W gąszczu galerii hadlowych

bilde  Zakupy są nieodłączną czynnością, którą wykonujemy niema każdego dnia. Codziennie udajemy się do piekarni po świeże, pachnące  bułki, idziemy na ryneczek, aby kupić pachnące latem warzywa i owoce. Zazwyczaj jednak, celem zmniejszenia liczby odwiedzanych miejsc i skrócenia czasu poświęcanego na czynności związane z zakupami wybieramy  sklepy, gdzie można wszystko nabyć. Wchodzimy do jednego i wychodzimy z koszykiem pełnym wszystkiego- od proszku do prania, przez wędlinę, na  żółtym serze kończąc- tak zwane mydło i powidło. Ktoś powie, ze to wygoda i jeden ze sposób w jaki handlowcy ułatwiają życie kupującym. Inny stwierdzi, że wolałby powrotu do czasów, kiedy to mleko kupowało się w mleczarni, chleb w piekarni, a wędlinę u rzeźnika. Mimo, iż te czasy nie wrócą, to coraz więcej sklepów zaczyna się specjalizować  w jednej dziedzinie i przebijać się z tym, przez gąszcz otaczającej konkurencji. A konkurencja jest spora, szczególnie ta ze strony wielkich centrów handlowych, którym chcę poświęcić ten dzisiejszy artykuł.

   Jak grzyby po deszczu wyrastają w kolejnych miastach Polski wielkie centra handlowe. Są one zlokalizowane na ich obrzeżach, w centrum miast, coraz częściej także każde osiedle ma swoje centrum. I pytanie komu to wszystko potrzebne? W każdym z nich znajdziemy bowiem te same sklepy, w których możemy kupić identyczny towar, ich wygląd jest podobny, nawet ta sama muzyka wydobywa się z głośników w nich umieszczonych. Korytarzami przechadzają się Ci sami ludzie, którzy z braku innego sposobu spędzania wolnego czasu, przemieszczają się z jednego do drugiego centrum, licząc na to, że może w tym a nie w tamtym, znajdą to, czego szukają. Za ladami poszczególnych sklepów stoją uśmiechnięci ekspedienci, którzy często pracują tam na zwykłą umowę zlecenie, nie mając prawa do urlopu, czy świadczeń chorobowych. Muszą być mili dla kupujących, mówić to, co im karze góra i co najważniejsze, wyrabiać plany sprzedażowe, które później przekładają się na ich wynagrodzenie. Muszą dbać o ekspozycję sklepu, bo przecież wszędzie, wszystko musi być tak samo ułożone, bo klient, niezależnie od tego, gdzie wejdzie, musi czuć się tak samo. Z jednej strony takie coś daje duże ułatwienie kupującym, ale z drugiej wprowadza pewną monotonię, no i jest oczywiście chwytem marketingowym, bo przecież, aby kupić bluzkę musimy przejść obok spodni, bluzy, kurtki czy butów.

   I rodzi się też pytanie, czy potrzebne nam jest tyle tych galerii handlowych? W Poznaniu mamy ich już masę, a nowe są w planie. Już niedługo zostanie otwarta nowa Galeria Dębiec. Budowa największego- Posnania już się rozpoczęła. A jak wiadomo wszystkim- Poznań jeszcze się nie nasycił centrami handlowymi. Ciekawe, ciekawe. Czy nie lepiej byłoby w miejsce tych ,,świątyń zakupów” postawić nowe mieszkania, szkoły czy przedszkola? Ktoś powie, że przecież tam pracują ludzie, że gdyby nie było tak wielu galerii a w nich sklepów, wielu ludzi nie miałoby pracy. Zgadza się, ale szkoda tylko, że ta praca nie da im w przyszłości emerytury. A mieszkania są potrzebne, bo coraz więcej osób chce mieszkać w wielkim mieście, bo tam są lepsze perspektywy. Rodzice chcą posyłać swoje dzieci do szkoły blisko domy. W miejscu tych galerii mogłyby powstać  place zabaw, tereny zielone,  mobilne siłownie, tereny do jazdy rowerem, czy na deskorolce. Ale cóż widocznie tak już musi być. Decyzje o powstaniu lub nie powstaniu takiego miejsca podejmują władze danego miasta. Skoro więc one obrały taki kurs na zagospodarowanie miejskich terenów, to my zwykli ludzie nie będziemy mieli na to żadnego wpływu. Czyli pozostaje nam jedynie zmienić władzę lub zmobilizować większą grupę ludzi do protestu. Oba sposoby dobre, ale chyba pierwszy łatwiejszy. Listopad już blisko…

Gaudeamus igitur iuvenes dum sumus- czyli o współczesnym studencie

indeks   Słowa umieszczone w tytule są niewątpliwie dobrze znane braci studenckiej, która w poniedziałek rozpoczęła nowy rok akademicki. Dla jednych jest to kolejny w ich naukowej karierze, dla innych ostatni ( dla autora tych słów też), ale dla  wielu jest to pierwszy raz, gdy przekroczyli mury wybranej przez siebie uczelni i zasiedli w uniwersyteckich ławach. Co ich czeka- oni sami nie wiedzą.  Drżą z przejęcia i niewiedzy, i myślą, jak to będzie na tych studiach. Ja ze swojej strony muszę powiedzieć, że czułem też wielki lęk, gdy kilka lat temu stanąłem po raz pierwszy przed budynkiem Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, aby podjąć mozolną pracę związaną ze zdobywaniem wiedzy na kierunku finanse i rachunkowość. Ale teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, muszę powiedzieć, że diabeł naprawdę nie jest taki straszny, jak go malują. Po tych 4 latach studiowania z ręką na sercu stwierdzam, iż był to,  jak na razie najlepszy czas w moim życiu. Poznani ludzie, przeżyte cudowne chwile, nowe doświadczenia i zdobyta wiedza, są czymś, co na długo zapiszę się w mojej pamięci. I na pewno, gdy już włos na mojej głowie zsiwieje i pojawią się zmarszczki, będę z nostalgią wspominał to, co mnie wówczas spotkało.

   Jednak mimo tego, jakże przyjemnego wstępu, chciałbym dzisiaj, drodzy Czytelnicy poruszyć dość drażliwy temat. Temat, który wywołuje wiele kontrowersji, zarówno wśród braci studenckiej, jak innych osób. Mianowicie chciałbym opisać obraz współczesnego studenta.

  Dawniej słowo student kojarzyło się z czymś wyjątkowym, czymś co było zarezerwowane dla garstki osób, która rzeczywiście chciała się uczyć, a zdobytą wiedzę pragnęła wykorzystać do budowania lepszego świata. Student postrzegany był jako ktoś wyjątkowy, ktoś, kto mimo wielu niesprzyjających okoliczności, zawsze idzie do przodu, bo chce coś w życiu osiągnąć, chce być kimś ważnym. Nie było tylu uczelni wyższych, jak to jest obecnie. Przez bardzo długi okres czasu na ziemiach polskich istniał tylko jeden Uniwersytet. Ten założony w 1364 roku przez króla Kazimierza Wielkiego- Uniwersytet Jagielloński. Żeby na nim studiować, trzeba się było nieźle napocić, bo konkurencja była bardzo liczna. Nie wystarczyło zdać ,,jakoś maturę” i liczyć na to, że może obniżą tak progi, że uda mi się dostać na wybrany kierunek. Trzeba było wykazać się wielką wiedzą i determinacją, która była przepustką do wstąpienia w szeregi żaków, a później w szeregi inteligencji polskiej. A jak jest teraz. Obecnie wystarczy ,,jako tako” zaliczyć egzamin dojrzałości, złożyć dokumenty na kilka uczelni i kilka kierunków, bo przecież na pewno gdzieś znajdzie się dla mnie jakieś miejsce. Można liczyć na niż demograficzny, który powoduje, że akademie i uniwersytety obniżają progi tak, aby możliwe było przyjęcie jak największej liczby osób, bo przecież za każdym nowym studentem idzie pieniądz. Dlatego warto o niego walczyć. A jeśli się nie powiedzie na publicznych jednostkach, zawsze można wybrać te prywatne- przecież nie ważne, gdzie zdobędę magistra, ważne, że mam go przed nazwiskiem. I tutaj rodzi się kolejny problem. Z jakim nastawieniem idę na studia? Czy wybieram je, bo chcę przez kolejne 5 lat pobawić się, wyszaleć, napić (oczywiście, zaznaczam, że nie neguje tego, bo wszystko jest dla ludzi, jest czas zabawy i czas pracy, jeśli korzystamy z czegoś z głową, to wszystko jest dla nas możliwe). Czy  chcę zaliczać egzaminy ściągając i wykorzystując pracę innych osób, tylko dlatego, aby mieć tytuł przed nazwiskiem? Chyba to mija się z celem. Bo samo skończenie uczelni nic mi przecież nie daje. Nie bez powodu mówi się, że dzisiejsze pokolenie studentów i absolwentów, to pokolenie bezrobotnych. Młodzi kończą różne kierunki, często tak dziwne, że ich nazwy trudno zapamiętać, a zapomina się o tym , że brakuje nam obecnie dobrych fachowców. Mamy deficyt murarzy, ślusarzy, stolarzy, mechaników i wielu, wielu innych zawód, w których wyższe wykształcenie nie jest niezbędne. Ważna jest smykałka, odpowiednie zacięcie i lubienie tego, co się robi. Bo chyba lepiej jest iść do dobrze przygotowanego absolwenta szkoły zawodowej czy technikum, który zna się na tym, co robi, niż do absolwenta jakiegoś kierunku technicznego, który, co prawda będzie wiedział, że całka z czegoś jest tyle i tyle, ale nie będzie potrafił wykonać, dajmy na to drewnianego krzesła (oczywiście ten przykład jest poglądowy, bo tak samo zdarzyć by się mogło bowiem ze studentem ekonomii czy zarządzania, który nie będzie po ukończeniu studiów potrafił wskazać różnicy pomiędzy aprecjacją i deprecjacją, czy PIT-em a CIT-em).

   I na koniec taka mała dygresja. Ktoś powie, że ja, jako student, nie powinienem pisać o takich rzeczach, że moim zadaniem winno być wyśpiewywanie peanów na cześć studentów, bo przecież nie podcina się gałęzi, na której się siedzi. Ale nie mogę tego nie robić, bo sam jestem świadkiem tego, co się dzieje. Widzę to ja, moi znajomi, osoby, z którymi rozmawiam. Obecnie wielu żaków podchodzi do studiów niepoważnie. Liczą na to, że wszystko da się na egzaminie ściągnąć, że wykładowca, ze piękne oczy da zaliczenie, że znajdzie się naiwny kolega lub koleżanka, która da odpisać i wszystko jakoś będzie się kręcić. Egzaminy mimo, że na 3, będą zaliczone, promocja na kolejny semestr zostanie dana i tak aż do licencjatu czy magisterki. A potem hulaj dusza, piekła nie ma. Mam przed nazwiskiem mgr to jestem gość, nikt mi nie podskoczy. Ale rzeczywistość jest inna. Rynek pracy szybko zweryfikuje, kto rzeczywiście przykładał się do nauki i miał dla nie szacunek (chwała Bogu, że są jeszcze na tym świecie osoby, którym zależy), a kto przez studia bumelował i zbijał bąki. Jednak wtedy, to może już być za późno i dana osoba obudzi się z przysłowiową ręką w nocniku. Wówczas nie będzie to przyjemne, gdyż ,,nocnikowe rzeczy” do eleganckich nie należą.

W górach jesteśmy bliżej nieba…

100_5207   Każdy człowiek potrzebuje chwili odpoczynku. Pomiędzy kolejnymi lekcjami są przerwy, w pracy mamy wolne na śniadanie, a i przecież podczas domowej krzątaniny jest także czas na kawę. Czasami jednak potrzebny jest dłuższy odpoczynek, który umożliwi nam zregenerowanie sił, powrót do zdrowia, czy tak po prostu, da czas na przemyślenie wielu ważnych spraw. Jedni spędzą te chwile w domowym zaciszu, inni będę chcieli odpocząć słuchając szumu fal, a kolejni uciekną od miejskiego zgiełku i zaszyją się gdzieś w lesie. I tutaj pojawia się pytanie, gdzie ja najlepiej odpoczywam? Po moim ostatnim tygodniu, muszę z ręką na sercu stwierdzić, że najlepszym dla mnie miejscem na wypoczynek są góry.

   Góry bowiem są takim miejscem, gdzie możemy usłyszeć samego siebie. Gdzie możliwe jest zobaczenie tego, co dzieje się w naszym życiu w zupełnie w innym świetle. Gdzie to, co było dla nas ważne i pierwszorzędne, nagle przestaje być priorytetem i staje się czymś, bez czego można jednak żyć. W górach człowiek dostrzega, że nie jest100_4701 pępkiem świata, że w porównaniu z nimi jest malutki, niczym mrówka. Góry uczą go bowiem pokory. Pokory, która poniekąd rodzi się ze zrozumienia słabości i kruchości swego ciała. Ze zrozumienia, że aby coś osiągnąć, trzeba mozolnie wspinać się cały czas pod górę, że trzeba iść mimo, iż do celu jeszcze daleko. Że trzeba iść po wyznaczonym szlaku, bo inaczej można zejść na manowce, że trzeba pamiętać o podstawowych zasad, bez których udanie się w góry nie jest możliwe.

   Chodząc po górach, podziwiając krajobrazy, upajając się pięknem przyrody, możemy dostrzec jak wielu rzeczy jeszcze nie doceniamy. Możemy odkryć, że tak na co dzień, to nie nie za bardzo zastanawiamy się nad swoim życiem, jego przebiegiem, podejmowanymi decyzjami. Góry uświadamiają nam, że każdy stawiany krok ma znaczenie, że niewłaściwie wybrany szlak, czy źle położona stopa na kamieniu, może nas zaprowadzić nie tam, gdzie chcemy lub może zakończyć nasz ziemski żywot. Góry pokazują nam, że często nie dostrzegamy piękna otaczającego nas świata, że narzekamy na wszystko, co nas spotyka, że nie potrafimy cieszyć się z małych rzeczy. Udanie się na górski szlak pokazuje, jak piękne jest to, co jest dookoła nas, jakie wielkie rzeczy uczynił dla nas Wszechmogący. Dostrzegamy wówczas piękno lasu, kamienistej drogi, drzew, cicho szemrzącego potoku czy spadającego z gór wodospadu.

   100_5149Stając pod górą widzimy, że czeka nas długa droga, że często będzie ona kamienista, stroma i niebezpieczna, że na niej będzie wiele niedogodnych sytuacji, niebezpieczeństw. Ale będąc już na szczycie możemy być dumni z samych siebie, możemy cieszyć się, że pokonaliśmy ten trudny dystans, że weszliśmy mimo bólu nóg, wyczerpania.  Możemy wówczas spojrzeć na świat z innej perspektywy. Nie musimy zadzierać głowy wysoko, aby ujrzeć górę. Możemy z podniesionym czołem spoglądać przed siebie i za horyzontem dostrzegać nowe czekające nas wyzwania. Jednak, aby to wszystko móc zobaczyć trzeba ubrać plecak i podjąć wyzwanie. Bo wszystko, co piękne i wzniosłe rodzi się w bólach. Chcą coś osiągnąć trzeba wyruszyć w trudną drogę, trzeba każdego dnia pokonywać samego siebie i z odwagą stawiać kolejny krok, mimo zmęczenia i zniechęcenia. Mimo tego, iż do celu jeszcze daleko….

Serce czy rozum? Czyli słów kilka o…

kuchenne_rewolucje_001_magda_gessler   Często zdarza się, że w naszej głowie rodzą się dziwne pomysły. Jedne z nich kładziemy między bajki i nigdy nie realizujemy, drugie pozostają w strefie niespełnionych marzeń, a trzecie udaje się spełnić. Jednak, aby  doszło do ich spełnienia, musi wystąpić wiele sprzyjających okoliczności, które ułatwią ich powodzenie. I w tym miejscu można byłoby dokonać podziału ludzi, którzy swoje dziwne pomysło-marzenia realizują, na trzy grupy. Mianowicie, można wyróżnić tych, którzy myślą wyłącznie sercem i spełniają swoje zachcianki mimo wielu przeciwwskazań, tych którzy w podejmowaniu decyzji kierują się wyłącznie rozumem i jego racjonalnością, i w ostateczności osoby sercowo-rozumowe, które w odpowiedni sposób łączą porywczość serca z opanowaniem rozumu. Zapewne zastanawiacie się drodzy Czytelnicy do czego dążę w tym swoim dzisiejszym wpisie. Otóż już rozwiewam Wasze wątpliwości i komunikuję, iż zajmę się sprawą Kuchennych Rewolucji. Tak, chcę napisać o  programie pani Magdy Gessler, bo jak wiecie z początkowych wpisów, jestem jego wiernym fanem :) . A więc do dzieła :) .

   Pani Magda Gessler już od prawie 5 lat przemierza nasz kraj, odwiedzając w kolejnych odcinkach różne restauracje. Gości ona w pizzeriach, przydrożnych zajazdach, tych serwujących kuchnię włoską, grecką, indyjską, amerykańską czy prawdziwą kuchnię polską. Jednak jak się później okazuje serwowane dania dalekie są od tych, które powinny być podawane w miejscach, które specjalizują się w danej kuchni. Dopiero wizyta ,,niekwestionowanego autorytetu kulinarnego” uświadamia właścicielom, że gdzieś popełnili błąd, że często wybierając ten ciężki kawałek chleba, jakim jest niewątpliwie prowadzenie restauracji, porwali się z przysłowiową motyką na Słońce. Dlaczego więc dopiero słowa kogoś, kto się na tym zna, otwierają im oczy?

   Tutaj właśnie dochodzi do wspomnianej wcześniej przeze mnie  walki pomiędzy sercem a rozumem. W stworzonych jak do tej pory 10 sezonach ,,Kuchennych Rewolucji” udowadniane jest przez panią Magdę, że w tej potyczce w większości wygrywa serce. Ludzie zakładają restauracje, bo takie było ich marzenie, inwestują ogromne pieniądze, aby spełnić swoje zachcianki, nie myśląc o następstwach swoich czynów. A są one często bardzo tragiczne. Brak klientów, spirala zadłużenia, niesnaski z personelem. Wszystko, to jest niewątpliwie związane z tym, że w swoich decyzjach nie dopuścili do głosu rozumu. Bo tak sobie myślę, że w prowadzeniu restauracji, oprócz serca na talerzu, potrzebne jest także zimne i opanowane myślenie, które często przyczynia się początkowo do małych, a następnie większych sukcesów. Podkreśla to z całą stanowczością pani Magda, uzmysławiając restauratorom, że droga, którą obrali jest bardzo trudna, że wymaga ona wielu poświeceń i wyrzeczeń. Przynosi ona jednak satysfakcję i pieniądze, gdy przestrzega się kilku podstawowych zasad.

   Po pierwsze i może najważniejsze, jak mówi znana restauratorka, należy lubić, to co się robi. Należy być w tym niemal zakochanym, bo wówczas ta miłość przelewana jest na talerz. A przecież dania doprawione miłością lepiej smakują :) . Bohaterzy rewolucji bardzo często prowadzą restauracje tylko dlatego, że robią to ich znajomi, że nie było w okolicy podobnej rzeczy, czy po prostu mieli zbyt dużo pieniędzy i postanowili zainwestować w żywnościowy biznes, który niestety okazał się niewypałem.

   Po drugie, należy codziennie odkrywać nowe smaki, nowe przepisy, warzywa, owoce, mięso. Trzeba ich próbować, bawić się nimi. Szukać tych najlepszych. Najlepiej z przydomowego ogródka lub od zaprzyjaźnionego rolnika, sadownika, rzeźnika czy mleczarza. Tylko dobre produkty sprawiają, że danie jest smaczne. Każdy na pewno zna smak maminego rosołu, gotowanego na świeżej kurze, okraszonego nowalijkami z ogrodu. Aż ślinka leci na samą myśl o tym :) . Jeżeli damy jeść swoim klientom, tak jak my sami byśmy chcieli zjeść, wtedy na pewno sukces będzie możliwy do osiągnięcia. Bo gdzie smakuje nam najlepiej- właśnie u mamy.

   Po trzecie, właściciele restauracji, jak podkreśla pani Magda powinni iść zgodnie z wybraną przez siebie specjalnością. Jeśli wybrali kuchnię włoską, to niech gotują potrawy dla niej zarezerwowane, a jeśli chcą się specjalizować w greckiej, niech przyrządzają typowo greckie menu. Tak idealnie jednak nie jest. Jak pokazują kolejne odcinki ,,Kuchennych Rewolucji” ludzie bardzo często zapominają w czym powinni być dobrzy. I tak w restauracji hiszpańskiej można zjeść śląską roladę i schabowego z kapustą, a w meksykańskiej typowo włoską pizzę i ruskie pierogi. Dziwne, ale prawdziwe. Pani Magda w swoim programie dąży do tego, aby uzmysłowić ratowanym przez nią restauratorom ich błąd. Pokazuje, że lepiej jest mieć 5 dań typowych dla wybranej kuchni niż 100, które w żaden sposób do siebie nie pasują. I tutaj pojawią się kolejny problem. Bo skoro mamy 50 pozycji w karcie, to na pewno żadne z tych dań nie będzie świeże (no chyba, że zupy). A jeśli coś nie jest świeże, to jest to równoznaczne z tym, że nie będzie dobre. Idąc co restauracji typowo z daniami polskimi nie spodziewajmy się, że podawane tam owoce morza nie będą mrożone. Będą. Bo to, że zostały kupione wczoraj i dzisiaj przygotowane graniczy z cudem. Dlatego jak podkreśla pani Magda, należy mieć krótką kartę, która sprawia, że serwowane posiłki będą smaczne i świeże.

   Po czwarte, trzeba mieć również trochę wiedzy kulinarnej, gdy podejmujemy się prowadzenia restauracji. A jeśli sami jej nie mamy, to wypadałoby mieć dobrego kucharza, albo najlepiej starszą, dobrze gotującą panią, która swoje w życiu przeszła i wie, co posolić, aby dania nie spieprzyć :) . Wtedy na pewno nic nie będzie niesmaczne i to, co zostanie, będzie mogło być mądrze wykorzystane w postaci czekadełka lub innego dania na dzień kolejny.

   I po piąte. Dobra restauracja to niczym dobre przedsiębiorstwo. Potrzebuje sprawnego zarządzania. Potrzebuje szefa- menedżera, który będzie nią prowadził w odpowiedni sposób. Nie będzie skąpy w wynagrodzeniach i docenianiu pracowników, od których w dużej mierze zależy sukces knajpy, ale też nie będzie rozrzutny, jeśli chodzi o inne rzeczy związane z funkcjonowaniem restauracji. Powinien być jak księgowy, który w odpowiedni sposób gospodaruje finansami firmy, aby była ona rentowna i posiadała płynność.

   No i po szóste – ostatnie, w restauracji powinien panować porządek. Powinno dbać się o czystość sali, w której siedzą goście i porządek w kuchni, bo schludne obrusy, dobrze dobrane dodatki, czysta podłoga, to też klucz do sukcesu. Zadbana kuchnia, dobre, nieprzepalone patelnie, dobrej jakości garnki i zastawa, to wszystko, co oprócz samego jedzenia tworzy klimat danej restauracji. Na to wszystko również zwraca uwagę pani Magda. I tutaj taka moja rada dla restauratorów i ich pracowników. Jeśli w firmach, gdzie odbywa się praca taśmowa, taśma staje, to zatrudnieni ludzie zazwyczaj, aby nie stracić płatnych godzin pracy sprzątają. Tak też powinno być w restauracjach. Gdy nie ma klientów, to personel oprócz plotek i wspólnej kawki, która oczywiście jest wskazana, bo przerwa w pracy musi być, powinien dbać o porządek. Bo przecież tak niewiele potrzeba, aby osiągnąć sukces :) .

   Jak pokazują kolejne odcinki ,,Kuchennych Rewolucji”, jeśli ktoś posłucha rad pani Magdy i weźmie sobie do serca wszystko, co ona mówi ( a mówi rzeczy mądre), to na pewno osiągnie sukces. Świadczą o tym między innymi państwo Schabińscy, pani Liliana z Gaumarjos czy małżeństwo z zajazdu pod Kłobukiem. Oni dobrze wykorzystali kopniaka, jakiego im zafundowała pani Magda. Nie obrazili się na nią, za to, że ich trochę powyzywała i porzucała talerzami. Zrozumieli swoje błędy i teraz klienci ciągną do nich drzwiami i oknami. Żeby wszyscy uczestnicy ,,Kuchennych Rewolucji” tak robili, to byłoby świetnie.

   No dobrze, koniec tego słowotoku. To chyba najdłuższy wpis jak do tej pory. Może dlatego, że lubię, to o czym piszę :) .

   I na sam koniec moje marzenie. Chciałbym mieć na swojej ścianie zdjęcie z autografem pani Magdy Gessler :) . Ciekawe, czy w tym przypadku wygra rozum czy serce :) .

P.S. Mam nadzieję, że pani Magda nie będzie miała mi za złe, że o niej piszę, i że umieściłem jej zdjęcie w moim wpisie :) .

Uwierz w Ducha- czyli wiara to szaleństwo

Duch Święty_0   W roku 1990, dokładnie 24 lata temu, czyli tyle lat, ile ma twórca tego wpisu :) , powstał film pod tytułem ,,Uwierz w ducha”. Główną rolę grał w nim, znany ze słynnego ,,Dirty Dancingu”- Patrick Swayze. Ale nie o nim chcę pisać. Mój dzisiejszy wpis będzie trochę inny od pozostałych, gdyż temat ten jeszcze nigdy nie został przeze mnie na blogu poruszony. A mianowicie, chciałbym trochę napisać o tym, w co wierzę. Temat trudny, ale warty podjęcia.

  Każdy z nas w coś wierzy. Są to bardziej lub mniej realne rzeczy, które powodują, że życie człowieka nabiera głębszego sensu. Jedni wierzą w to, że we wszechświecie żyją inne stworzenia, inni, że na świecie kiedyś nastanie wieczny pokój, a pozostali twierdzą, że istnieje jakaś wyższa siła, która kieruje wszystkim, co dzieje się w naszym życiu. I chyba tych ostatnich jest najwięcej. Mimo, iż różnie nazywają swoje bóstwo, to utrzymują, że jest ono początkiem i końcem wszystkiego. I tak też jest z nami chrześcijanami. Mamy swojego Boga- Jezusa. Wierzymy w Niego, modlimy się, zwracamy się z prośbami, dziękczynieniami, bo jesteśmy przekonani, że On nas wysłucha. Ale czy na pewno? Czy jesteśmy zawsze w pełni świadomi, tego w co wierzymy?

   Jeśli ktoś nie zna naszej religii, pomyśli sobie, że ci ludzie muszą być naprawdę szaleni, skoro utrzymują, że w kawałku chleba i kilku kroplach wina skrywa się ich Bóg. Pan i Władca tego świata, od którego wszystko pochodzi. Jego zdziwienie nie będzie jednak niczym dziwnym, bo trzeba naprawdę być szalonym, żeby w to wierzyć. Ale to szaleństwo, nie ma oczywiście podłoża psychicznego. Jest to szaleństwo w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Bo jak nazwać osobę, która pozostawi oglądanie telewizji, czytanie gazety, spotkanie ze znajomymi i pójdzie spotkać się z tym kawałkiem Chleba, która spożyje Go, wierząc, że mam moc ją zmienić, uzdrowić. Tylko osoba szalona. Szalona, czyli szczęśliwa. A żeby tego było mało, da się temu Bogu prowadzić, odda mu swoje życie, wszystko co w nim jest, Jemu podporządkuje. To wszystko jest nieprawdopodobne, ale jednak się dzieje.

   Mimo, iż mówi się, że wiara zanika, że w obecnych czasach coraz mniej osób chodzi do kościoła, że jest ona tylko skupiskiem ludzi starych, to wcale tak nie jest. Trzeba tylko dobrze poszukać. Nie zawsze wystarczy własna parafia. Czasami musimy sięgnąć dalej, aby odkryć, że mimo powszechnej ateizacji i marginalizacji roli Kościoła, on żyje, rozwija się i ma się całkiem dobrze. Że są w nim ludzie młodzi, którzy są przyszłością.

   Ale żeby tak było, nie wystarczy tylko to, że rodzice wpoili nam, iż w niedzielę należy iść na Mszę, i że w piątek nie wolno jeść pokarmów mięsnych.  Trzeba zrobić krok do przodu. Tak jak staramy się, aby nasze wykształcenie było solidne, kończymy kolejne szkoły, robimy kursy, szkolenia, tak też należy postępować z wiarą. Należy ją pogłębiać, bo inaczej stanie się pustym sloganem i równie dobrze, będzie można powiedzieć, że wierzy się w to, iż od jutra wszyscy ludzie na Ziemi będą mówić jednym językiem. Abstrakcja, prawda?  Jest tyle możliwości, tyle różnych inicjatyw, zarówno tych podejmowanych przez osoby duchowne jak i świecie, że każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Wystarczy tylko chcieć :) .

   Ja ze swojej strony polecam wszystkim tym, którzy wierzą, ale nie wiedzą w co, którzy szukają, ale nie wiedzą czego, którzy idą, ale nie wiedzą dokąd, wybranie się na Mszę Świętą połączoną z uwielbieniem. W wielu parafiach takie Eucharystie się odbywają, wystarczy poszperać w Internecie. Gwarantuję, że dzięki nim można zrozumieć sens swojego życia i tak na poważnie uwierzyć w Ducha. Ale w Ojca i Syna też :) .

Opaska Temidy- czyli o chorym wzroku polskiego wymiaru sprawiedliwości

images   Zapewne każdy z Was, drodzy Czytelnicy chociaż raz w swoim życiu czytał jakiś mit. Mógł być to jeden z tych stworzonych przez starożytnych Rzymian, Celtów, Skandynawów czy Słowian. Ale dam sobie uciąć jeden palec u ręki, że najpopularniejszą i najczęściej czytaną z mitologii była i nadal jest ta stworzona przez Greków. To z niej bowiem czerpali i czerpią inspiracje różni ludzie. To na niej opierali się pisarze i poeci tworząc poematy i wielkie literackie dzieła. Z niej korzystali malarze, architekci, muzycy i wielu, wielu innych artystów. Inspirowała i inspiruje ona nadal ludzi na całym świecie. W swoim dzisiejszym wpisie chciałbym skupić się na jednej tylko postaci w niej występującej. Mianowicie na córce Uranosa i Gai- bogini Temidzie. Wszystkim znanej kobiecie z szalką w dłoniach i opaską na oczach, która w sposób bezstronny i obiektywny ma rozstrzygać spory. Ale czy zawsze pozbawienie jej wzroku jest wyjściem słusznym? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć.

   Każdy z nas wie, że od rozpoczęcia sprawy w sądzie do ogłoszenia ostatecznego wyroku często mija bardzo wiele czasu. Dzieje się tak, gdyż jak mówi stare powiedzenie ,,młyny sprawiedliwości mielą powoli”. Pośpiech nie jest najlepszym doradcą, ale zbyt długi czas oczekiwania na rozstrzygniecie sprawy też nie jest czymś poprawnym. A cóż dopiero mówić o pomyłkach w wyrokach, czy bagatelizowaniu ewidentnych wykroczeń. Może i nie znam się na prawie, ale nie mogę pozostawić bez komentarza niektórych sytuacji, które pomimo tego, iż wołają o pomstę do nieba są marginalizowane i deprecjonowane.

   Dzisiaj w telewizji usłyszałem o dwóch bardzo tragicznych w skutkach wydarzeniach. Pierwsze z nich dotyczyło dokonania na 8-miesięcznej dziewczynce gwałtu przez wujka oraz o śmierci kolejnej osoby z wypadku samochodowego, który miał miejsce kilka dni temu, a o którym mówiła cała Polska. Oba zdarzenia niosą za sobą bardzo traumatyczne przeżycia zarówno dla ofiar, jak i dla rodzin, świadków i w ostateczności dla sprawców. Ale czy grożące im kary są adekwatne do popełnionych czynów? Chyba nie. Telewizja, radio, Internet, prasa, krzyczą, opierając się na kodeksach, wypowiedziach prawników, że za spowodowanie śmiertelnego wypadku, w którym zginęła ciężarna kobieta i jej mąż, sprawcy, który był odurzony 8 piwami grozi tylko 12 lat więzienia. A wujkowi zwyrodnialcowi za popełniony czyn jakieś 10 lat i to może jeszcze w zawieszeniu. Coś tutaj chyba jest nie tak moi drodzy. Ktoś kto pozbawił życia niewinne osoby bądź skrzywdził bezbronne dziecko ma pokutować tylko dekadę? I co to za pokuta? Wygodne łóżko, telewizor, spacerniak, biblioteka, pełnowartościowy posiłek (lepszy niż w niejednym szpitalu). I to wszystko za nasze podatki. Czy to jest adekwatna kara do popełnionej zbrodni? Uważam, że obecne formy karania są dość dziwne. Bo więzień bardzo często ma lepiej niż rodzina wielodzietna, która ledwo wiąże koniec z końcem. Odbywanie wyroku i resocjalizacja powinna przebiegać w inny sposób. Gdyby więźniowie pracowali na swoje utrzymanie, na przykład poprzez prace porządkowe w miastach, udział w budowie szpitali, szkół czy wolontariat w hospicjach czy domach opieki, to wówczas doświadczyliby jak wielkie zło wyrządzili innym. Bo nic tak nie uczy człowieka pokory jak spojrzenie na osobę ciężko chorą, niepełnosprawną, której trzeba podać kubek wody, którą trzeba opiekować się 24 godziny na dobę. Nic tak nie przemienia serca człowieka jak dawanie czegoś innym. Ale czy to nie jest kolejna mrzonka, która tworzy się tylko w mojej głowie?

   Na zakończenie chciałby tylko dodać, że liczę na to, iż ludzie, którzy odpowiedzialni są za tworzenie prawa w Polsce zdejmą ze swoich oczu opaskę Temidy i zmienią swoje patrzenie na niektóre sprawy. Że zobaczą, iż przejechanie rowerem przez pasy, które karane jest kilkunasto złotowym  mandatem jest 100 razy mniejszym przewinieniem, niż jazda slalomem po ulicach Warszawy przez pana Froga, (którego sprawę umorzono, ze względu na niską szkodliwość czynu).

Odszedł premier, nastał premier

   imagesW średniowiecznej Francji słynne były słowa marszałka dworu, który ogłaszając śmierć panującego władcy i wejście na tron nowego,  mówił ,,umarł król, niech żyje król”. Dzisiaj nie jest już konieczne pożegnanie się sprawującego władzę z życiem, aby doszło do zmian. Obecnie, w dobie panującej niemal na całym świecie demokracji dochodzi do nich w sposób bardziej zależny od społeczeństwa- poprzez wybory. Delegowani przez nas przedstawiciele  podejmują  bowiem decyzje istotne dla funkcjonowania państwa. Czy są one zgodne z tym czego oczekują wyborcy? Na to pytanie nie można znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Inaczej patrzymy na to, co dzieje się dookoła nas, gdy jesteśmy zwykłym obywatelem a inaczej gdy jesteśmy posłem czy senatorem i zasiadamy w wygodnym fotelu na Wiejskiej. Ale nie zagłębiajmy się w politykę, bo temat ten jest tak długi jak Wisła i szeroki jak Atlantyk, a nie chcę Czytelników zanudzać swoimi o niej dywagacjami :) .

   Dzisiaj chciałbym zająć się tematem, którym od kilku dni żyje cała Polska- czyli zmianami na szczycie. Jak wszyscy dobrze wiemy ze swoją funkcją pożegnał się Donald Tusk, który został nowym Przewodniczącym Rady Europejskiej. Pierwszy raz w historii III RP, premier zrzekł się swojej funkcji w wyniku awansu na wyższe stanowisko. Jak mówią niektórzy komentatorzy, był to jedyny jak dotąd upadek rządu w górę :) . Władza jest jednak czymś ciągłym i nie ma w niej pustych przebiegów. Dlatego też Prezydent Bronisław Komorowski mianował na nowego Prezesa Rady Ministrów obecną Marszałek Sejmu- Ewę Kopacz- drugą po Hannie Suchockiej i drugą jak do tej pory, od roku 1807 kobietę- premiera. Może w dobie parytetów i równouprawnienia jest to ruch jak najbardziej poprawny. Płeć piękna ma przecież takie sama prawa do dzierżenia władzy jak mężczyźni. I wcale gorzej tego nie robi. Weźmy chociażby za przykład Kleopatrę, carycę Katarzynę II czy obecną kanclerz Niemiec- Angelę Merkel. Skoro jak głosiło propagandowe hasło Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej – ,kobiety na traktory”, dlaczego  nie miałyby one także zasiadać na najwyższych stanowiskach w państwie.

   Jak sama desygnacja pani Kopacz nie budzi we mnie żadnego sprzeciwu, tak wszystko co dzieje się wokół nowo powoływanego rządu już rodzi pewien niesmak. Jak na razie nie wiemy dokładne, kto i na jakim stanowisku zostanie obsadzony. Kto kogo zastąpi, kto zostanie wyrzucony, a kto pozostawiony na piastowanym urzędzie. W mediach tworzone są różne scenariusze, przewijają się znane i nieznane nazwiska, dziennikarze z każdym dniem podgrzewają atmosferę. Podobno w piątek mamy poznać nowy skład rządu. Wtedy się okaże, komu, jaka teka przypadła.

   Gdym to ja miał doradzać nowej pani premier odnośnie powoływania konkretnych osób na ministrów, to miałbym trzy rady. Oto one:

  1. Po pierwsze- do rządu nie powoływałbym ludzi, którzy w obecnej oraz w poprzednich kadencjach mieli jakieś zatargi z prawem- byli podsłuchiwani, nagrywani, zapominali o zegarkach w sprawozdaniach, dawali łapówki, jeździli pod wpływem alkoholu czy robili jakieś szemrane interesy,
  2. Po drugie- nowych stanowisk nie powinni otrzymywać posłowie, którzy wcześniej dzierżyli inne funkcję, na przykład były Minister Finansów nie powinien być nowym Ministrem Spraw Zagranicznych. Nie można przecież znać się na wszystkim,
  3. A po trzecie osoba pretendująca na dane stanowisko powinna być kompetentna w tej dziedzinie, powinna wiedzieć co robi i o czym mówi. Najlepszym rozwiązaniem byłoby obsadzenie na ministerialnych stołkach osób, które są specjalistami w swojej profesji i nie widzą w stanowisku tylko politycznej karty przetargowej. Mamy w Polsce tylu wybitnych ludzi, dlaczego nie mogliby oni decydować o naszej przyszłości. Dla przykładu, gdyby Balcerowicz nie był profesorem ekonomii na stanowisku Ministra Finansów, nasz kraj na pewno nie byłby tam, gdzie jest obecnie.

   Ale czy to, o czym pisze nie jest przypadkiem utopią?

Cudze chwalimy, swego nie znamy

1620947_821333221245249_7222016339631649896_n  Na świecie są różne piękne miejsca. Grecja, Hiszpania, Indonezja, Włochy, Argentyna i wiele, wiele innych państw posiada walory przyrodnicze i kulturowe, które przyciągają turystów z całego świata. Każdego roku wielu ludzi opuszcza swoje rodzinne strony i udaje się na wakacje za granicę, chcąc zobaczyć, to co mają im do zaoferowania inne kraje. My Polacy zwykliśmy mówić, że lepiej jest więcej zapłacić za urlop, gdzie pogoda jest pewna, niż spędzać, go u nas, gdzie bywa z nią różnie. Może i jest w tym trochę racji. Osoby lubiące kąpiele słoneczne i te w ciepłym morzu na pewno w Polsce ich nie uraczą. Ale przecież i nasza ojczyzna ma swoje walory, o których przekonałem się  także ja podczas ostatniego weekendu.

  Gdańsk, Gdynia i Sopot- czyli znane wszystkim Trójmiasto było obiektem mojej ostatniej eskapady. Ale żeby była ona udana, nie mogłem przecież wybrać się tam samotnie. Zabrałem ze sobą, albo jak kto woli, zostałem zabrany przez trzy urocze dziewczyny- Agnieszkę, Martynę i Ilonę. Bez nich na pewno nie byłoby tak miło :) . Ale przejdźmy do sedna rzeczy. Te trzy, ale jakże intensywne dni uświadomiły mi, że jest tyle rzeczy o których nie mam pojęcia, i których na co dzień nie doceniam. Po pierwsze muszę mimo wszelkich narzekań na wiecznie spóźniające się pociągi, tłok, brud, czy szybkość przejazdu, pochwalić nasze PKP. Podróż do Sopotu i z powrotem należała do jednej z lepszych, którą odbyłem naszymi pociągami. Pokazała mi ona, jak wiele się zmieniło na polskiej kolei, jak w dobry sposób wykorzystywane są pieniądze pochodzące z funduszy Unii Europejskiej. Nowe, funkcjonalne dworce, piękne perony, poczekalnie, nowe tory czy wagony, to wszystko, czym możemy się pochwalić i z czego możemy być dumni. Ale to przecież nie koniec. Szybka Kolej Miejska w Trójmieście i  jego okolicach, nowe, ekologiczne trolejbusy i autobusy, to też coś, co ułatwia życie mieszkańcom oraz turystom, czyniąc nadmorskie miejscowości jeszcze bardziej atrakcyjnymi. Odrestaurowane kamienice, kościoły, rynki, parki, pomniki, mola, promenady i wiele, wiele innych rzeczy, o których można byłoby tutaj pisać i pisać, a które sprawiają, że serce rośnie, gdy się na nie patrzy. Jakby rzekł Poeta z ,,Wesela” Stanisława Wyspiańskiego: ,,a to Polska właśnie” ! Mamy mnóstwo pięknych miejsc, które naprawdę zasługują na naszą uwagę, którymi możemy pochwalić się. Nie narzekajmy, że u nas tak brudno, szaro i nieciekawie. W rzeczywistości tak nie jest! Wystarczy się tylko dobrze rozejrzeć, a zobaczymy wiele atrakcyjnych miejsc. A zacząć powinniśmy od swojego najbliższego otoczenia. Spróbujmy, bo warto :) .

 Ja tymczasem, pełen pozytywnej energii po cudownym weekendzie w Trójmieście polecam wszystkim takie wycieczki po Polsce. Zwiedzajcie, poznawajcie, odkrywajcie i chwalcie, to co nasze, co polskie. Bo jak mawiał poeta Stanisław Jachowicz ,,cudze chwalimy, swego nie znamy, sami nie wiemy, co posiadamy”.

Trzy sety płatne niestety

polsat-zakodowal-ms-w-siatkowce-memy_20582313 Czy Polska ma swój sport narodowy? Znawcy tematu odpowiedzą na to pytanie twierdząco i od razu podadzą, że jest nim niewątpliwie piłka nożna. Grają w nią bowiem wszyscy- dzieci, młodzież, starsi. Gra się w nią wszędzie- na ulicy, między blokami, na boisku, w hali. O niej rozmawia się przy piwie i wówczas, gdy nie ma innych ciekawszych tematów. Wiele osób zna nazwy  popularnych klubów piłkarskich, nazwiska graczy, ich pozycje, transfery czy strzelone bramki. Cała rzesza pamięta, w której minucie danego spotkania był karny, kto kogo faulował, czy kiedy był spalony. Wszystko ładnie, pięknie, tylko czy tego wszystkiego warta jest polska reprezentacja? Chyba nie. Ale z tym nie będę dyskutował, bo za chwilę wierni kibice zlinczują mnie za te słowa :)  .

  Ten krótki wstęp prowadzi nas bowiem, drodzy Czytelnicy do właściwego tematu dzisiejszego wpisu, czyli odbywających się obecnie w naszym kraju mistrzostw świata mężczyzn w piłce siatkowej. Czy właśnie siatkówka nie mogłaby stać się naszą narodową dyscypliną? Czy to z niej nie moglibyśmy uczynić czegoś, z czego  byli byśmy dumni? Przecież w tej dziedzinie Polacy już od wielu, wielu lat odnoszą sukcesy. I nie są to byle jakie sukcesy. Mamy mistrzostwo i wicemistrzostwo świata, mistrzostwo olimpijskie, mistrzostwo Europy, posiadamy także złote medale w Lidze Światowej. Jest się czym pochwalić. Czy nasi trampkarze odnieśli podobne sukcesy? No tak, coś tam wygrali za Górskiego, ale kiedy to było. Tego to nawet najstarsi górale nie pamiętają :) . Ale jak grzyby po deszczu powstają Orliki, boiska na których ćwiczą mali chłopcy i dziewczęta, którzy marzą o karierze piłkarskiej. A czy nie lepiej byłoby inwestować także w inne sporty, inne dyscypliny? To, że w nogę można grać prawie wszędzie nie oznacza, że należy stawiać ją na piedestał.

  I w końcu pozwolę sobie nawiązać do tytułu. Bo w mojej ocenie czymś karygodnym jest zakodowanie tak ważnej imprezy sportowej, która na pewno już w naszym kraju się nie powtórzy. Pobieranie opłat za możliwość obejrzenia naszych siatkarzy oraz ich pięknej gry jest drwiną z kibiców, drwiną z Polaków. Takie ważne wydarzenie w moim mniemaniu powinna transmitować telewizja publiczna- tak jak miało to miejsce podczas Euro 2012. Czy nie byłoby nam miło, gdybyśmy wszyscy mogli zasiąść przed telewizory i wspólnie oglądać zmagania naszych graczy, ich sukcesy. Na pewno tak. I zapewne te chwile trwałyby dłużej. Bo jak dotąd Plakom udało się ograć wszystkie grupowe drużyny i z silną pozycją przechodzą dalej. Nie to co piłkarzom, którzy nie poradzili sobie ze słabymi rywalami i nie przeszli nawet do ćwierćfinału.

   Życzę naszym siatkarzom sukcesów. Niech grają jak najlepiej. Niech pokażą piłkarzom, że są od nich o niebo lepsi oraz udowodnią panu Solorzowi, że jego decyzja pokierowana chęcią zysku była jedną z najgłupszych, które podjął. Do boju, do boju, do boju Polacy!!!

Przeczytane, usłyszane, zobaczone

images  W ostatnim numerze tygodnika Angora natknąłem się na dość ciekawy artykuł pana Janusza Korwina- Mikke pod dziwnym tytułem ,,Człowiek- Nietoperz”. Już na samym początku uspokajam, że ten znany wszystkim polityk nie pisał w nim o  Batmanie, bohaterze kultowej serii filmów (chociaż tytuł artykułu od razu podpowiada takie skojarzenie). W swej treści pochyla się on bowiem nad problemem nietoperzy, a mianowicie ich przelotów nad trasą S8 między Wieluniem a Złoczewem. Oczywiście nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w celu stworzenia dla tych zwierzątek udogodnień, wybudowano nad tą drogą tak zwane ,,bramownice”, które mają wyznaczać im trasę przelotu. A koszt tej budowy wyniósł bagatela 2 000 000 złotych. Tak drodzy Czytelnicy, nie pomyliłem się w liczbie zer. Stworzenie tego ,,czegoś” kosztowało budżet naszego państwa dwa miliony nowych złotych. Muszę powtórzyć za panem Korwinem, że jest to absurd nad absurdy, że za te pieniądze można byłoby wybudować 5 mieszkań socjalnych lub świetlicę dla dzieci. No ale cóż, dla niektórych ważniejsze są 3 pary nietoperzy, które 5 razy w roku przelecą tą trasą niż ludzie. Oczywiście powinniśmy szanować przyrodę, powinniśmy o nią dbać, pielęgnować, bo bez niej i my nie będziemy mogli egzystować, ale są pewne granice, po których przekroczeniu niektóre działania zakrawają na absurdalne. Ktoś powie, że te bramownice, przejścia dla żab czy jakiś tam ślimaków, których nie widać gołym okiem są niezbędne, bo narzuca na nas taki obowiązek Unia Europejska. No tak, Unia daje, ale też wymaga. Tylko, że nikt się nie zastanawia nad tym czy kiedyś państwa starej Wspólnoty brały pod uwagę ochroną przyrody. Bo jadąc na przykład drogami w Austrii czy Włoszech można natknąć się na wielokilometrowe tunele wydrążone w Alpach. Ich głównym celem jest przede wszystkim skrócenie drogi podróżującym. A czy my wyobrażamy sobie taką sytuację w Polsce, że kopiemy tunele pod Karkonoszami lub Tatrami? Chyba nie. Na pewno znaleźliby się jacyś ,,obrońcy przyrody”, którzy w ramach protestu przywiązaliby się do gór i do ofiary ze swojej krwi broniliby tych skał. Za przykład niech tutaj posłuży  sprawa słynnej doliny Rospudy. Dlatego też warto nam się zastanowić, czy ważniejsze są dla nas żaby i chrabąszcze czy człowiek i jego problemy.

  Nie popieram Pana Janusza, nie popieram żadnej partii politycznej, gdyż nie są one godne mojego zaufania. Żadna też nie głosi poglądów, z którymi ja się utożsamiam. Ale w tym przypadku muszę zgodzić się z polskim eurodeputowanym. Są bowiem w naszym kraju rzeczy, które w wielu przypadkach zakrawają o absurd. Myślę też, że gdyby żył Stanisław Bareja, to powstałoby wiele ciekawych komedii ośmieszających niektóre takie sytuacje. I mogłyby one być lepsze nawet  od słynnego ,,Misia”.

Ile kosztuje człowiek?

z14320214Q,Pieniadze Idąc każdego dnia do sklepu- spożywczego, kwiaciarni, drogerii czy apteki możemy na półkach spotkać różnego rodzaju produkty opatrzone ceną. Ona prezentuje ich wartość, która wyrażona jest w pieniądzu. To dzięki niemu właśnie możliwe jest dokonywanie płatności za nabyte towary. A czy można wycenić człowieka? Na to pytanie postaram się dzisiaj odpowiedzieć.

  Wydaje mi się, że możliwe jest tylko określanie wartości przedmiotów- ruchomości, nieruchomości, wykonywanej pracy, dzieła. Jednak czy podmiot jakim niewątpliwie jest człowiek podlega oszacowaniu? Dowody świadczą, że tak. Już w starożytności dokonywano sprzedaży niewolników. Oni mieli swoją wartość, za którą byli nabywani przez bogatych kupców czy panów, dla których mieli służyć. Proceder ten miał miejsce w każdej niemal epoce dziejów. Ma miejsce i teraz. Ktoś powie, że przecież samo wynagrodzenie jakie otrzymujemy każdego miesiąca jest niejako ceną jaką pracodawca płaci za pracownika. Tak, ale jest ona odpowiednikiem naszego wysiłku, posiadanych kompetencji czy umiejętności, ale nie wartością samego człowieka. Nie wyobrażam sobie, że musiałbym siebie samego wycenić. Hmmm, byłoby to dość dziwne uczucie, bo bałbym się błędu związanego z niedoszacowaniem bądź  przeszacowaniem. Zastanawia Was zapewne, Drodzy Czytelnicy dlaczego opisuje ten właśnie problem.  Skłoniło mnie do tego zamknięcie tak zwanego okienka transferowego, które dotyczy sprzedaży zawodników grających w piłkę nożną. Z racji tego, że nie jestem fanem gry w nogę, nie wiem  na czym to dokładnie polega, ale sumy jakie tam się pojawiają przyprawiają mnie o zawrót głowy. Bo w czasach, gdy na kontynencie afrykańskim z głodu umierają ludzie, na Ukrainie i w Iraku giną niewinni ludzie, w Zachodnim świecie za przejście piłkarza z jednego klubu do drugiego płaci się bajońskie sumy. I tak jak rozumiem, że piłkarz za to, że gra dostaje wynagrodzenie (jest to przecież jego praca, za którą należy mu się godna płaca), tak nie rozumiem, co mają oznaczać te miliony jakie on i klub otrzymuje za transfer. Tutaj pojęcie ceny podmiotu czyli człowieka jest jak najbardziej wskazane.

  Czy te gigantyczne sumy nie lepiej byłoby przeznaczyć na pomoc ludziom w Afryce? Ile szkół, szpitali, studni udałoby się za nie wybudować? Ile domów na Ukrainie czy w Iraku dałoby się za te pieniądze na nowo postawić? No ale tak już jest skonstruowany nasz świat, że gdy inni się bawią i wydają pieniądze na prawo i lewo, drudzy nie mają za co nakarmić swoich dzieci….

,,Nie będziemy umierać za Gdańsk”

3973282-ii-wojna-swiatowa-882-660  Dokładnie 75 lat temu wybuchła II Wojna Światowa- największy i najkrwawszy w dziejach świata konflikt militarny. Pochłonął on życie ponad 50 milionów ludzi. Poczynił wielkie zniszczenia i zapoczątkował podział Europy na dwa bloki, które przez ponad 45 lat toczyły ze sobą ,,zimną wojnę”. W tym właśnie dniu chciałbym w swoim wpisie powrócić do genezy jego wybuchu i przedstawić, że obecna sytuacja, która ma miejsce na Ukrainie jest bardzo podobna do tej sprzed lat.

  Powróćmy pamięcią do marca 1938 roku. Wówczas to doszło do  znanego wszystkim wydarzenia określanego jako  Anschluss Austrii. Było ono niejako preludium do kolejnych działań, które w konsekwencji przyniosły zajęcie Sudetów i w ostateczności doprowadziło do przyłączenia Czechosłowacji do III Rzeszy. Wszystko to działo się za cichym przyzwoleniem dwóch ówczesnych europejskich potęg- Francji i Wielkiej Brytanii. One  także, tak ,, na niby” wypowiedziały Niemcom wojnę po ich napaści na Polskę 1 września, ale oprócz samego komunikatu nic nie zrobiły. Schowały się za linię Maginota i Pałac Buckingham, i czekały na dalszy rozwój wydarzeń, bo przecież dlaczegóż by ich żołnierze mieliby umierać, jak to się wówczas zwykło mówić ,,za Gdańsk”. Dopiero zajęcie Paryża i bombardowanie Londynu zmusiło władze tych państw do podjęcia znaczących kroków i sprzeciwienia się ambicjom Adolfa Hitlera. Czy i teraz musi dojść do podobnej sytuacji? Bo Anscluss już było. Co prawda nie całego państwa, ale jego części. A znając władcze cechy Władimira Putina na Krymie może się nie skończyć. W ostatnim czasie z ust rosyjskich polityków padło nawet określenie Noworosja, które obrazuje w dobitny sposób terytorialne zapędy władz Rosji. Czy obecni prezydenci i premierzy europejskich państw będą się  też zachowywać jak ich poprzednicy w 1939? Trudne pytanie a i odpowiedzi też nie są łatwe. Bo żyjemy w innych czasach, mamy inne możliwości, inne też są sposoby prowadzenia wojny. Powiązania ekonomiczne są tak mocne, że jakiekolwiek sankcje czy zakazy mogą spowodować zachwianie europejskiej gospodarki, a interwencja militarna może przynieść potyczkę atomową, która zniszczy wszystko, co osiągnęliśmy przez te wszystkie lata pokoju.

  Najważniejsze jest, aby znaleźć wspólny kompromis, który będzie akceptowany przez wszystkie strony. Trudne to zadanie, ale wierzę z całego serca, że uda się wszystkim światowym przywódcom dojść do konsensusu, który sprawi, że nie stracimy wszystkiego, co kochamy….