poza czubkiem swojego nosa, która uważała, że to ona jest najważniejsza, która traktowała innych z wysoka. Ta mysz w końcu zrozumiała, że pozodtałe zwierzęta też mają talenty, że trzeba im po prostu dać szansę, że nie każdy może być przebojowy, że nie można nikogo z góry stawiać na straconej pozycji. Każdemu trzeba dać możliwość wykazania się. Był goryl- członek rodzinnego gangu, który zamiast rabować wolał śpiewać. Jednak dla ojca to się nie liczyło. On chciał, żeby jego syn był taki jak on. Gdy okazuje się, że on chce być inny, że postanawia postawić się, dowiaduje się, że już nie może nazywać się jego synem, że ojciec się go wypiera. To jednak nie powstrzymuje go przed realizacją marzeń. W końcu ojciec zrozumie, że nie wolno podcinać skrzydeł, że trzeba godzić się na bunt. Jest też rockowa przedstawicielka gatunku zwanego jeżozwierzem, która pomimo trudnych decyzji, jakie musi podjąć, nie poddaje się. Postanawia mimo wszystko zawalczyć o siebie. I oczywiście jest nieśmiała słonica, która najbardziej mnie urzekła. Wie, że posiada talent, że może zawojować świat, jednak mimo tego stoi z boku, robi inne rzeczy, które nie dają jej satysfakcji. Jednak dzięki głównemu bohaterowi- Busterowi Moonowi- sympatycznemu misiowi koala, który sam ma wielkie kłopoty, ona jaķ i reszta postaci odkrywają, że są coś warci. Odnajdują w sobie energię do tego, aby zmienić swoje życie. Napełniają się nadzieją, że tylko realizacja marzeń może dać prawdziwe szczęście. Dowiadują się, że czasami trzeba dosięgnąć dna, aby się od niego odbić, że warto czasami postawić na swoim, aby poczuć się spełnionym. Bajka ta uświadamia nam wiele prawd, o których na co dzień zapominamy. Myślę, że każdy, kto ją obejrzy będzie nią zauroczony, że będzie mógł w jakiejś postaci odnaleźć swoją historię, że tak po prostu poczuje się lepiej.

   Nic już więcej nie piszę, co by nie spolerować. Po prostu polecam. Mam nadzieję, że tak jak ja, zakochacie się w tej historii, szczególnie w sekretarce jaszczurce, która oprócz tego, że ma chyba ze sto dwadzieścia lat, posiada przezabawne, ciągle wypadające sztuczne oko. Tak więc: Do kina!

Od Wschodu przybyli…

      Christian Christmas Nativity SceneNa nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda. Gwiazda, która świeciła inaczej niż wszystkie. Była wyjątkowa. W starych zapiskach gromadzonych przez mędrców było napisane, że takie zjawisko ma zapowiadać narodziny nowego króla. Króla, który będzie panem nieba i ziemi.

   Tak więc ze Wschodu, Zachodu, Północy i Południa ruszyli władcy poszczególnych krain, aby za przewodem gwiazdy iść na spotkanie nowonarodzonego. Było ich dziesięciu. Każdy z innego państwa, każdy z innym bagażem doświadczeń, każdy idący z innym pragnieniem- jeden z czystej ciekawości, drugi z chęci zawarcia interesu, kolejny chcący ożenić swoją córkę królem, który się narodził. Szli nie wiedząc gdzie. Prowadziła ich gwiazda. Droga była długa i męcząca. Prowadziła przez niebezpieczne tereny. Podróżnicy musieli uważać na drapieżne zwierzęta i grasujących rabusiów. Po kilkunastu dniach wędrówki trzech z nich postanowiło zrezygnować i zawrócić. Stwierdzili, że skoro do tej pory nie doszli do miejsca, w którym urodził się nowy król, nie warto kontynuować podróży, bo jej koszty będą większe niż spodziewane efekty. Powrócili do swoich państw i już nigdy nie dowidzieli się kim było dziecko, które narodziło się w Betlejem. Jeden z podróżujących podczas drogi przechodził przez inne królestwo. W państwie tym pełno było drzew owocowych, sadzawek i pięknych kobiet. Zmęczony długą wędrówką monarcha zatrzymał się tam na kilka dni. Pobyt jednak przedłużył się na tyle, że po dwóch tygodniach odpoczynku stwierdził, że nie idzie w dalszą drogę. Został w tymże mieście i tam ożenił się z córką sułtana. Kolejnemu pielgrzymującemu podczas drogi zaginął wielbłąd. Niedokładnie przywiązał go wieczorem do drzewa, a gdy rano obudził się już go nie było. Nie wiedząc, jak długa podróż go jeszcze czeka, postanowił zawrócić, gdyż droga do domu była pewniejsza, niż ta w nieznane.

   A gwiazda cały czas świeciła pięknym blaskiem.

   Kolejny z monarchów przez całą drogę narzekał, że jest mu niewygodnie, że noce są zimne, że jedzenie, które podczas podróży spożywa jest niesmaczne, że w jego pałacu na pewno płonie w kominku ogień a w kuchni przygotowywana jest pyszna strawa. Nie chcąc narażać się na dalsze komplikacje powrócił do swojego królestwa. Innego natomiast spotkało straszne nieszczęście. Zapomniał, że jego drogowskazem jest gwiazda i zamiast spoglądać w niebo, on cały czas patrzył w mapy, które to zaprowadziły go do ciemnego lasu, w którym roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Jedno z nich niestety zjadło wędrowca i słuch po nim zaginął.

   Na szczęście pośród wędrowców było też trzech, którzy nie zbaczali z drogi, bo szli za przewodem gwiazdy. Byli oni bardzo zdeterminowani, gdyż chcieli zobaczyć nowonarodzonego króla. Ich przodkowie oczekiwali pojawienia się gwiazdy, a to właśnie im dane było żyć w czasach, kiedy ona się objawiła. Kacper, Melchior i Baltazar- bo tak mieli na imię najwytrwalsi królowie, po wielu dniach wędrówki w końcu doszli do miejsca wskazywanego przez gwiazdę. Dotarli do Betlejem i tam pokłonili się nowonarodzonemu dzieciątku- Jezusowi. Przynieśli ze sobą także wspaniałe dary- mirrę, złoto i kadzidło. Ich trud został wynagrodzony. Dowiedzieli się bowiem, że ten, do którego zmierzali jest Synem Bożym, który ma zbawić świat. Pełni radości serca powrócili do swoich królestw i tam opowiadali o wszystkim, czego byli świadkami.

   A my Drodzy Czytelnicy jesteśmy jak Trzej Królowie, którzy dotarli do betlejemskiej szopki, czy może raczej więcej w nas jest tych, którzy zrezygnowali? Czy wygrywa w nas zniechęcenie? Czy łatwo się poddajemy? Czy wolimy wygodne życie? Czy potrafimy przezwyciężać nasze niepowodzenia? Czy jesteśmy leniwi i wygodni? Czy ciągle narzekamy i nie widzimy sensu dalszego życia? Życzę każdemu z Was, abyście nigdy nie rezygnowali z podążania za gwiazdą, abyście każdego dnia na nowo odrywali piękno życia i piękno miłości- bożej i ludzkiej.

W kuchni czuć już zapach lasu.

Jakoś mniej też jest hałasu.

Karp z uśmiechem w wannie pływa.

Aktu łaski się spodziewa.

Uszka w barszczu nasłuchują,

czy je dzisiaj ugotują.

Kluski z makiem się witają,

i grzybową pozdrawiają.

A kapusta, ta z grzybami

plotkuje swawolnie ze śledziami.

I tylko Maryja taka zmartwiona.

Stoi z Józefem zasmucona.

Bo nie wie czy znajdzie miejsce dla Dzieciątka?

Tego jeszcze pacholątka.

Gdzie Go złoży Panna Święta?

Czy na świecie znajdzie dom?

Jemu niepotrzebny tron.

Starczy miłości odrobina.

Tylko tego od nas  wymaga dziś  boża Dziecina.

Obyśmy nigdy nie zatracili prawdziwej istoty

Świąt Bożego Narodzenia.

Pusty talerz

   nakrycieJuż za kilkanaście dni Drodzy Czytelnicy, zasiądziemy wspólnie z naszą rodziną, krewnymi czy przyjaciółmi do wigilijnego stołu. Będziemy składać sobie świąteczne życzenia, łamiąc się przy tym naszym polskim opłatkiem. Będziemy spożywać 12 postnych potraw, zgodnie z naszą polską tradycją. Później nasz wielkopolski Gwiazdor przyniesie grzecznym i tym mniej grzecznym dzieciom oraz dorosłym prezenty. Następnie przez kolejne dni będziemy odwiedzać naszych bliskich, śpiewać nasze polskie kolędy i z utęsknieniem czekać na przyjście Nowego Roku. Wszystko pięknie i ładnie, bo w atmosferze długo oczekiwanego Bożego Narodzenia. Ja jednak chciałbym, abyśmy pochylili się nad inną naszą polską tradycją, o której nie wspomniałem wcześniej. Chciałbym abyśmy pomyśleli nad pustym talerzem przy wigilijnym stole. Czy jest on tylko dla nas symbolem, który musi się na nim znaleźć, czy stanowi może dla nas większą wartość?

   Podobno Polacy to gościnny naród. I to prawda. Pokazały to przecież Światowe Dni Młodzieży. Wówczas każdy dom otworzył na oścież drzwi, aby przyjąć młodzież z różnych zakątków świata. Dla nikogo nie było problemem, aby odstąpić na kilka dni łóżko Azjacie, Indianinowi czy czarnoskóremu mieszkańcowi Afryki. Było to łatwiejsze, być może ze względu na to, że łączył nasz wspólny mianownik- Jezus. Robiliśmy to, bo uważaliśmy, że tak po prostu trzeba, bo tego wymaga nasza religia. Ale czy na pewno właśnie tak powinniśmy rozumieć gościnność? Jeśli pokusimy się o rozłożenie na części pierwsze słowa ,,gościnność”, to otrzymamy dwa piękne wyrazy: ,,gość” oraz ,,inność”. Przypadek? Nie sądzę. Jak mawiał ksiądz Kaczkowski: ,,nie można być gościnnym wobec ludzi tożsamych, gościć można tylko innych”. Ale co to znaczy innych? Zapytajmy więc dzisiaj samych siebie, w przededniu tego radosnego, świątecznego czasu, co by się stało, gdyby miejsce, gdzie znajduje się pusty talerz, zajęła osoba wyznająca wiarę w innego Boga, osoba posiadająca inne poglądy polityczne, inną orientację seksualną, mówiąca innym językiem bądź ateista? Czy bylibyśmy skłonni, do tego, aby zjadła z nami wspólnie wigilijną kolację?

   Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie wystarczy spojrzeć na codzienne relacje, jakie są pomiędzy nami. Nie lubimy, gdy ktoś popiera inną niż my partię polityczną. Nie możemy zrozumieć, że nasz oponent bardziej utożsamia się z konserwatystami niż z liberałami. Nie możemy sobie wyobrazić sytuacji, że na naszym osiedlu mieszka uchodźca, który może być potencjalnym terrorystą, bo przecież jest muzułmaninem. A oni przecież stoją za większością zamachów na świecie. Nie potrafimy sobie wyobrazić sytuacji, że w rodzinie, która od wieków była i jest katolicka, w której co niedzielę uczestniczy się w Mszy Świętej, spełnia nakazane posty, syn lub córka może być homoseksualistą. A tym bardziej nie możemy pojąć, jakby przy jednym stole mógł z nami siedzieć, podczas jednego z najważniejszych dla nas chrześcijan świąt w roku, ktoś, kto całkowicie neguje istnienie Boga. I tu leży sedno całej sprawy. Ten pusty talerz jest oznaką, że na kogoś czekamy. Jest oznaką, że mamy otwarte i pełne miłości serca. Jednak nie możemy czekać wyłącznie na kogoś, kto będzie spełniał określone przez nas warunki, kogoś kogo będziemy mogli wybrać sobie sami. Musimy potrafić usiąść do stołu z każdym. Człowiek to nie produkt, który możemy dobierać z całej ich gamy dostępnych w supermarkecie. Człowiek to istota, która została powołana do życia dzięki wielkiej Miłości Boga. Skoro ukochał go Stwórca, to i moim obowiązkiem jest zrobić to samo. Niezależnie kim ta osoba jest. A może w tym zagorzałym liberale kryje się człowiek, który każdego miesiąca przeznacza część swoich dochodów na pomoc dzieciom z domów dziecka? A może ten muzułmanin jest wybitnym chirurgiem, który może nam w przyszłości uratować życie? A może nasz syn gej jest chłopakiem, który większość swojego wolnego czasu poświęca na pomoc niepełnosprawnym, będąc wolontariuszem w hospicjum? I w końcu, może w tym ateiście kryje się wybitny nauczyciel, który rozbudza w naszych dzieciach pragnienie zdobywania i poszerzania wiedzy? Tego nie wiemy. I nie dowiemy się, gdy nie damy drugiemu człowiekowi szansy.

  I już tak na sam koniec. Jeśli my jako chrześcijanie, jako wyznawcy Jezusa, nie będziemy otwarci na innych, na ich religię, poglądy, to ten pusty talerz możemy wyrzucić przez okno. Przynajmniej będzie więcej miejsca na potrawy czy świeczki. Pomyślcie o tym Drodzy Czytelnicy podczas szykowania zastawy na tegoroczną Wigilię.

 

 

Z tajemnicą w walizce

Drodzy Czytelnicy!

Oddaje do Waszych rąk, albo lepiej byłoby rzecz do Waszych oczu pierwsze z trzech opowiadań o Hrabinie Karolinie i jej przygodach. Dlaczego to coś zrodziło się w mojej głowie- nie wiem. Ale skoro się zrodziło, to warto podzielić się tym z innymi. Tak więc miłej lektury :)

matejko-katarzyna-potocka   Baronowa Karolina była bardzo ciekawą osobą. Często się uśmiechała, miała ogromne poczucie humoru i wielki dystans do siebie. Potrafiła bez problemu żartować o swojej, jakby to powiedzieć, lekkiej otyłości.  Wszyscy ją lubili. Rzadko się zdarzało, aby na kogoś się złościła. Działało to także w drugą stronę. Darzono ją wielkim szacunkiem i uznaniem. Była już trzeci raz z rzędu Przewodniczącą Arystokratycznego Związku Kobiet oraz członkinią  Rady Miejskiej. Uchodziła za wyrocznię w wielu sprawach, chociaż sama się za kogoś takiego nie uważała. Wiedziała o sobie samej trochę więcej niż inni. Baronowa Karolina miała bowiem pewien sekret, który był znany tylko jej, a który w przyszłości miał zaważyć na jej życiu. Ale do tego dojdziemy w swoim czasie.

  Gdy przyjechała do hrabiowskich włości 10 lat temu miała przy sobie tylko mały tobołek, w którym zawierał się cały jej majątek i tajemnica. Ale gdy stanęła przy rozwalającej się mosiężnej bramie, stwierdziła, że to jest miejsce, w którym chce zamieszkać. Na początku rozgościła się w małym domku, który wcześniej należał do służby. grady_szlacheckie-9Musiała to zrobić, gdyż pałac, który miał być miejscem jej późniejszego życia był w opłakanym stanie. Trzeba było naprawić dach, który przeciekał przy mocniejszych ulewach. Trzeba było okitować okna, gdyż jesienią po pokojach hulał wiatr. Hrabina Karolina musiała także wybudować mur, aby ochronić pałac przed dzikimi zwierzętami mieszkającymi w sąsiednich lasach. W budowaniu murów jednak nikt nie był lepszy niż Harbina Karolina. Nie jeden już w swych życiu zbudowała, dlatego tez i teraz nie obawiała się zadania, które przed nią stało. Mur musiał być gruby i wysoki. Musiał być kilkuwarstwowy, tak aby było go trudno sforsować. Mur miał pełnić także inną funkcję, o której wiedziała tylko sama zainteresowana. Gdy wszystko już zostało zrobione, gdy prawie wszystkie pieniądze Harbina wydała na remont, w końcu mogła zamieszkać w pałacu. Mogła tak na dobre rozgościć się w swoich włościach.

   Będąc bardzo rozrywkową kobietą, często zapraszała do siebie wiele osób- przyjaciół, bliskich i dalekich znajomych. Lubiła przebywać w ich gronie. Oni to odwzajemniali. Przynajmniej raz w miesiącu organizowała bal, które zazwyczaj kończył się nad ranem. Było wszystkim bardzo dobrze. Podczas jednego z takich balów hrabina Karolina poznała przystojnego mężczyznę, który zawrócił jej w głowie. Był bardzo szarmancki. Kokietował ją w bardzo miły sposób. Był inny niż wszyscy. Hrabina Karolina poczuła się znowu tak, jakby miała dwadzieścia lat.  pobranePoczuła się wyjątkową. Ale z tyłu głowy miała cały czas swoją tajemnicę. Nie dawała jej ona spokoju. Głos w głowie cały czas szeptał, że nie powinna, że jej nie wolno, że będzie nieszczęśliwa. Ona jednak próbowała te podszepty wypierać. Próbowała je w sobie zagłuszać, usprawiedliwiając to tym, że minęło już wiele czasu, że przecież to było tak dawno, że to się już nie powtórzy. I tak wielokrotnie powtarzane w głowie kłamstwo stało się prawdą, a Harbina Karolina w końcu odpowiedziała na zaloty swojego adoratora. Początek ich związku obfitował w cudowne chwile. Wspólnie jeździli na konne przejażdżki, zbierali kwiaty na pobliskich łąkach, kąpali się zimnym, rwącym strumyku. Wspólnie układali i śpiewali piosenki, malowali obrazy, uczyli się gry na fortepianie. Każdy, kto widział ich zażyłość stwierdzał, że są sobie pisani, że dobrze im będzie razem. Wielu wieszczyło im ślub. Oni sami o tym myśleli. Ale pewnego dnia doszło do sytuacji, która wywróciła ich plany do góry nogami.

   W hrabiowskich włościach Karoliny zjawił się gość. Gość, który nigdy wcześniej się tam nie pojawiał, ale który był Karolinie bardzo dobrze znany. Była to jej siostra Helena, lebrun-hrabina-skavronskaia1789która mieszkała prawie trzysta mil na zachód od hrabiowskich włości. Początkowo nic nie wieszczyło nieszczęścia, które miało wstrząsnąć pałacem i okolicą. Siostry przez kilka dnia spędzały ze sobą długie godziny na rozmowach i spacerach. Wspólnie piekły chleb, usuwały chwasty z przypałacowego ogródka, huśtały się na huśtawce. Czuły się tak, jak kiedyś, gdy mieszkały razem ze swoimi rodzicami i bratem w pałacu w okolicach Sękatego Lasu. Iddyla jednak skończyła się, gdy po dwutygodniowej nieobecności do pałacu powrócił narzeczony Karoliny- Horacy. Do tej pory siostra myślała, że Harbina Karolina mieszka sama, dlatego też nie powracała do tematu, który sprawił, że wiele lat temu musiały się rozstać. Teraz sytuacja się zmieniła.

   Tej samej nocy, kiedy do pałacu powrócił Horacy, Helena nie budząc nikogo, zakradła się do pokoju, który zajmowała jej siostra. Wyrwała ją z błogiego uścisku Morfeusza, bo nie mogła już dużej czekać, aby dowiedzieć się prawdy. Jeszcze nie w pełni rozbudzona Karolina zapytała tylko- co się dzieje? W odpowiedzi usłyszała wykrzyczane pytanie- powiedziałaś mu? Powiedziałaś mu o Twojej przeszłości? Powiedziałaś mu kim tak naprawdę jesteś? Powiedziałaś mu? Hrabina Karolina spodziewała się tego pytania. W końcu głos w głowie, który zawsze jej to powtarzał zatriumfował.  Poprawiła się na łóżku, przeczesała ręką włosy i powiedziała swojej siostrze, to wszystko, co leżało jej na sercu. Powiedziała jej, że boi się siebie, że wie, że może po raz kolejny zrobić, to co kiedyś, że każdego dnia o tym myśli. Powiedziała także, że jest jej z tym źle, że nigdy tak naprawdę nie może być sobą, że każdego dnia musi ubierać się w strój, którego nie chce nosić, Graf_Orlovktóry ją ogranicza. Wykrzyczała, że mur, który zbudowała  w sobie i wokół siebie jest tak gruby, że nie da się go tak łatwo zburzyć, że powiedzenie prawdy sprawi, że wszyscy się od niej odwrócą, że wszyscy będą przeciwko niej, bo przecież mieli ją za inną. Bo przecież Karolina była dla nich wzorem, na którym się opierali. Kiedyś nawet mieszkańcy sąsiedniej wioski zwrócili się do niej o pomoc, w takiej samej sprawie, która ją dręczyła. Ona im pomogła, ona dała im radę. A teraz co, miałaby powiedzieć prawdę, miałaby przyznać się, że ona sama jest taka, jak ten mężczyzna, którego posadzono w więzieniu. O nie, nigdy tego nie zrobię- niemal płacząc powiedziała Karolina i wybiegła z pokoju.

   Traf chciał, że wybiegając wpadła na stojącego przy drzwiach Horacego, który akurat tamtędy przechodził. Słysząc kłótnie sióstr zatrzymał się przy drzwiach i niestety wszystko usłyszał. Chwycił Hrabinę Karolinę za lewy nadgarstek i powiedział- o czym mówiła Twoja siostra? O co chodzi z tą tajemnicą? Kim Ty jesteś? Chcę to wiedzieć?- krzyczał wręcz Horacy. Karolina zachowując powagę należną hrabinie stanęła i pełna spokoju rzekła- dla Twojego i mojego dobra musimy się rozstać. Musisz odejść i obiecać mi, że nigdy tu nie wrócisz. Było mi z Tobą dobrze. Ten wspólny czas, był najlepszym w moim dotychczasowym życiu, ale jeśli chcesz cieszyć się jeszcze długim życiem, musisz stąd odejść. Musisz to zrobić jak najszybciej Horacy. Tak naprawdę nigdy mnie nie poznałeś. Moje wcześniejsze życie nauczyło mnie, tak kryć swoje sekrety, aby nikt o nich się nie dowiedział, aby nikt nawet się nie domyślił. Widzisz sam. Mieszkam tu już prawie 10 lat, a nikt nigdy nie pytał mnie dlaczego mieszkam tutaj sama. Nie zapytali mnie, dlaczego nie odwiedzają mnie członkowie mojej rodziny. 7c191028-ff7a-4a44-b906-a1eac7b1ac31Od początku stworzyłam wokół siebie atmosferę dobrej, życzliwej i przyjacielskiej osoby, że nikomu by do głowy nie przyszło, że mieszkają obok morderczyni. Morderczyni swoich własnych rodziców i brata. Tak Horacy, na moich rękach jest krew moich bliskich. To jest moja tajemnica- te słowa były ostatnimi, które wypowiedziała przed utratą przytomności. Były też ostatnimi, które wypowiedziała do Horacego. Gdy się obudziła, jego już nie było. Wyjechał, nie zostawiając nawet listu. Zrobił coś, czego tak bardzo się obawiała.  To uświadomiło jej jednak jedno. Musi o tym powiedzieć innym, musi być z nimi szczera. Nie można całe życie żyć w kłamstwie. Ono niszczy ją od środka. I  mimo, iż uśmiecha się w dzień, w nocy płacze w poduszkę. Musi zaprosić wszystkich znajomych na bal i wszystko wyznać. Wtedy będzie mogła żyć tak naprawdę. Wtedy będzie sobą. Hrabiną Karoliną- zabójczynią własnych rodziców i brata, ale także człowiekiem, który chce się zmienić, któremu należy dać szansę, któremu należy zaufać, mimo wszystko….