Wolność, równość, braterstwo…

ewolucj-600x433 Myślę, że słowa, które zamieszczone zostały w tytule dzisiejszego artykułu są wszystkim bardzo dobrze znane, a szczególnie tym, którzy uważali na lekcjach historii. Bowiem pewna  rewolucja, która przetoczyła się przez Francję w XVIII wieku, miała je zapisane na swoich sztandarach. A przecież i my, od kilku dni jesteśmy świadkami mniejszych rewolucji, które dzieją się na naszym polskim i wielkopolskim podwórku, a które głośno wołają o poszanowanie wolności oraz działania na rzecz równości i braterstwa. O nich właśnie chciałbym dzisiaj trochę poblubrzyć. Nie będzie to ani łatwe, ani przyjemne. Nie będzie także proste i bezkonfliktowe. Nie przejdzie, mam nadzieję, bez echa wśród Czytelników i liczę na to, że wywoła małą dyskusyjną burzę. Te dwie rewolucje, które mam zamiar opisać, dotyczą bowiem bardzo delikatnych i zarazem kontrowersyjnych tematów. Ale po kolei.

   Pierwsza z nich dotyczy tematu aborcji. Aborcji, która przez ostatni tydzień wywoływała i nadal wywołuje wiele emocji. Emocji zarówno przy ulicy Wiejskiej, jak i poza nią. Bo oto nasz wspaniały parlament debatuje nad projektami ustaw, które dotyczą tego tematu. Parlament pochyla się nad materią, która w mojej ocenie nie powinna mieć politycznego charakteru. Materią, która powinna dotyczyć tylko czterech osób: matki, ojca, dziecka i lekarza. Zapewne zastanawiają się Drodzy Czytelnicy, co ja na ten temat sądzę. Już spieszę ze swoją opinią. Nie raz, nie dwa na łamach tego bloga podkreślałem, że jestem osobą wierzącą, że jestem osobą, która w swoim życiu stara się żyć- czasami z lepszym, a czasami z gorszym skutkiem- zgodnie ze wskazaniami Dekalogu i nauki Kościoła. I w tym przypadku będę się na nich opierał. Uważam bowiem, że każde życie, niezależnie w jaki sposób poczęte (bo tego też dotyczą dwa projekty ustaw) jest ważne, jest święte i należy je chronić. Skoro wierzymy, że nasze życie nie jest dziełem przypadku i każdy ma do spełnienia jakąś misję, to powinno się robić wszystko, aby życie pojawiło się na tym świecie. Dziecko zdrowe, dziecko chore, dziecko niepełnosprawne, dziecko poczęte jako owoc miłości małżonków, czy to poczęte w wyniku gwałtu, jest stworzeniem, które w jakiś sposób w bożym planie zostało uwzględnione. I z tego punktu widzenia powinno mieć szansę, aby się urodzić. Równocześnie jednak należy pamiętać, że jesteśmy osobami wolnymi. Posiadamy wolną wolę, która nas w żaden sposób nie krępuje. Możemy robić to, na co mamy ochotę. Wszystko bowiem, zależy od nas. To ja, to Ty- samodzielnie- kiedyś będziemy zdawać sprawę z swojego życia, ze swoich wyborów. Będę tylko ja i On. I tu pojawia się zasadniczy problem. Czy posłowie mogą wpływać na mój wybór? Czy swoimi decyzjami mogą decydować o tym, co zrobię ze swoim życiem lub życiem, za które jestem odpowiedzialny? Jeśli alkoholik będzie chciał się napić -chociaż jest na odwyku- to zrobi wszystko, aby zaspokoić swoje pragnienie. Jeśli zabójca będzie opanowany żądzą mordu, to zrobi wszystko, aby polała się krew. Mimo tego iż wiedzą, jakie są tego konsekwencje. I tak samo jest z aborcją. Jeżeli matka wraz z ojcem, podkreślam wraz z ojcem uzna, że nie chce dziecka, które nosi pod swoim sercem i znajdzie lekarza, który bez skrupułów pozbawi to dziecko życia, to nikt nie może wpłynąć na ich wybór. Robią to bowiem zgodnie ze swoją wolą. Oni się na to godzą. I niezależnie, jakie kary prawo nakładałoby na takie osoby, one nie cofną się przed swoją decyzją. Tak jak przed gwałtem nie cofa się gwałciciel czy przed kradzieżą złodziej. Możemy mówić, że życie jest święte- bo jest. Możemy mówić, że życie jest darem- bo jest. Możemy mówić, że każdemu powinna zostać dana szansa, aby pojawił się na tym świcie, ale nie możemy równocześnie ingerować w czyjeś życie. Dać radę, upomnieć, porozmawiać, nakłonić, ale nie kazać komuś coś na siłę zrobić! Nie tędy droga. Bardzo lubię owoce morza. Znam jednak dziewczynę, która ich nie znosi. Nieważne ile razy bym ją namawiał, aby je zjadła, aby chociaż spróbowała, co traci- nie przekonam jej, aby ich skosztowała. Ma wolny wybór i z niego korzysta. Tak samo powinno być z aborcją. Prawo powinno życie chronić, ale w taki sposób, aby nie ograniczać wolności wyboru.

   No i druga z rewolucji. Ta, która dzieje się obecnie w Poznaniu, a która wzbudza wiele kontrowersji. Dotyczy ona mianowicie Parady Równości i związanej z nią akcji, polegającej na dekorowaniu poznańskich ulic tęczowymi flagami. Temat homoseksualizmu jest stary jak świat i od zawsze rodził i rodzi wiele sprzecznych emocji. Bo jednocześnie wiemy, że coś takiego jest, ale nie chcemy o tym słyszeć. Wiemy, że żyją obok nas tacy ludzie, ale równocześnie nie chcielibyśmy, aby nasz sąsiad czy sąsiadka zza płotu okazali się gejem czy lesbijką. Lubimy kogoś, cenimy go za to, kim jest lub co sobą reprezentuje, ale gdy dowiadujemy się, że dokonał coming-outu, nagle zmieniamy front. Czemu tak się dzieje? Pozwalamy, aby ulicami przechodziły procesje Bożego Ciała. Grupa ludzi powie- żaden problem- inna będzie odmiennego zdania i będzie chciała, aby wiarę manifestować tylko w domu czy kościele. Wolność? Wolność! Pozwalamy, aby ulicami przechodziły marsze niepodległościowe, rocznicowe. Cześć społeczeństwa powie- żaden problem- inna będzie przeciwna. Pozwalamy, aby budowano pomniki- Jezusowi, Janowi Pawłowi II, ofiarom katastrofy smoleńskiej. Część społeczeństwa jest za, inna wręcz przeciwnie. Ściernie się poglądów było, jest i będzie. Więc skoro Konstytucja gwarantuje wszystkim wolność, to niech ta wolność będzie respektowana. Jeśli chcą przejść ulicami Poznania jeden dzień w roku, niech przejdą. Co im szkodzi. Podejmujmy wspólnie takie decyzje, aby w różnorodności odkrywać jedność. Aby budować mosty, a nie je burzyć, aby mury upadały, a nie zostawałby budowane. Ktoś powie, że większość ma prawo głosu i mniejszość musi ustąpić. Zgoda, ale ta większość, kiedyś też była w mniejszości- przykład: obecny rząd. Szanujmy siebie, poprzez szanowanie swojej wolności.

   I z tym Was pozostawiam. Namąciłem Wam w głowie, ale cóż- czasami tak trzeba.

Nic nie dzieje się przypadkiem

   pobrany plikMiłosierdzie- to słowo, które w ostatnim tygodniu było na ustach wielu osób w Polsce i na świecie. Miłosierdzie- to słowo, które przez ostatnie kilkanaście dni było odmieniane przez wszystkie przypadki. Miłosierdzie- to w końcu słowo, które we wszystkich językach świata znaczy to samo- niepojętą miłość Boga. Dzięki Światowym Dniom Młodzieży, które odbywały się w Krakowie mogliśmy poznać jego sens, mogliśmy na nowo je odkryć i na nowo je zrozumieć. Chciałbym po wielomiesięcznej przerwie w pisaniu, za którą z całego serca przepraszam, podzielić się z Wami- Drodzy Czytelnicy moimi wrażeniami po tym cudownym festiwalu młodości, który odbywał się w ostatnich dniach na polskiej ziemi.

   Już myślałem, że nie będzie mi dane wybrać się na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Już myślałem, że będę mógł je przeżywać wyłącznie oglądając transmisję w telewizji czy Internecie. I wtedy okazało się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Ktoś powie, że przypadkiem spotkałem znajomych podczas diecezjalnych obchodów Światowych Dni Młodzieży na poznańskiej Cytadeli, którzy również chcieli tam jechać. Ja uważam, że nie ma przypadkowych sytuacji, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu ma swój głębszy sens i jest wpisane w pewien boży plan. Widocznie Pan Bóg chciał, abym był w Krakowie. Chciał, abym mógł doświadczyć tej cudownej atmosfery, tej różnorodności kulturowej, językowej, narodowościowej. Abym mógł zobaczyć z bliska, że mimo barier można tworzyć mosty, że mimo przeciwności można budować wspólnotę, że mimo grzechów można stać się świętym. Chciał, abym mógł wsłuchać się w słowa papieża Franciszka, który mówiąc prostym językiem, trafiał do serc uczestników Światowych Dni Młodzieży. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co usłyszałem podczas czuwania na Campusie Misericordiae oraz podczas Mszy Świętej Posłania. Te słowa na długo zapiszą się w mojej pamięci. Chciałbym żyć nimi na co dzień. Chciałbym nie być kanapowym chrześcijaninem, chciałbym nie bać się podejmować ryzyka, chciałbym pozostawić po sobie ślad. Chciałbym robić w życiu to, co będzie przynosiło szczęście drugiemu człowiekowi, co będzie sprawiało, że świat, w którym żyjemy będzie lepszy. Chciałbym nie odpowiadać złem na zło, nienawiścią na nienawiść, ale tak jak mówił papież- pokazywać, że większą siłę ma braterstwo, poświęcenie, podanie ręki drugiemu człowiekowi. Chciałbym uczyć się od starszych ich życiowej mądrości, chciałbym czerpać z ich przeogromnego skarbca doświadczenia. Chciałbym z miłością pochylać się nad słabszym, chorym, biednym, chciałbym być widocznym znakiem miłosierdzia. Wszystko to wydaje się piękne i wzniosłe. O wszystkim tym łatwo jest mówić teraz, w tej podniosłem atmosferze, kilka dni do Światowych Dniach Młodzieży. Trudniej to wykonać w szarej rzeczywistości. Jednak teraz, mając w pamięci, to co działo się w Krakowie będzie łatwiej. Nie możemy bowiem tego zmarnować, nie możemy tego zatracić. Ten czas był czasem siewu. Ziarno padło- myślę, że na ziemię żyzną. Musimy czekać na jego wzrost. Oby wydało dobre owoce.

   Dziękuję Bogu za łaskę bycia w centrum Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Dziękuję za Kasię, Adę i Łukasza, dzięki którym mogłem tam być. Dziękuję za papieża Franciszka, za jego gesty, słowa, za jego mądrość i wszystkie rady, które dał nam- młodym. Dziękuję za każdego pielgrzyma, za jego świadectwo. Dziękuję organizatorom i wolontariuszom- wszyscy stanęli na wysokości zadania i pokazali, że Polak potrafi. Światowe Dni Młodzieży 2016 były, są i będą wielkim sukcesem Krakowa i Polski. Były, są i będą zaczątkiem nowej wiosny Kościoła. Były, są i będą jednym z ważniejszych wydarzeń w moim życiu. Wydarzeń, które zmienią moje życie…

Szafa

SMALL_regal_na_przetwory   Ostatnimi czasy bardzo popularne stały się szafy.  I to chyba wszystkie ich rodzaje. Te dwudrzwiowe, wysokie, niskie, drewniane czy pancerne. A cały ten galimatias wywołany jest przez jedną szafę- szafę Kiszczaka, w której to podobno są dokumenty, świadczące, że III RP to fikcja. W której są dowody, mające sprawić, że historia Polski po 1989 roku zostanie napisana na nowo, że starzy bohaterowie i ich czyny zostaną zdeprecjonowani, a na piedestał zostaną wniesieni Ci, którzy w tamtych czasach siedzieli w domu i nawet palcem nie kiwnęli, aby coś zrobić. Szkoda, że my Polacy tak szybko zapominamy. Szkoda, że tak łatwo jest nam kogoś opluwać. Szkoda, że najlepszym towarem eksportowym, jaki mamy jest właśnie żółć. Żółć, która sączy się z każdego sfrustrowanego człowieka, który nie może pogodzić się z tym, że nic w życiu nie osiągnął. Ale postawmy tutaj kropkę, gdyż nie o tym chcę dzisiaj pisać.

   Mnie bardziej interesuje szafa, którą każdy z nas ma we własnym domu. Szafa, w której przechowujemy  marzenia, pragnienia, nasze sekrety. Bo chyba każdy z Was- Drodzy Czytelnicy ma takie rzeczy, o których nie chce nikomu powiedzieć. Ma słoiczki, w których wekuje swoje mniejsze lub większe problemy, mniejsze lub większe pragnienia czy marzenia. Te słoiczki skrzętnie wstawiane są na półki w szafie i cierpliwie czekają na lepsze czasy, aby je wyciągnąć. To tak samo jak z kiszonymi ogórkami. Idziemy po nie do piwnicy, tylko wówczas, gdy są potrzebne. Wcześniej stoją sobie cichutko na półce i się po prostu kiszą. Czekają na odpowiedni moment. I podobnie jest z naszymi marzeniami, planami. Są pochowane i czekają na dobre czasy.

   Gorzej z sekretami. Te zazwyczaj chcemy schować, gdzieś głęboko, najlepiej na najwyższą półkę, czy w takie miejsce, gdzie na pewno ich nie zauważymy. Robimy wszystko, aby być od nich jak najdalej. Ale czy to jest najlepsze wyjście? Czy dobrze się na tym wychodzi? Co dzieje się z wekami, o których ktoś zapomniał, które stoją w piwnicy już kilka lat? Psują się. Tak samo jest z naszymi sekretami. Psują nas samych od środka. Sprawiają, że nie możemy siebie do końca wyrazić. Ograniczają nas w jakiś sposób. Zamykają nas. Bardzo dobrze to zilustrowała J.K. Rowling- autorka przygód Harrego Pottera. W każdej jej książce pojawiała się postać, która miała jakiś sekret. Osoba, która przez cały czas wydawała się inna niż była w rzeczywistości. Ile w tych fikcyjnych postaciach jest odniesień do nas? Ilu jest w każdym z nas profesorów Quirellów, Lockhartów, Lupinów, Moodych, Umbridge czy Snapeów? Ilu w końcu jest w nas Dumbledorów? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami- Drodzy Czytelnicy. To Wy najlepiej siebie znacie. Znacie swoje sekrety.

   Pamiętajcie- nie wekujcie zbyt długo swoich problemów. Nie wekujcie zbyt długo swoich sekretów. Zaglądajcie często do szafy Waszego życia. Wyciągajcie z niej na bieżąco słoiki. Wietrzcie ją. Wtedy na pewno życie będzie łatwiejsze. Tak więc- Drodzy Czytelnicy- marsz do szafy :) .

Wczorajsze święto

z11034910Q,Walentynki   No na szczęście minął już 14 lutego. Mamy nowy dzień, nowy tydzień, a kolejne Walentynki są dopiero za rok. Uff. Festiwal serduszek, czekoladek, tulipanów i innych gadżetów skończył się. Wszystko to zostało schowane do kartonów i upchnięte w magazynie lub, jak to często w dużych sklepach bywa będzie jeszcze przez kilka tygodni zalegały na półkach, opatrzone etykietką PROMOCJA. Ale czy miłość można w taki sposób traktować? Czy wystarczy jeden dzień w roku, aby sobie o niej przypomnieć?

   Nie wiem, czy wiecie- Drodzy Czytelnicy, ale święty Walenty, którego wspomnienie wczoraj obchodziliśmy, jest patronem osób chorych psychicznie. Ale jakby się tak głębiej zastanowić, to przecież każdy, kto jest zakochany nie jest w pełni władz umysłowych. Podejmuje decyzje, nie zawsze oparte o racjonalne myślenie, decyzje, które wynikają z potrzeby serca, a może i z brzucha, gdzie przecież latają motyle. Biega w deszczu po kałużach ze swoim ukochanym lub ukochaną, wystaje pod oknem z gitarą w ręku i budzi sąsiadów swoim śpiewem, wstaje o 7 rano, aby iść po świeże bułki na  wspólne śniadanie. Robi coś, czego normalnie by nie zrobił. Ale tak to już jest z tą miłością. Wyzwala w nas pokłady drzemiącej gdzieś głęboko kreatywności, empatii, sprawia, że rezygnujemy ze swojego egoizmu, że chowamy swoje wydumane ego do kieszeni, bo przecież teraz to nie my jesteśmy najważniejsi. Teraz jest ktoś, dla kogo warto się starać, dla kogo warto zmieniać swoje upodobania i przyzwyczajenia, dla kogo warto, po prostu zrobić coś szalonego.

   Dlatego też życzę wszystkim zakochanym oraz wszystkim tym, którzy dopiero czekają na ukłucie strzały Amora, abyście nie zapominali, że miłość należy okazywać każdego dnia a nie tylko od święta. Chłopacy- nie zapominajcie, że kwiaciarnie są otwarte codziennie. Wystarczy tylko do nich wejść. Miłość pielęgnowana na co dzień jest ciekawsza, milsza i przyjemniejsza, a co najważniejsze nie jest nudna. Tak więc- KOCHAJMY SIĘ :).

Szlifowanie diamentu

   imagesJuż starożytni odkryli, że sport jest czymś, co sprawia, że życie człowieka nabiera sensu, co daje siły witalne, przedłuża nasz pobyt na tym ziemskim padole, ale również kształtuje charakter. Bo przecież każda dyscyplina sportowa opiera się na rywalizacji, która jest czynnikiem sprawiającym, że dążymy do bycia jeszcze lepszymi, doskonalszymi, że chcemy aby to nas oklaskiwano, nam zakładano laury na głowę. Uczy on nas także pokory, bo przecież każdy sukces jest wcześniej okraszony wieloma niepowodzeniami, upadkami, licznymi pytaniami- czy to ma sens? Jednak, aby to wszystko było możliwe musi w każdym człowieku, zwłaszcza młodym, narodzić się, a później zostać odkryta pewna predyspozycja do uprawiania danej dyscypliny sportu. I właśnie nad tematem odkrywania chciałbym się dzisiaj pochylić.

  Jestem przekonany, że każdy z Was, Drodzy Czytelnicy pamięta swoje zajęcia z wychowania fizycznego, prowadzone na każdym szczeblu edukacji. Były one mniej lub bardziej ciekawe, mniej lub bardziej urozmaicone, prowadzone z mniejszym bądź większym zapałem. Były one także przez Was, mniej lub bardziej lubiane. Wiem z własnego doświadczenia, że nasze spojrzenie na dany przedmiot szkolny w głównej mierze było uwarunkowane podejściem nauczyciela do wykładanych treści. Jeśli historyczka potrafiła zachęcić uczniów do słuchania, jakie to były ciekawe wojny napoleońskie, to i oni odpłacali jej się później dobrymi ocenami na sprawdzianie. A zamiłowanie do sportu rodzi się głównie, w mojej ocenie i mam nadzieję, że także i w ocenie wielu spośród Was, z tego, jakie podejście ma do prowadzonych zajęć wuefista. Jeśli prowadzone przez niego zajęcia polegają wyłącznie na rzuceniu piłki do gry w nogę i spędzeniu reszty lekcji na siedzeniu na ławce i patrzeniu na to, jak młodzi chłopcy w dziki sposób w nią grają, nie zwracając w ogóle uwagi na tych, których piłka nożna w ogóle nie interesuje- takie zajęcia nie mają najmniejszego sensu. Powiem szczerze, że mój brak zamiłowania do lekcji wychowania fizycznego wynikał właśnie z takiego podejścia nauczyciela, który z góry zakładał, że skoro piłka nożna jest naczelnym sportem Polaków, skoro gra się w nią wszędzie, to przecież będzie idealną rozrywką na 45 minut, które stanowią odskocznię pomiędzy trzema zajęciami z języka polskiego, a matematyką i przyrodą. A przecież nie każdy młody chłopak musi fascynować się Messim, Błaszczykowskim czy Lewandowskim, nie musi znać wyników ostatnich meczów Ligii Mistrzów, czy autorów najlepszych bramek na ostatnim Mundialu. Przecież nie każdy urodził się piłkarzem. Może w chłopcu, który jest wybierany na samym końcu podczas podziału drużyn na zajęciach, drzemie talent do gry w siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczną. Może w tym chłopcu, któremu nikt nie chce podać piłki, jest talent do biegów przełajowych, rzutu piłeczką palantową czy skoku wzwyż. Może ten chłopiec, który jest przez kolegów marginalizowany podczas gry w piłkę, mógłby w przyszłości zostać wyśmienitym pływakiem, lekkoatletą czy tenisistą.Aby z diamentu uzyskać piękny brylant, trzeba go najpierw oszlifować. Tak samo jest z odkryciem talentu. Trzeba spróbować wielu rzeczy w życiu, aby w końcu odkryć to, co mi najlepiej wychodzi, co chciałbym robić dalej, co sprawia mi przyjemność. A gdzie najłatwiej odszukać taką ,,szlifiernię”? Nie trzeba wybiegać daleko. Uważam, że jest nią szkoła i ludzie w niej pracujący. A odnosząc się do tematu artykułu- są nią wuefiści. To oni poprzez swoje zaangażowanie, poprzez głębsze spojrzenie na młodego człowieka, mogą odkryć wiele talentów. Mogą poprzez swoją postawę rozbudzić w młodzieży- coraz to bardziej otyłej, zasapanej, przytłoczonej siedzeniem przed komputerem i telewizorem- zainteresowanie szeroko rozumianym sportem. Mogą sprawić, że rodzice nie będą musieli załatwiać swoim dzieciom zwolnień lekarskich, tylko dlatego, że na każdych zajęciach gra się w piłkę nożną. Może dzięki temu za kilka lat będziemy cieszyć się sukcesami naszych rodaków na konkursach, mistrzostwach czy igrzyskach olimpijskich.

  Wszystko, co wcześniej napisałem wynika z mojego własnego doświadczenia szkolnego. Zarówno tego w szkole podstawowej, gimnazjum, jak i w szkole średniej. Na każdym z tych szczebli edukacji pojawiał się taki sam schemat. Rozgrzewka, rzucenie piłki i hulaj dusza, piekła nie ma. Czasami tylko jakieś biegi, czy ten czy inny skok, co by mieć jakieś oceny w dzienniku. A tak poza tym, cały czas piłka nożna i piłka nożna i piłka nożna. Może chodziłem do wyjątkowych szkół. Nie wiem. Pytanie czy i u Was, Drodzy Czytelnicy też tak to wyglądało? Dlatego też bardzo spodobała mi się forma zajęć z wychowania fizycznego, jaka została zaproponowana na studiach. Mogłem wówczas wybrać, to co chciałem, to co sprawiałoby mi przyjemność, co nie byłoby przykrym obowiązkiem, ale szczęśliwą koniecznością. Z racji, że lubię pływać- wybrałem basen. I nie żałuję tej decyzji.

   Dlatego też i Was zachęcam, Drodzy Czytelnicy- niezależnie kim jesteście- uczniami, rodzicami, czy nauczycielami- zabiegajcie o to, aby zajęcia w-fu były urozmaicone, aby były przekrojem wszystkich możliwych dyscyplin sportowych, aby dawały każdemu- nawet najsłabszemu- możliwość wykazania się. Jeśli tak będzie, wówczas każdy młody człowiek, będzie mógł z ręką na sercu powiedzieć, że w zdrowym ciele jest zdrowy duch. A jak duch jest zdrowy, to wszystko jest THE BEST.

Rzeczy ważne i ważniejsze

   pobrany plikPolskie kino nie należy do ścisłej czołówki kinematografii światowej. Nie mamy zbyt wielu filmów, które osiągnęły wielki sukces, o których mówiłoby się przez wiele lat. No może Wajda, Holland i kilku innych reżyserów stworzyło coś, co trafiło do szerszego kręgu odbiorców, o czym przez kilka miesięcy dyskutowano. No i oczywiście należy tu wspomnieć Pawła Pawlikowskiego i jego ,,Idę”, która w zeszłym roku zdobyła pierwszego w historii polskiego filmu Oscara. Ale nie o filmach chcę pisać. Chociaż to one zainspirowały mnie do tych przemyśleń. Konkretnie były to dwie obejrzane przeze mnie produkcje polskie: ,,Moje córki krowy” oraz ,,Słaba płeć”.

   Oba dotykały ważnego problemu- problemu utraconych wartości.  Żyjąc szybko, ciągle za czymś goniąc nie uświadamiamy sobie, jak wiele rzeczy ucieka nam przez palce. Jak wiele rzeczy traktujemy błaho, tak zwyczajnie. Wiemy, że są, że istnieją, ale ich nie doceniamy. Przypominamy sobie o nich dopiero, gdy je stracimy. Tak jest właśnie ze zdrowiem, pracą, przyjaciółmi, rodziną czy po prostu szczęściem. Ale może właśnie taki chichot losu jest nam potrzebny, abyśmy otrząsnęli się z tego błogiego stanu, w którym żyjemy, abyśmy zatrzymali się na chwilę i pomyśleli, co tak naprawdę w życiu się liczy. Pieniądze są niezbędnym elementem naszej egzystencji- ale nie najważniejszym. Kariera i wysokie stanowiska są w pewnym sensie jakimś motorem napędzającym nasze jestestwo, ale nie są aż tak ważne. Bo tak jak je szybko zdobyliśmy, tak też szybko możemy je stracić. Nasz wysiłek i pot wylany na siłowni, aby wyrzeźbić piękne ciało może w jednej chwili pójść w zapomnienie, gdy dowiemy się, że jesteśmy śmiertelnie chorzy. Gdy zostaniemy zaskoczeni przez przypadłość, która przykuje nas do łóżka i sprawi, że będziemy zdani na pomoc innych.  Wtedy dopiero uświadamiamy sobie, jak wiele straciliśmy, jak wiele nas ominęło, jak wiele czasu zmarnowaliśmy, jak wiele osób zraniliśmy. Ale może właśnie takie wydarzenia są nam potrzebne? Może kłody leżące pod nogami czy grom z jasnego nieba są tymi czynnikami, które mają nam w końcu uświadomić, co jest w życiu tak naprawdę ważne. Bohaterki obu filmów musiały coś stracić, aby zrozumieć. Jednej los zabrał zdrowie matki. Sprawił, że musiała przemeblować swoje życie, aby móc odwiedzać chorą w szpitalu. Druga natomiast straciła pracę w dobrej korporacji. Oszukana i wykorzystana przez przyjaciółkę musiała od nowa ułożyć sobie życie, w rzeczywistości, która była dla niej odległa. Jednak obie uświadomiły sobie, że nie warto się przez całe życie oszukiwać, że nie warto wierzyć, że zawsze będzie łatwo i przyjemnie, że w życiu tez zdarzają cię deszczowe dni. Szkoda tylko, że musiało to odbyć się takim kosztem.

   Obyśmy nigdy nie musieli- Drodzy Czytelnicy być tak zaskakiwani przez los. Abyśmy zawsze pamiętali, że w życiu są sprawy ważne i ważniejsze. I abyśmy zawsze wybierali te ważniejsze. Czego Wam i sobie życzę :) .

Rozważania o potędze czasu

   pobrany plikCzas. Każdy z nas wie, jak potężne to zjawisko. Nikt ani nic nie jest w stanie go zatrzymać. Nie można go także cofnąć. Nie zdoła się go także wyprzedzić. On był, on jest i on będzie. Kruszy skały, sprawia, że papier staje się żółty oraz, że włosy na głowie przybierają siwy kolor. Ale jakby tak się głębiej zastanowić, to chyba jest sposób, aby go oszukać, aby sprawić, że na chwilę zwolni, a może i nawet stanie w miejscu. Tym wytrychem są wspomnienia i marzenia. Wspomnienia zawarte na zdjęciach, pocztówkach, w zeszytach, czy te pozostające w naszych głowach. Dzięki nim możemy powracać do tego, co było, wtedy gdy tylko mamy na to ochotę.  A marzenia są ze swej natury swoistym  przyspieszaczem czasu. Dzięki nim możemy zerkać przez szparę drzwi z napisem PRZYSZŁOŚĆ. Tak więc chciałbym abyśmy dzisiaj- w ostatni dzień 2015 roku trochę wspólnie powspominali i pomarzyli. A więc do dzieła :) .

   Rok rozpocząłem z impetem, bawiąc się na jednym z lepszych Sylwestrów mojego życia. Wspólnie ze znajomymi witałem bowiem Nowy Rok nad polskim morzem- w turystyka-francja-paryz-05Łazach. A jak mówią, jaki Nowy Rok, taki cały rok. Przysłowie w moim przypadku sprawdziło się w 100%. Kolejne tygodnie i miesiące przyniosły bowiem ciekawe wydarzenia. Wspomnieć tu należy słynny Eurotrip, który został zapoczątkowany wyjazdem do stolicy Francji. Paryż zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zabytki, ludzie, atmosfera, jedzenie, to wszystko rozbudziło nieodpartą chęć, aby tam powrócić, aby jeszcze raz przeżyć wspaniałą przygodę w mieście Burbonów, Rewolucji i wieży Eiffla. Podobne uczucia rozpaliła we mnie Praga oraz Bruksela, które miałem okazję odwiedzić w kolejnych tygodniach. Bardzo często powracam wspomnieniami do tamtych dni, do przeżytych wraz z przyjaciółmi chwil, do wspólnych przygód, zabawnych sytuacji, zdjęć i filmów, których z tamtych chwil mamy całe mnóstwo. Każdy z tych wyjazdów wniósł w moje życie wiele cennych doświadczeń, otworzył nowe horyzonty, pokazał, że nasze życie to przede wszystkim ciągłe poznawanie i odkrywanie otaczającego nas świata.

   W tym też roku zakończyłem także najlepszy okres mojego życia. Skończyłem studia i szczęśliwie obroniłem tytuł magistra ekonomii. Łezka mi się w oku kręci, gdy pomyślę sobie, że ten czas już nigdy nie wróci, że już nigdy nie będę studentem, ze wszystkimi tego udogodnieniami, które objawiały się zniżkami oraz pełnymi jedzenia słoikami :) . Coś się skończyło, ale co innego się zaczęło. Nie skończyłem bowiem swojej przygody z Uniwersytetem Przyrodniczym. Zmieniła się jedynie rola, w której występuję. Teraz jestem szczęśliwym jego pracownikiem, który z uśmiechem na ustach przekazuje zdobytą wiedzę nowym zastępom studentów. Oby tak było aż do emerytury :) .

   W tym także roku przeżyłem wiele wspaniałych chwil z moimi koleżankami i kolegami. Wspólnie  śmialiśmy się, wspólnie przeżywaliśmy ważne dla nas wszystkich chwile, wspólnie podróżowaliśmy, zwiedzaliśmy, graliśmy, śpiewaliśmy, pielgrzymowaliśmy. Robiliśmy to razem, bo tylko tak jest najpiękniej- we wspólnocie. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, dziękuję za to, że byliście i proszę Was- wybaczcie mi to, co było z mojej strony złe, to czym Was zraniłem lub obraziłem. Wejdźmy w Nowy Rok z czystym kontem, wejdźmy z nadzieją, że będzie on równie udany, jak ten, który kończy się.

   Ten rok był także ważny z innego powodu. Był ważny z powodu MOTYLI. To one w kwietniu w końcu mogły opuścić swoje ciepłe lokum. Lokum, w którym przebywały bardzo długi czas. Dziękuję za motyle :) pobrany plik

   Ale oprócz chwil radosnych, szczęśliwych i przyjemnych były także i te przepełnione goryczą. Zdarzały się mniejsze lub większe upadki, złe wybory. Czasami płynęły łzy, był krzyk i nerwy. Ale przecież życie to nie bajka, świat nie jest różowy. Jest czasami także szary. Naszym zadaniem jest go kolorować. Z upadku szybko się podnosić i robić wszystko, aby powtórnie się nie potykać o tę samą przeszkodę. Tego sobie i Wam- Drodzy Czytelnicy życzę :) .

   I na koniec należałoby trochę pomarzyć. Należałoby zaplanować nadchodzący rok. Tak zrobiłem w zeszłym roku. Część z tego, co wówczas planowałem, udało mi się zrealizować. Odsyłam do artykułu pod tytułem ,,Czas podsumowań”. Można sprawdzić, co się udało wykonać, a co w nadchodzącym Nowym Roku powinno zostać ponownie podjęte.  W tym roku przed planowaniem powstrzymam się. Dam się wykazać temu potężnemu zjawisku, jakim jest czas. Zobaczymy, co przyniosą kolejne godziny, dni, miesiące. Mam oczywiście kilka marzeń, większych i mniejszych planów, które chciałbym zrealizować w najbliższym czasie, ale nie będę nic mówić, aby nie zapeszać. Czuję jednak w kościach, że będzie to rok wyjątkowy. Rok przełomowy. Oby tak rzeczywiście było :) .

   A dla Was- Drodzy Czytelnicy- niech ten nadchodzący Nowy Rok nie będzie gorszy od poprzedniego. Życzę Wam, abyście nie marnowali żadnej chwili, abyście czerpali z każdego dnia pełnymi garściami, abyście pamiętali, że czasu nie da się cofnąć, nie da się go przyspieszyć. Można go jedynie zatrzymać- zatrzymać we wspomnieniach. Wspaniałych wspomnień zatem Wam życzę :) .

 Wielką Miłość w żłobie położono, na sianie,

gdyż w gospodzie miejsca dla Niej nie stanie.

Położono obok krów, osłów i koni,

wśród ryku, krzyku i nieprzyjemnej woni.

Dziecko złożono w miejscu, gdzie zwierzęta mają dom,

choć Ono u Ojca miało ciepło, berło i tron.

Zamiast kołderki miało chustkę matczyną.

Tak to już było z tą Bożą Dzieciną…

Niech te święta będą przepełnione miłością płynącą z betlejemskiego żłóbka.

Niech każdy doświadczy radości ze spotkania Jezusa
obecnego w drugim człowieku.

Niech każdy odnajdzie spokój, radość, ciszę.

Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia

1_swieto-swietej-rodziny-jezusa-jozefa-i-maryi-29122013

Sieroty

o-jan-gora-op-fot-lednica2000   Bóg zaskakuje nas każdego dnia. Kto by się spodziewał, że w ostatnim tygodniu Adwentu, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, zrobi nam taką niespodziankę. A jednak. Śmierć ojca Jana Góry była dla nasz wszystkich szokiem. Sprawiła, że każdy z nas zatrzymał się na chwilę, oderwał od lepienia pierogów, pieczenia pierników czy robienia zakupów i przystanął, aby zapytać: dlaczego?

   Pytanie jak najbardziej zrozumiałe, bo przecież stało się to tak nagle. Twórca spotkań młodzieży nad jeziorem Lednickim, odszedł w najmniej przez wszystkich oczekiwanym momencie. Odszedł przez jubileuszowym- XX już spotkaniem młodzieży na Lednicy, przed celebracją 1050 chrztu Polski oraz przed wydawałoby się najważniejszym- Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Odszedł tak jak żył- w pośpiechu. Odszedł podczas sprawowania Mszy Świętej- najlepszego z najlepszych spotkania z Jezusem. Pozostawił wielką pustkę, której nie uda się łatwo zapełnić.

   Boże plany są dla nas niezrozumiałe. Nasz Stwórca jednak ma wobec całego świata i każdego z nas konkretny plan. Przez takie właśnie wydarzenia- chociaż z ludzkiego punktu widzenia mogłoby ono się wydawać dramatyczne- chce nam coś powiedzieć. Chce nas zmusić do refleksji. Zadumy nad własnym życiem, nad sposobem jego przeżywania. Ojciec Jan był i będzie przykładem tego, że nigdy nie należy się poddawać, że nigdy nie należy oddawać się marazmowi, że każdego dnia trzeba stawać do walki ze samym sobą, z własnymi wadami i grzechami. Był przykładem, że przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie można wszystko, bo przecież to On nas umacnia, to On jest Panem naszego życia. Doskonale to wiedział. Starał się tego uczyć młodzież. Starał się wychowywać ich w duchu nauczania świętego Jana Pawła II. A młodzież- mimo iż zagubiona- zawsze odpowiadała na jego wezwanie. Stawiała się nad jeziorem Lednickim, aby o zmierzchu, w pierwszą sobotę czerwca, wybierać Chrystusa. Będzie tak robiła nadal. Bo przecież ojciec Jan nie odszedł tak na 100%. Pozostała po nim wielka spuścizna, która na pewno będzie zagospodarowana. Ziarno nie wyda plonu, nim wcześniej nie obumrze. Ofiara z życia nigdy nie idzie na daremne. Ojciec Jan jeszcze bardziej złączy się z Lednicą. Stanie się jej stróżem, gdyż zgodnie z ostatnią wolą, jego grób ma znaleźć się właśnie tam, gdzie przez 20 ostatnich lat gromadził tysiące młodych ludzi- na Lednicy.

   Mam świadomość tego, że przyszłoroczne spotkanie młodzieży pod bramą Rybą będzie inne. Nie będziemy słyszeć ojca Jana, który mówi: kocham Was, który mówi, że przez śpiew i taniec również można chwalić Boga. Czasami jednak milczenie jest lepsze od tysięcy słów. Zaduma nad jego życiem, nad tym, co robił i kim był, sprawi, że jeszcze lepiej go poznamy, że poprzez jego przykład mocniej zakochamy się w Panu Bogu. A o to przecież w naszym życiu chodzi- aby każdego dnia na nowo i coraz bardziej zakochiwać się w Bogu.

cZŁOwiek

   pobrany plikLudzie uważają, że piątek 13 jest zawsze dniem pechowym. Tegoroczny był rzeczywiście pechowy. Był najtragiczniejszym dniem w tym roku. Dniem, w którym niewinni ludzie ponieśli śmierć. Śmierć, która była zadana w imię Boga. I tutaj rodzi się pytanie: który Bóg chce, aby w Jego imię pozbawiać życia drugiego człowieka? Odpowiedź jest jedna- żaden.

   Zamach terrorystyczny w Paryżu pokazał nam, że żyjąc w XXI wieku, żyjąc w czasach, które od prawie 70 lat nie były naznaczone wojną, nie możemy czuć się bezpieczni. Pokazał nam, że człowiek jest zdolny do tego- aby w imię wymyślonej przez siebie ideologii, że to Bóg chce, aby ginęli innowiercy- zabijać bezbronnych i niewinnych ludzi. To wydarzenie uzmysłowiło nam, że występujące w wyrazie człowiek, słowo zło, nie jest tam przypadkowo. Ludzka natura jest bowiem zdolna do czynienia rzeczy wielkich, dobrych i wzniosłych, ale także do tworzenia tego, co obrażające, okrutne i straszne. Historia świata jest pełna osób świętych, które swoim życiem i postawą świadczyły o tym, że można żyć w zgodzie z samym sobą, innymi, środowiskiem i Bogiem oraz tych, którzy byli tego zaprzeczeniem. Pełna była tych, którzy w imię wzniosłych ideałów potrafili zabijać, potrafili zastraszać, manipulować i niszczyć to, co przez wielu było kochane. Wydarzenia w Paryżu sprawiły, że wszyscy zaczęliśmy zastanawiać się dokąd zmierza świat. Jeśli przeanalizujemy mszalne czytania na ten właśnie czarny piątek oraz następne dni, możemy zauważyć, że dotykają one sytuacji związanej z końcem świata. Czy Bóg przez te wydarzenia chciał nam coś powiedzieć? Czy chciał abyśmy coś zrozumieli, abyśmy otrząsnęli się ze zła, w którym codziennie się pogrążamy?

   Czy człowiek może usprawiedliwiać swoje czyny wolą Bożą? Czy może zabijać niewinną osobę mając na ustach Allahu Akbar, oznaczające że Bóg jest wielki? Nie może! Żaden rodzic nie żywi się krwią swoich dzieci. Żaden ojciec czy matka nie zabija swojego dziecka, aby samemu żyć. Żaden Bóg nie chce, aby w jego imię ktoś zabijał.

   Czy nadal uważam, że należy pomagać uchodźcom, tym, którzy szukają lepszego życia tutaj w Europie? Tak, nadal uważam, że jako chrześcijanie mamy obowiązek okazywać miłosierdzie. Nie każdy uchodźca to terrorysta, tak jak nie każdy chodzący do kościoła do prawdziwie wierzący. Nie wolno nam skreślać tysięcy ludzi, tylko przez to, że garstka popełniła błąd, tak samo jak nie można oceniać całego Kościoła przez pryzmat grzechów ludzi, którzy go tworzą. To, że ci ludzie uciekają z miejsc, w których mieszkali, jest konsekwencją decyzji wielkich tego świata, którzy tam wywołali wojnę. To przywódcy największych państw świata są współodpowiedzialni za to, co teraz dzieje się w Europie. To oni mają na swoich rękach krew niewinnych ludzi.

  Oby nigdy więcej nie powtórzyła się sytuacja, która miała miejsce 13 listopada w Paryżu. Oby człowiek nigdy nie zabijał drugiego człowieka w imię Boga!  Oby żądza odwetu za wszelką cenę nie była przyczynkiem do wybuchu wojny. Wojny, która może zniszczyć to wszystko, co kochamy!

Cmentarne Polaków rozmowy

p1a0ethnd5101714nl1k091f89lkg3   Bardzo lubię dzień Wszystkich Świętych. Lubię go z kilku powodów.

   Po pierwsze dlatego, że w tym dniu uświadamiam sobie, jak wielu świętych czuwa nade mną, jak cała rzesza kobiet i mężczyzn, świeckich i duchownych, starszych i młodych oręduje za mną w niebie, przed tronem Pana Boga. Ta rzesza zbawionych, niczym zawodowa armia, robi wszystko, aby nam, tutaj na tym łez padole żyło się lepiej. Dlatego też naszym obowiązkiem jest uczcić ich wszystkich w ten jeden dzień w roku.

   Po drugie. Lubię ten dzień dlatego, że mogę pochylić się nad grobem moich bliskich zmarłych i wdychając cudowną woń parafiny, zadumać się nad przemijaniem, zadumać się nad sensem moje życia. Wpatrując się w palące się znicze i spadające z drzew liście, które są wymownym znakiem, że coś się kończy, że po kilku miesiącach zielenienia się na gałązkach, trzeba opaść- uświadamiam sobie, że i ja kiedyś odejdę z tego świata. Zadaję sobie pytanie- czy ktoś kiedyś stanie nad moim grobem, czy ktoś będzie o mnie pamiętał? Jako osoba wierząca, wiem jednak, że życie nie kończy się na cmentarzu, że wszyscy jesteśmy powołani do świętości, do życia z Bogiem w niebie.

   Po trzecie. Lubię dzień Wszystkich Świętych dlatego, że widząc rzesze ludzi, którzy ustawiają kwiaty, znicze, stroiki w ilościach tak wielkich, że ledwo mieszczą się na nagrobku- dochodzę do wniosku, że Polacy to dziwny naród. Lubimy bowiem przypominać sobie o najbliższych, którzy odeszli, dopiero przy ważnych okazjach- urodzinach, imieninach, rocznicach, czy takich uroczystościach, takich właśnie jak 1 listopada. Spieszymy wtedy na cmentarze, grabimy liście, wstawiamy świeże kwiaty, zapalamy znicze, bo przecież tak wypada, tego wymaga szacunek dla zmarłych. Szkoda, że tylko od święta. Oczywiście oddaje tutaj honor tym, którzy chodzą regularnie na nekropolie, którzy niezależnie od pogody, czy pory roku, idą odwiedzić swoich zmarłych. Dobrze, że jeszcze tacy ludzie istnieją.

   Po czwarte. Lubię ten dzień, bo w nim to właśnie, można zauważyć, jaka jest w danym roku moda na zimowe buty, kurtki, futra, szale, czapki, kapelusze. Na cmentarzach odbywa się wówczas istna rewia mody, komentowana prawie znad każdego grobu.

   Po piąte. Lubię Wszystkich Świętych, bo właśnie w ten dzień, można zobaczyć, kto rzeczywiście przyszedł na cmentarz pomodlić się za zmarłych. Bo od tego cmentarze są, aby składać na grobach zmarłych najlepszą ofiarę, jaką jest nasza modlitwa. Większość bowiem myśli, że im więcej zniczy na grobie, im droższe kwiaty w wazonach, tym lepiej. A guzik z pętelką. Kwiaty zwiędną, znicze zgasną, a nasza modlitwa, czy przyjęta Komunia pomogą zmarłym dostać się do Raju. Dla prostego przykładu. Na cmentarzu w miejscowości, w której mieszkam było dzisiaj prawie 2,5 tysiąca, tak na oko licząc osób. Z tego może raptem do Komunii przystąpiło 500 , też tak na oko licząc. Siła 7 tysięcy palących się zniczy, czy tysięcy złotych zainwestowanych w kwiaty, w spotkaniu z mocą przyjętego sakramentu Eucharystii blednie. Szkoda, że tak mało osób o tym myśli.

   Po szóste. Lubię 1 listopada, ponieważ mogę wówczas zobaczyć, jak ludzie się zachowują, jaką posiadają kulturę osobistą. Trwa Msza Święta, co prawda inna w swojej oprawie, bo odprawiana w warunkach polowych, ale jej istota jest taka sama. Podczas niej przemawia do nas Bóg, poprzez swoje słowo, przychodzi On ze swoim Ciałem i Krwią w Komunii. Jednak wielu ludziom wydaje się, ze są na jakimś pikniku w lesie. Chodzą od grobu do grobu, zapalają w trakcie Eucharystii znicze, witają się ze znajomymi, rozmawiają, śmieją się, używają telefonów komórkowych. Dochodzi nawet do takich sytuacje, że podczas najważniejszej części Mszy Świętej, podczas Przeistoczenia, kiedy chleb zamienia się w Ciało, a wino w Krew- ludzie bezceremonialnie przechadzają się główną arterią cmentarza, tak jakby nigdy nic!!!! (Miałem okazję dzisiaj widzieć taką mrożącą krew w żyłach scenę). Jak można być aż tak nieodpowiedzialnym!!! Jak nie możesz klęknąć- schyl po prostu głowę, zatrzymaj się, oddaj cześć Twojemu Bogu i tym zmarłym, za których sprawowana jest ta Msza. Przecież idąc do teatru nie wchodzisz na scenę, gdy aktorzy grają, idąc do restauracji nie wchodzisz do kuchni, gdzie kucharze przygotowują dla Ciebie obiad!!!!

   Po siódme i ostatnie. Lubię dzień Wszystkich Świętych, dlatego że, mogę wieczorem iść na cmentarz i upajać się widokiem drzew oświetlonych światłem sączącym się z tysięcy zniczy. Mogę podziwiać ten festiwal ogna i parafiny. Jakież do cudowne uczucie.

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie! A światłość wiekuista niechaj im świeci…

PiS czy PiC?

images   Tak więc to, co głoszono już od wielu tygodni, to o czym można było przeczytać niemal w każdej gazecie, czy usłyszeć we wszystkich stacjach telewizyjnych- stało się faktem. Największa, jak do tej pory partia opozycyjna, ta która przez prawie 8 lat przegrywała kolejne wybory, nareszcie dopięła swego. Osiągnęła to, czego nie udało się jeszcze nikomu wcześniej. Prawo i Sprawiedliwość- o czym świadczą wszelkie znaki na niebie i ziemi, a przede wszystkim krzyżyki postawione przy nazwiskach konkretnych osób wywodzących się z tej formacji politycznej, wygrało wybory i będzie rządzić samodzielnie. Dlatego też ogarnięty szałem wyborczym, przesiąknięty informacjami, które bombardują mnie z każdej strony, postanowiłem trochę poblubrzyć o tym, co się wydarzyło dnia 25 października 2015 roku- dnia, który na pewno przejdzie do historii Polski, Europy i świata.

   Pierwszym i zasadniczym pytaniem, które chciałbym sobie dzisiaj postawić, jest to dotyczące przegranej partii rządzącej. Jak to się mogło stać, że niezwyciężona dotąd Platforma Obywatelska oddała palmę pierwszeństwa Prawu i Sprawiedliwości? Myślę, że było to spowodowane głównie jej zgnuśnieniem. Łatwo jest do władzy dojść, trudniej z niej zrezygnować. Przyklejenie do stołka, stanowiska, piastowanego urzędu, nigdy nikomu nie wyszło na zdrowie. Dlatego też popieram inicjatywę pana Petru, który chce wprowadzenia kadencyjności na każdym szczeblu władzy. Tak, jak sprzęty się zużywają i wymienia się je na lepsze modele, tak samo należy robić z politykami. Nowe twarze, świeże spojrzenie, młodość, entuzjazm i kreatywność- to coś co sprawia, że polityka nie jest tylko sztuką, dla sztuki, ale prawdziwym służeniem Ojczyźnie. Kadencyjność sprawiłaby, że z wykazu profesji wypadłby zawód polityk, gdyż każdy radny, burmistrz, prezydent, poseł czy senator musiałby po skończonym okresie urzędowania na nowo powrócić do normalnego życia gospodarczego. Musiałby wejść na brutalny rynek pracy, który by zweryfikował jego kompetencje i przydatność gospodarczą. Wracają jednak do Platformy Obywatelskiej. Jej przegrana była nieunikniona. Konia z rzędem temu, kto w zakładach bukmacherskich postawiłby na jej sukces. Wygranie wyborów po raz trzeci z rzędu, po przeprowadzeniu trudnych i potrzebnych reform- ale społecznie nielubianych-  byłoby fenomenem, zarówno w skali kraju, jak i Europy. Dlatego też nie liczyłem, że obecnie rządzący te wybory wygrają. A może i lepiej, że przeszli do opozycji. Będą mieć czas na to, aby przemyśleć błędy- szczególnie afery, jakie miały miejsce podczas ostatnich 8 lat. Będą mieć czas na zweryfikowanie swojego programu, swoich postulatów. Może wybiorą nowego przewodniczącego? Może poczekają na powrót Tuska na białym koniu. Tego nie wiem. Ich czas przeminął, a historia za kilka lat oceni to, czego dokonali. Uważam jednak, że nie zostawiają Polski w ruinie, że przez te lata nasza Ojczyzna się zmieniła, zmieniła się na lepsze. Platforma zostawia Polskę stabilną gospodarczo, liczącą się na arenie europejskiej i światowej. Polskę, która jest wzorem do naśladowania. Oby nie zostało to zmarnowane.

   Drugie pytanie, które sobie dzisiaj zadaję, dotyczy tego, co w obecnej sytuacji zrobi Prawo i Sprawiedliwość? Otrzymało bardzo duży kredyt zaufania. Obywatele poprzez swoje głosy sprawili, że będą rządzić samodzielnie. Sytuacja bez precedensu w dziejach wolnej Polski. Nie trzeba będzie budować egzotycznych koalicji. Teraz nie będzie już można zrzucić winy na inną partię. Teraz wszystko jest w jednych rękach. Rękach, które trzymają różne sznurki. Wybory do Sejmu i Senatu były początkiem. Teraz nastąpi zmiana również na najwyższych stanowiskach w urzędach państwowych, między innymi w województwach, bo to właśnie premier mianuje wojewodów. W przyszłym roku kończy się także kadencja Prezesa NBP oraz Rady Polityki Pieniężnej, w której skład wchodzi 9 członków, mianowanych po 3, kolejno przez Sejm, Senat i Prezydenta. Zarówno władza wykonawcza, jak i ustawodawcza, jest w rękach PiS-u, tak więc spodziewam się całkowitej wymiany w szeregach RPP. Co to może oznaczać? Oznaczać to, może jedno- że bank centralny straci swoją niezależność, co będzie zjawiskiem bardzo niekorzystnym. Wymianie ulegną władze Telewizji Publicznej i Radia, dyrektorzy spółek Skarbu Państwa. Czystka nie ominie nikogo. Pytanie pojawia się jedno- czy to wpłynie pozytywnie na funkcjonowanie państwa czy wręcz odwrotnie?

   Trzecim pytaniem, które nasuwa mi się po tym, co wydarzyło się wczorajszego wieczoru, jest to dotyczące spełnienia obietnic wyborczych. PiS do władzy doprowadziły dwie rzeczy- zmęczenie Platformą i populistyczne obietnice. Pytanie ile z nich zostanie spełnionych? I pytanie, jakie skutki dla gospodarki one pociągną? Jeśli uda im się przeforsować wszystko, o czym mówili, wszystko, co obiecywali, to zaręczam Wam- Drodzy Czytelnicy, że Polska za 4 lata naprawdę będzie w ruinie. Bo przecież, gdy komuś chcemy coś dać- a tutaj chodzi o najbiedniejszych- trzeba komuś zabrać- czyli zabieramy tym, którzy mają- najbogatszym. A ten, kto dużo ma, łatwo nie odda. I już niedługo rozpocznie się masowe odpływanie kapitału z Polski, masowe wypłacanie depozytów-, gdyż obywatele obawiać się będą nowego od nich podatku. Zagraniczne inwestycje przeniosą się do innych państw, a nasza gospodarka się skurczy. Myślę, że ograniczenie pensji posłów i senatorów, ich dodatków i benefitów, powinno być pierwszą decyzją, która może przyczynić się do pozyskanie chociaż odsetka środków na realizację wyborczych haseł. Ale nie bądźmy czarnowidzami. Dajmy czas nowej władzy- niech się wykaże. Niech udowodni, że prawo i sprawiedliwość, które dumnie nosi w nazwie, nie jest tylko pustym hasłem. Niech pokaże, że będą to rządy PiS-u a nie rządy PICU.

   Podsumowując te dzisiejsze powyborcze wywody, stwierdzam, iż przyszło mi żyć w bardzo ciekawych czasach. Pamiętam bowiem pierwsze rządy PiS-u w latach 2005-2007, pamiętam rządy Platformy. Teraz przyjdzie mi patrzeć na rządy jednej partii- przyjdzie mi patrzeć i oceniać. Myślę, że będą to interesujące lata, o których będą mógł w przyszłość opowiadać swoim wnukom :) .

   Aha! Jeszcze moje preferencje wyborcze. Ja swój głos oddałem na nowy twór na polskiej scenie politycznej- oddałem go na .Nowoczesną pana Ryszarda Petru. Dlaczego to zrobiłem? Po pierwsze dlatego, że łączy nas wykształcenie- oboje jesteśmy ekonomistami. Do drugie- oboje byliśmy zniesmaczeni wojną PO z PiS-em. Po trzecie- oboje chcemy zmiany ordynacji podatkowej, lepszych warunków rozwoju dla przedsiębiorców, dla pracowników, równego traktowania wszystkich zawodów i grup społecznych. Po czwarte- oboje jesteśmy liberalnie nastawieni odnośnie spraw gospodarczych i światopoglądowych- tak Drodzy Czytelnicy- jako osoba wierząca, pragnę aby Kościoła nie mieszać do polityki. Jako osoba wierząca jestem otwarty na wszystkich ludzi- uchodźców, innowierców, osoby homoseksualne. Każdemu należy się szacunek i miłosierdzie. Polska należy do wszystkich, a nie tylko do wybranej grupy. Liczę, że .Nowoczesna z każdym miesiącem będzie zyskiwała poparcie i będzie działała na rzecz rozwoju naszej Ojczyzny. I na tym chyba zakończę :) .

Z dziennika asystenta

images   Każdy z Was- Drodzy Czytelnicy ma marzenia. Jedne większe, drugie mniejsze, te dotyczące teraźniejszości, ale w głównej mierze te, które nakierowane są na przyszłość. Zapewne i w Waszym przypadku- Drodzy Czytelnicy, dochodziło w dzieciństwie, do takich sytuacji, że wyobrażaliście sobie, co będziecie robić w przyszłości. Jaki będzie Wasz zawód? Zastanawialiście się nad tym, czy zostaniecie na przykład fryzjerem, piłkarzem, pielęgniarką, czy może politykiem. I ja także miałem takie marzenia. W mojej wizji przyszłości zawsze powtarzałem, że chciałbym wykonywać jeden z czterech zawodów: lekarza, księdza (wiem, wiem, ksiądz to powołanie :) ), dziennikarza i nauczyciela. Nigdy jednak się nie spodziewałem, że któraś z tych dziecinnych mrzonek zostanie spełniona. A jednak. Jak to mówią- warto mieć marzenia, doczekać ich spełnienia. Życie jest tak nieprzewidywalne, że nieraz jesteśmy przez nie zaskakiwani. I ja niedawno zostałem przez nie zaskoczony.

   Gdy w dniu dzisiejszym przekroczyłem próg Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, wiedziałem, że coś jest nie tak. Wiedziałem, że wchodzę w mury Uniwersytetu w zupełnie innej roli, że teraz wszystko będzie wyglądało inaczej. Pobranie klucza do pokoju uświadomiło mi, jak dużo się zmieniło. Jeszcze niedawno odwiedzałem pokoje wykładowców z drżącymi dłońmi i szybciej bijącym sercem, a teraz okazuje się, że w jednym z nich stoi biurko, przy którym przez najbliższy czas ja będę pracował. Naprawdę dziwne uczucie. Ale jak to mówią- punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :) . Jeszcze niespełna cztery miesiące temu, to ja czekałem aż wykładowca przyjdzie i otworzy salę, i zaprosi nas do środka na zajęcia. Teraz to ja musiałem zaprosić studentów na ćwiczenia ze mną. Musiałem stanąć przed nimi i próbować przekazać im konkretną wiedzę. Gdy tak stałem, dotarło do mnie, że lepiej chyba jest siedzieć po drugiej stronie biurka :)  . Ale z czasem okazało się, że prowadzenie zajęć może także być ciekawe. Tak jak denerwowałem się przed rozpoczęciem ćwiczeń, intensywnie myślałem- jak to będzie, tak w momencie ich trwania, te wszystkie wątpliwości minęły. Stres i zdenerwowanie odeszły i bez większych przeszkód mogłem przekazać słuchającym to, co miałem na dzisiaj przygotowane. Wiem, że w 80% było to związane z osobami, które mnie słuchały- z sympatycznymi studentami 3 roku finansów i rachunkowości. Myślę, że to dzięki ich wyrozumiałości dla moich pierwszych zajęć w nauczycielskiej karierze i otwartości umysłów, te zajęcia przebiegły w miłej dla nich i dla mnie atmosferze. Mam nadzieję, że będzie tak na każdych zajęciach, przez wszystkie lata mojej pracy, jako nauczyciela akademickiego.

   Tego sobie życzę, a może lepiej byłoby powiedzieć, o tym marzę. Bo przecież marzenia są od tego, aby się spełniały :) .

Prezenty dla Pana Boga

   pobrany plikKażdy z nas- Drodzy Czytelnicy lubi dostawać prezenty. Te duże, kosztujące bardzo wiele oraz te drobne, które są zazwyczaj przejawem życzliwości czy wdzięczności. Bo w dawaniu bowiem, wydaje mi się, nie liczy się rozmiar a przyświecająca mu intencja. Najważniejsze jest przecież to, aby, to czym kogoś obdarowujemy było okraszone czystością naszych intencji. A jak to jest z podarkami, jakie otrzymuje od nas Pan Bóg? I czy w ogóle takowe otrzymuje? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym artykule. Do napisania go w takiej a nie innej formie, pod takim a nie innym tytułem, skłoniły mnie dwie sytuacje. Pierwszą była sobotnia wizyta w Licheniu, w którym to znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Bolesnej Królowej Polski oraz rozmowa z moim kolegą- przyszłym doktorem teologii. Te dwa niezależne od siebie wydarzenia stopiły się niemal w jedno i dały impuls do tego, aby wyrazić swoją opinię o formie w jakiej możemy Bogu okazywać wdzięczność.

   Licheń to miejsce, gdzie znajduje się sanktuarium maryjne, które od wielu już lat budziło i budzi wiele kontrowersji. Kościół, jaki tam stoi jest bowiem największym, jaki udało się do tej pory pobudować w Polsce. Patrząc dalej jest on 8 w Europie i 12 na świecie pod względem wielkości. Ilość złota, zdobień, marmurów, kamieni i innych elementów ozdobnych jest przeogromna. Jego majestatyczność zapiera dech w piersiach i równocześnie sprawia, że gdzieś z tyłu głowy rodzi się pytanie ,,czy Bogu to się podoba?”. Dodam, że wszystko, co znajduje się w kościele i wokół niego zostało sfinansowane z dobrowolnych ofiar tysięcy, jak nie milionów wiernych, których nazwiska można przeczytać na specjalnych tablicach umieszczonych na ścianach bazyliki. Pozostawmy na chwilę Licheń w spokoju, a wróćmy do drugiego z wydarzeń, które dało początek temu artykułowi. Była to wizyta w salonie hafciarskim, do którego zaprowadził mnie mój kolega Piotr, aby pokazać mi powstający tam pięknie zdobiony ornat. Ornat wyszywany najlepszymi nićmi, którego wartość opiewa na kilka tysięcy złotych, a który- jak mi wytłumaczył Piotr, jest darem, wotum, podziękowaniem pewnej osoby za otrzymane łaski. Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, orant ten będzie używany tylko podczas ważnych uroczystości, a resztę roku spędzi wisząc w szafie na zapleczu kościoła, czyli inaczej mówiąc w zakrystii. Te dwa osobne, a jednak tak bliskie w swej naturze wydarzenia sprawiły, że w mojej głowie narodziła się myśl, którą już wcześniej artykułowałem: ,,czy Bogu jest to potrzebne?”.

   Ktoś powie, że każdy człowiek chce mieszkać w jak najlepszych warunkach, chce jeździć jak najlepszym samochodem, ubierać się w modne ubrania i jeździć na najlepsze z możliwych wakacji. Taka jest nasza natura. A skoro my dążymy do tego, aby wszystko wokół nas było jak najlepsze, to dla naszego Stwórcy i Zbawiciela wszystko powinno być po stokroć okazalsze. Tak- zgadzam się z tym w 100%. Skoro ja pragnę ubierać się pięknie, to powinien zadbać o to, aby w domu mojego Boga było pięknie. Co do tego nie mam żadnych uwag. Ale idąc dalej, czy powinno zakładać się gronostajowe futro na brudne ubrania? Wydaje mi się, że nie. Dlatego uważam, że lepszym i milszym dla Boga- chociaż mogę się mylić, gdyż nie jestem teologiem, jest czyste serce jego dzieci, a szczególnie czyste serce osoby, przez której ręce dochodzi do cudownego wydarzenia- przemiany wina w Krew i chleba w Ciało. Bóg w swej mądrości pokazał nam, że to co najważniejsze, to co najbardziej istotne i kluczowe dla naszej wiary, znajduję się w czymś tak bardzo prostym, kruchym i powszednim- w chlebie, który codziennie bierzemy do ręki. O ile jestem za najlepszymi materiałami do produkcji naczyń liturgicznych- bo przecież w nich jest ,,przechowywany” Bóg, tak uważam, że nadmierne zdobienia, piękne szaty są elementem zbędnym. W dzisiejszych czasach do ludzi nie trzeba przemawiać obrazem. Do dzisiejszego człowieka należy przemawiać gestem. Nie żyjemy w Średniowieczu, gdzie Ewangelię wyjaśniały rzeźby i malowidła. Najlepszym przykładem gestu, jaki został nam dany na te czasy jest papież Franciszek, który w dniu wyboru zrezygnował z gronostajowego mucetu, bo jak sam stwierdził ,,karnawał się już dawno skończył”. Poprzez swoje zachowanie pokazuje, że ważniejsza od haftowanego baldachimu, jest miłość okazana bliźniemu. Że większą wartość ma podany kubek wody i otarcie krwawiącej rany, niż srebrna piszczałka czy marmurowy posąg. W swoim nauczaniu odwołuje się do miłości bliźniego, a nie do celebracji, przez co uważany jest za ,,prostackiego papieża”, który nie ubiera się w złoto i szafiry i chodzi w brudnych butach. Ale poprzez takie zachowanie zyskał więcej zwolenników niż przeciwników. To co tu na Ziemi przeminie, z tego co zbudowano nie pozostanie kamień na kamieniu. Jedyne, co będziemy mogli zabrać ze sobą na drugi brzeg, to miłość okazaną bliźniemu. Gdy kochamy swego brata i siostrę- kochamy samego Boga i tym samym dajemy mu najlepszy z możliwych prezentów.

   I na zakończenie. Nie neguje ofiar składanych na kościół. Nie neguje ludzi, którzy oddają swoje pieniądze, złoto czy srebro na zdobienie ołtarzy bądź nowe ornaty czy dekoracje. Robią to co uważają za słuszne. Bóg to widzi i odda im według ich zasług. Jako człowiek wolny, jako osoba będąca członkiem Kościoła, jako osoba głęboko wierząca, kieruję się jednak w życiu inną zasadą, która została zawarta w Ewangelii według świętego Matusza w rozdziale 12, gdzie Jezus mówi ,,chcę raczej MIŁOSIERDZIA niż OFIARY”.

Książki też dokonują wyborów

pobrany plik

   Do niedawna wydawało mi się, że to czytelnik wybiera sobie książkę, którą chce przeczytać. Byłem święcie przekonany, że to tylko od niego zależy, czy w danej chwili zagłębi się w lekturę powieści przygodowej, horroru czy romansu. Okazuje się jednak, że nie zawsze tak musi być. Czasami zdarza się, że to książka wybiera osobę, która ma ją wziąć do ręki. W moim przypadku tak właśnie zrobił wywiad- rzeka z księdzem Janem Kaczkowskim zatytułowany ,,Życie na pełnej petardzie”. Ta właśnie książka weszła w moje życie dokładnie wtedy, kiedy jej najbardziej potrzebowałem i dała odpowiedzi na kilka pytań, które nurtowały mnie od dawna. Pozwolicie, że podzielę się z Wami przemyśleniami po jej lekturze.

   Ksiądz Jan nie owija w niej w bawełnę. Mówi to, co myśli, nawet wtedy, gdy to mogłoby wydawać się niewygodne dla jakieś grupy ludzi. Będąc księdzem nie stroni od krytycznych wypowiedzi o Kościele, o jego kondycji, czy osobach go tworzących- zarówno wiernych jak i duchownych. Nie stroni od tematów trudnych. Bez skrępowania opowiada o swojej chorobie- glejaku, który jest najgorszym z możliwych nowotworów mózgu. O tym, że każdego dnia dziękuje Bogu za życie, które od stwierdzenia choroby miało trwać tylko kilka miesięcy, a trwa już kilka lat. Ten ,,onkocelebryta”- jak sam siebie nazywa- uświadamia Czytelników, że im więcej jest w życiu przeciwności, tym jest ono bardziej wartościowe. Bo przecież wszystko, co nie przychodzi łatwo jest bardziej przez nas szanowane. Nie miał łatwo- jako osoba z poważną wadą wzroku był źle traktowany w szkole. To schorzenie prawie zamknęłoby mu drogę do kapłaństwa. Na szczęście Boża Opatrzność czuwała i sprawiła, że został dopuszczony do święceń. Gdy już wszystko wydawać by się mogło, ,,poukładało się”, okazało się, że jest chory. To jednak nie powstrzymało go przed stworzeniem w Pucku hospicjum, w którym pomaga ludziom godnie umierać, w którym odchodzą oni w świadomości, że jest ktoś obok, kto ich rozumie, kto wysłucha, kto potrzyma za rękę i w końcu, kto udzieli sakramentów. Ksiądz Kaczkowski nie boi mówić się o tym, o czym inni boją się nawet pomyśleć. W tej książce możemy odkryć jego zdanie na temat kondycji, w jakiej znajduje się obecnie duchowieństwo i Kościół- nie zawsze pełne peanów i dobrych słów. Bez skrępowania odpowiada na pytania Piotra Żyłki odnośnie aborcji, eutanazji, in vitro, homoseksualizmu, rozwodów czy sexu przed ślubem. Porusza tematy, które często są omijane i traktowane jako niewygodne. Nie ma gotowych recept na problemy, ale zna lekarza, który zawsze pomoże. We wszystkim zawsze wskazuje Jezusa, który ma moc przemiany i uzdrowienia ludzkich serc, który jest lekiem na całe zło świata.

   Po tę książkę powinien sięgnąć każdy, kto uważa, że Kościół ze swoim nauczaniem nie pasuje do obecnych realiów. Kto w jakiś sposób uważa, że jego wiara ostygła, kto szuka odpowiedzi na nurtujące go od dawna pytania. Jednak przede wszystkim powinien sięgnąć po nią Czytelnik, któremu wydaje się, że jego życie nie ma sensu, że do niczego się nie nadaje, że nic mi nie wychodzi. Ksiądz Kaczkowski udowodni mu jak bardzo się myli. Tak więc: MIŁEJ LEKTURY :) .