Prezenty dla Pana Boga

   pobrany plikKażdy z nas- Drodzy Czytelnicy lubi dostawać prezenty. Te duże, kosztujące bardzo wiele oraz te drobne, które są zazwyczaj przejawem życzliwości czy wdzięczności. Bo w dawaniu bowiem, wydaje mi się, nie liczy się rozmiar a przyświecająca mu intencja. Najważniejsze jest przecież to, aby, to czym kogoś obdarowujemy było okraszone czystością naszych intencji. A jak to jest z podarkami, jakie otrzymuje od nas Pan Bóg? I czy w ogóle takowe otrzymuje? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym artykule. Do napisania go w takiej a nie innej formie, pod takim a nie innym tytułem, skłoniły mnie dwie sytuacje. Pierwszą była sobotnia wizyta w Licheniu, w którym to znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Bolesnej Królowej Polski oraz rozmowa z moim kolegą- przyszłym doktorem teologii. Te dwa niezależne od siebie wydarzenia stopiły się niemal w jedno i dały impuls do tego, aby wyrazić swoją opinię o formie w jakiej możemy Bogu okazywać wdzięczność.

   Licheń to miejsce, gdzie znajduje się sanktuarium maryjne, które od wielu już lat budziło i budzi wiele kontrowersji. Kościół, jaki tam stoi jest bowiem największym, jaki udało się do tej pory pobudować w Polsce. Patrząc dalej jest on 8 w Europie i 12 na świecie pod względem wielkości. Ilość złota, zdobień, marmurów, kamieni i innych elementów ozdobnych jest przeogromna. Jego majestatyczność zapiera dech w piersiach i równocześnie sprawia, że gdzieś z tyłu głowy rodzi się pytanie ,,czy Bogu to się podoba?”. Dodam, że wszystko, co znajduje się w kościele i wokół niego zostało sfinansowane z dobrowolnych ofiar tysięcy, jak nie milionów wiernych, których nazwiska można przeczytać na specjalnych tablicach umieszczonych na ścianach bazyliki. Pozostawmy na chwilę Licheń w spokoju, a wróćmy do drugiego z wydarzeń, które dało początek temu artykułowi. Była to wizyta w salonie hafciarskim, do którego zaprowadził mnie mój kolega Piotr, aby pokazać mi powstający tam pięknie zdobiony ornat. Ornat wyszywany najlepszymi nićmi, którego wartość opiewa na kilka tysięcy złotych, a który- jak mi wytłumaczył Piotr, jest darem, wotum, podziękowaniem pewnej osoby za otrzymane łaski. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, orant ten będzie używany tylko podczas ważnych uroczystości, a resztę roku spędzi wisząc w szafie na zapleczu kościoła, czyli inaczej mówiąc w zakrystii. Te dwa osobne, a jednak tak bliskie w swej naturze wydarzenia sprawiły, że w mojej głowie narodziła się myśl, którą już wcześniej artykułowałem: ,,czy Bogu jest to potrzebne?”.

   Ktoś powie, że każdy człowiek chce mieszkać w jak najlepszych warunkach, chce jeździć jak najlepszym samochodem, ubierać się w modne ubrania i jeździć na najlepsze z możliwych wakacji. Taka jest nasza natura. A skoro my dążymy do tego, aby wszystko wokół nas było jak najlepsze, to dla naszego Stwórcy i Zbawiciela wszystko powinno być po stokroć okazalsze. Tak- zgadzam się z tym w 100%. Skoro ja pragnę ubierać się pięknie, to powinien zadbać o to, aby w domu mojego Boga było pięknie. Co do tego nie mam żadnych uwag. Ale idąc dalej, czy powinno zakładać się gronostajowe futro na brudne ubrania? Wydaje mi się, że nie. Dlatego uważam, że lepszym i milszym dla Boga- chociaż mogę się mylić, gdyż nie jestem teologiem, jest czyste serce jego dzieci, a szczególnie czyste serce osoby, przez której ręce dochodzi do cudownego wydarzenia- przemiany wina w Krew i chleba w Ciało. Bóg w swej mądrości pokazał nam, że to co najważniejsze, to co najbardziej istotne i kluczowe dla naszej wiary, znajduję się w czymś tak bardzo prostym, kruchym i powszednim- w chlebie, który codziennie bierzemy do ręki. O ile jestem za najlepszymi materiałami do produkcji naczyń liturgicznych- bo przecież w nich jest ,,przechowywany” Bóg, tak uważam, że nadmierne zdobienia, piękne szaty są elementem zbędnym. W dzisiejszych czasach do ludzi nie trzeba przemawiać obrazem. Do dzisiejszego człowieka należy przemawiać gestem. Nie żyjemy w Średniowieczu, gdzie Ewangelię wyjaśniały rzeźby i malowidła. Najlepszym przykładem gestu, jaki został nam dany na te czasy jest papież Franciszek, który w dniu wyboru zrezygnował z gronostajowego mucetu, bo jak sam stwierdził ,,karnawał się już dawno skończył”. Poprzez swoje zachowanie pokazuje, że ważniejsza od haftowanego baldachimu, jest miłość okazana bliźniemu. Że większą wartość ma podany kubek wody i otarcie krwawiącej rany, niż srebrna piszczałka czy marmurowy posąg. W swoim nauczaniu odwołuje się do miłości bliźniego, a nie do celebracji, przez co uważany jest za ,,prostackiego papieża”, który nie ubiera się w złoto i szafiry i chodzi w brudnych butach. Ale poprzez takie zachowanie zyskał więcej zwolenników niż przeciwników. To co tu na Ziemi przeminie, z tego co zbudowano nie pozostanie kamień na kamieniu. Jedyne, co będziemy mogli zabrać ze sobą na drugi brzeg, to miłość okazaną bliźniemu. Gdy kochamy swego brata i siostrę- kochamy samego Boga i tym samym dajemy mu najlepszy z możliwych prezentów.

   I na zakończenie. Nie neguje ofiar składanych na kościół. Nie neguje ludzi, którzy oddają swoje pieniądze, złoto czy srebro na zdobienie ołtarzy bądź nowe ornaty czy dekoracje. Robią to co uważają za słuszne. Bóg to widzi i odda im według ich zasług. Jako człowiek wolny, jako osoba będąca członkiem Kościoła, jako osoba głęboko wierząca, kieruję się jednak w życiu inną zasadą, która została zawarta w Ewangelii według świętego Matusza w rozdziale 12, gdzie Jezus mówi ,,chcę raczej MIŁOSIERDZIA niż OFIARY”.

Książki też dokonują wyborów

pobrany plik

   Do niedawna wydawało mi się, że to czytelnik wybiera sobie książkę, którą chce przeczytać. Byłem święcie przekonany, że to tylko od niego zależy, czy w danej chwili zagłębi się w lekturę powieści przygodowej, horroru czy romansu. Okazuje się jednak, że nie zawsze tak musi być. Czasami zdarza się, że to książka wybiera osobę, która ma ją wziąć do ręki. W moim przypadku tak właśnie zrobił wywiad- rzeka z księdzem Janem Kaczkowskim zatytułowany ,,Życie na pełnej petardzie”. Ta właśnie książka weszła w moje życie dokładnie wtedy, kiedy jej najbardziej potrzebowałem i dała odpowiedzi na kilka pytań, które nurtowały mnie od dawna. Pozwolicie, że podzielę się z Wami przemyśleniami po jej lekturze.

   Ksiądz Jan nie owija w niej w bawełnę. Mówi to, co myśli, nawet wtedy, gdy to mogłoby wydawać się niewygodne dla jakieś grupy ludzi. Będąc księdzem nie stroni od krytycznych wypowiedzi o Kościele, o jego kondycji, czy osobach go tworzących- zarówno wiernych jak i duchownych. Nie stroni od tematów trudnych. Bez skrępowania opowiada o swojej chorobie- glejaku, który jest najgorszym z możliwych nowotworów mózgu. O tym, że każdego dnia dziękuje Bogu za życie, które od stwierdzenia choroby miało trwać tylko kilka miesięcy, a trwa już kilka lat. Ten ,,onkocelebryta”- jak sam siebie nazywa- uświadamia Czytelników, że im więcej jest w życiu przeciwności, tym jest ono bardziej wartościowe. Bo przecież wszystko, co nie przychodzi łatwo jest bardziej przez nas szanowane. Nie miał łatwo- jako osoba z poważną wadą wzroku był źle traktowany w szkole. To schorzenie prawie zamknęłoby mu drogę do kapłaństwa. Na szczęście Boża Opatrzność czuwała i sprawiła, że został dopuszczony do święceń. Gdy już wszystko wydawać by się mogło, ,,poukładało się”, okazało się, że jest chory. To jednak nie powstrzymało go przed stworzeniem w Pucku hospicjum, w którym pomaga ludziom godnie umierać, w którym odchodzą oni w świadomości, że jest ktoś obok, kto ich rozumie, kto wysłucha, kto potrzyma za rękę i w końcu, kto udzieli sakramentów. Ksiądz Kaczkowski nie boi mówić się o tym, o czym inni boją się nawet pomyśleć. W tej książce możemy odkryć jego zdanie na temat kondycji, w jakiej znajduje się obecnie duchowieństwo i Kościół- nie zawsze pełne peanów i dobrych słów. Bez skrępowania odpowiada na pytania Piotra Żyłki odnośnie aborcji, eutanazji, in vitro, homoseksualizmu, rozwodów czy sexu przed ślubem. Porusza tematy, które często są omijane i traktowane jako niewygodne. Nie ma gotowych recept na problemy, ale zna lekarza, który zawsze pomoże. We wszystkim zawsze wskazuje Jezusa, który ma moc przemiany i uzdrowienia ludzkich serc, który jest lekiem na całe zło świata.

   Po tę książkę powinien sięgnąć każdy, kto uważa, że Kościół ze swoim nauczaniem nie pasuje do obecnych realiów. Kto w jakiś sposób uważa, że jego wiara ostygła, kto szuka odpowiedzi na nurtujące go od dawna pytania. Jednak przede wszystkim powinien sięgnąć po nią Czytelnik, któremu wydaje się, że jego życie nie ma sensu, że do niczego się nie nadaje, że nic mi nie wychodzi. Ksiądz Kaczkowski udowodni mu jak bardzo się myli. Tak więc: MIŁEJ LEKTURY :) .

Mądrości papieża Franciszka

pobrany plik Papież Franciszek chyba nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Jego prośba, którą skierował w pierwszą niedzielę września, podczas modlitwy Anioł Pański, do wszystkich parafii, sanktuariów, zakonów i wspólnot, była i jest bowiem najlepszą i najmądrzejszą, którą, jak do tej pory, udało się wystosować jakiemukolwiek z władców tego świata- do których biskup Rzymu niewątpliwie należy. Nie był potrzebny nadzwyczajny szczyt państw należących do Unii Europejskiej, nie było potrzebne spotkanie premierów czy prezydentów krajów Europy Zachodniej, przepełnione blaskiem kamer, fleszami aparatów, sztucznymi uśmiechami czy uściskami dłoni, aby powiedzieć, co należy zrobić, aby rozwiązać kwestię uchodźców w Europie. Wystarczyło, aby Ojciec Święty odwołał się do sumień ludzi wierzących, do drzemiącego w nich dobra, do wzajemnej solidarności i przede wszystkim do ich miłości bliźniego.

   Ktoś powie, że naszym zadaniem nie jest zajmowanie się sprawami uchodźców, że przecież sami mamy mnóstwo swoich własnych problemów. Tak, zgadza się- mamy je. Jednak nasze problemy przy ich cierpieniu są niczym. Oni doświadczyli dramatu wojny, doświadczyli cierpienia związanego ze zniszczeniem ich domów, ze śmiercią najbliższych z utratą wszystkiego, co było im drogie. Poprzez ucieczkę z kraju ogarniętego chaosem i rządzonego przez fanatyczną grupę ludzi, chcieli zakończyć swoje przepełnione bólem i płaczem życie, chcieli zacząć żyć na nowo, jak ludzie. W tym miejscu wypadałoby zapytać babcię, czy dziadka, czy i oni podczas II wojny światowej nie mieli podobnie? Czy i oni nie musieli uciekać z bombardowanej i okupowanej Polski do lepszego świata? W tym miejscu należałoby również zadać pytanie, dlaczego Polacy ratowali Żydów? Dlaczego ukrywali ich w piwnicach swoich domostw, na strychach czy w stodołach? Dlaczego to robili? Odpowiedź jest prosta. Chcieli pomagać, bo taki jest nasz obowiązek, bo taka jest nasza natura. Bo człowieka nie określa to, co posiada, lecz to, czym dzieli się z innymi. Jesteśmy bardziej ludzcy, gdy dajemy coś bliźniemu, gdy potrafimy ostatnią kromkę chleba oddać temu, który jej bardziej potrzebuje.

   Problem uchodźców stał się niewątpliwie numerem jeden obecnego miesiąca. Stał się pretekstem do wielu rozmów, debat, marszy czy artykułów. Wywołał lawinę emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Bo przecież wśród ludzi, którzy uciekają, są także i Ci, którzy są tak zwanymi imigrantami ekonomicznymi. Oni to, ukryci w grupie uchodźców wojennych chcą dostać się do lepszego świata. Świata, który nie ma im dać schronienia, nowego domu, spokoju od spadających bomb czy nocnych ostrzałów, ale ma być miejscem, gdzie znajdą lepszą pracę i większe pieniądze.  I w tym momencie do wspominanego przeze mnie wcześniej miłosierdzia, musi dojść także zdrowy rozsądek i pełne wyważenia emocje. Osoby czy organizacje udzielające pomocy muszą z wielką delikatnością i skrupulatnością oceniać, komu pomoc się rzeczywiście należy, a kto, chce dobre serce Europejczyków niecnie wykorzystać.

   Z przybywającymi uchodźcami wiąże się także kwestia wiary. Większość z nich to muzułmanie, którzy inaczej postrzegają Boga, mają inną kulturę i obyczaje. Inaczej podchodzą do wielu spraw, między innymi do traktowania kobiet czy małżeństwa. Myślę, że obecna sytuacja jest niejako sprawdzianem dla europejskich chrześcijan. Muszą zdać oni egzamin ze swojej wiary. Muszą potwierdzić jej siłę, wartość i moc. Muszą na nowo odkryć jej charyzmat. Ci, którzy są letnimi katolikami, muszą stać się gorący, a ci którzy kucają w kościele, muszą w końcu zgiąć kolana. Tylko wówczas będziemy w stanie zatrzymać głoszoną w mediach ,,islamizację Europy”.

   Apel papieża Franciszka, o którym wspominałem na początku artykułu jest łatwy do wykonania. Ojciec Święty nie wymaga od nas wiele. Chce, aby każda parafia w Europie przyjęła jedną rodzinę uchodźców. Zapewniła im dach nad głową oraz warunki do tego, aby mogli przetrwać. Wystarczy tak niewiele. Czasami warto zrezygnować z renowacji organów czy obrazu, aby pieniądze przekazać na pomoc ludziom, którzy doświadczyli cierpienia wojny i uchodźstwa. Więcej radości przynosi Bogu bowiem szczęście człowieka niż odnowiony Jego wizerunek czy ładniej grające organy. Miłosierdzie jako drugie imię miłości ma nam w tym pomagać.

   Wierzę, że jako Polacy, jako rodacy świętego Jana Pawła II, zdamy egzamin, do którego przynagla nas papież. Zdamy go celująco.