Dzieckiem być

Sing-bajka-animowana-dla-dzieci-o-śpiewających-zwierzętach-Recenzja-filmu-piosenki-opis   Ostatnio pewna osoba zarzuciła mi, że jestem dziecinny. Zapewne zastanawiacie się, czy mnie to zasmuciło? Mam przecież 26 lat i już prawie od 8 lat zgodnie z literą prawa jestem osobą dorosłą. Tak więc pragnę wszystkim Czytelnikom zakomunikować, że NIE. Nie zasmuciło mnie to, że ktoś powiedział, że jestem dziecinny. Ja pragnę być dzieckiem nawet wtedy, kiedy będę już sędziwym starcem, Dlaczego? Bo dzieci zupełnie inaczej patrzą na świat. Zupełnie inaczej rozwiązują powstałe problemy. Są bardziej ufne i prawdomówne. I przede wszystkim kochają bajki. A ja jestem wielkim fanem bajek. Właśnie bajka, którą obejrzałem dzisiaj w kinie zainspirowała mnie do tych dywagacji.

   Sing- bo o nim mowa urzekł mnie wszystkim. Fabułą, efektami, piosenkami. Ale przede wszystkim postaciami. Bo w każdym z bohaterów, w każdej z pokazanych historii mogłem odkryć siebie. Każda z postaci miała swój problem, z którym musiała się zmierzyć, z którym musiała stanąć w konkury. Była tam świnka- matka ponad dwudziestki prosiaków, która zdecydowała się tak zorganizować prowadzony przez siebie dom, aby móc brać udział w próbach. Zrobiła to tak perfekcyjnie, że nikt nie zauważył, że znika na długie godziny. Była bardzo pewna siebie mysz, która nie widziała nic, poza czubkiem swojego nosa, która uważała, że to ona jest najważniejsza, która traktowała innych z wysoka. Ta mysz w końcu zrozumiała, że pozodtałe zwierzęta też mają talenty, że trzeba im po prostu dać szansę, że nie każdy może być przebojowy, że nie można nikogo z góry stawiać na straconej pozycji. Każdemu trzeba dać możliwość wykazania się. Był goryl- członek rodzinnego gangu, który zamiast rabować wolał śpiewać. Jednak dla ojca to się nie liczyło. On chciał, żeby jego syn był taki jak on. Gdy okazuje się, że on chce być inny, że postanawia postawić się, dowiaduje się, że już nie może nazywać się jego synem, że ojciec się go wypiera. To jednak nie powstrzymuje go przed realizacją marzeń. W końcu ojciec zrozumie, że nie wolno podcinać skrzydeł, że trzeba godzić się na bunt. Jest też rockowa przedstawicielka gatunku zwanego jeżozwierzem, która pomimo trudnych decyzji, jakie musi podjąć, nie poddaje się. Postanawia mimo wszystko zawalczyć o siebie. I oczywiście jest nieśmiała słonica, która najbardziej mnie urzekła. Wie, że posiada talent, że może zawojować świat, jednak mimo tego stoi z boku, robi inne rzeczy, które nie dają jej satysfakcji. Jednak dzięki głównemu bohaterowi- Busterowi Moonowi- sympatycznemu misiowi koala, który sam ma wielkie kłopoty, ona jaķ i reszta postaci odkrywają, że są coś warci. Odnajdują w sobie energię do tego, aby zmienić swoje życie. Napełniają się nadzieją, że tylko realizacja marzeń może dać prawdziwe szczęście. Dowiadują się, że czasami trzeba dosięgnąć dna, aby się od niego odbić, że warto czasami postawić na swoim, aby poczuć się spełnionym. Bajka ta uświadamia nam wiele prawd, o których na co dzień zapominamy. Myślę, że każdy, kto ją obejrzy będzie nią zauroczony, że będzie mógł w jakiejś postaci odnaleźć swoją historię, że tak po prostu poczuje się lepiej.

   Nic już więcej nie piszę, co by nie spolerować. Po prostu polecam. Mam nadzieję, że tak jak ja, zakochacie się w tej historii, szczególnie w sekretarce jaszczurce, która oprócz tego, że ma chyba ze sto dwadzieścia lat, posiada przezabawne, ciągle wypadające sztuczne oko. Tak więc: Do kina!

Od Wschodu przybyli…

      Christian Christmas Nativity SceneNa nieboskłonie pojawiła się nowa gwiazda. Gwiazda, która świeciła inaczej niż wszystkie. Była wyjątkowa. W starych zapiskach gromadzonych przez mędrców było napisane, że takie zjawisko ma zapowiadać narodziny nowego króla. Króla, który będzie panem nieba i ziemi.

   Tak więc ze Wschodu, Zachodu, Północy i Południa ruszyli władcy poszczególnych krain, aby za przewodem gwiazdy iść na spotkanie nowonarodzonego. Było ich dziesięciu. Każdy z innego państwa, każdy z innym bagażem doświadczeń, każdy idący z innym pragnieniem- jeden z czystej ciekawości, drugi z chęci zawarcia interesu, kolejny chcący ożenić swoją córkę królem, który się narodził. Szli nie wiedząc gdzie. Prowadziła ich gwiazda. Droga była długa i męcząca. Prowadziła przez niebezpieczne tereny. Podróżnicy musieli uważać na drapieżne zwierzęta i grasujących rabusiów. Po kilkunastu dniach wędrówki trzech z nich postanowiło zrezygnować i zawrócić. Stwierdzili, że skoro do tej pory nie doszli do miejsca, w którym urodził się nowy król, nie warto kontynuować podróży, bo jej koszty będą większe niż spodziewane efekty. Powrócili do swoich państw i już nigdy nie dowidzieli się kim było dziecko, które narodziło się w Betlejem. Jeden z podróżujących podczas drogi przechodził przez inne królestwo. W państwie tym pełno było drzew owocowych, sadzawek i pięknych kobiet. Zmęczony długą wędrówką monarcha zatrzymał się tam na kilka dni. Pobyt jednak przedłużył się na tyle, że po dwóch tygodniach odpoczynku stwierdził, że nie idzie w dalszą drogę. Został w tymże mieście i tam ożenił się z córką sułtana. Kolejnemu pielgrzymującemu podczas drogi zaginął wielbłąd. Niedokładnie przywiązał go wieczorem do drzewa, a gdy rano obudził się już go nie było. Nie wiedząc, jak długa podróż go jeszcze czeka, postanowił zawrócić, gdyż droga do domu była pewniejsza, niż ta w nieznane.

   A gwiazda cały czas świeciła pięknym blaskiem.

   Kolejny z monarchów przez całą drogę narzekał, że jest mu niewygodnie, że noce są zimne, że jedzenie, które podczas podróży spożywa jest niesmaczne, że w jego pałacu na pewno płonie w kominku ogień a w kuchni przygotowywana jest pyszna strawa. Nie chcąc narażać się na dalsze komplikacje powrócił do swojego królestwa. Innego natomiast spotkało straszne nieszczęście. Zapomniał, że jego drogowskazem jest gwiazda i zamiast spoglądać w niebo, on cały czas patrzył w mapy, które to zaprowadziły go do ciemnego lasu, w którym roiło się od niebezpiecznych stworzeń. Jedno z nich niestety zjadło wędrowca i słuch po nim zaginął.

   Na szczęście pośród wędrowców było też trzech, którzy nie zbaczali z drogi, bo szli za przewodem gwiazdy. Byli oni bardzo zdeterminowani, gdyż chcieli zobaczyć nowonarodzonego króla. Ich przodkowie oczekiwali pojawienia się gwiazdy, a to właśnie im dane było żyć w czasach, kiedy ona się objawiła. Kacper, Melchior i Baltazar- bo tak mieli na imię najwytrwalsi królowie, po wielu dniach wędrówki w końcu doszli do miejsca wskazywanego przez gwiazdę. Dotarli do Betlejem i tam pokłonili się nowonarodzonemu dzieciątku- Jezusowi. Przynieśli ze sobą także wspaniałe dary- mirrę, złoto i kadzidło. Ich trud został wynagrodzony. Dowiedzieli się bowiem, że ten, do którego zmierzali jest Synem Bożym, który ma zbawić świat. Pełni radości serca powrócili do swoich królestw i tam opowiadali o wszystkim, czego byli świadkami.

   A my Drodzy Czytelnicy jesteśmy jak Trzej Królowie, którzy dotarli do betlejemskiej szopki, czy może raczej więcej w nas jest tych, którzy zrezygnowali? Czy wygrywa w nas zniechęcenie? Czy łatwo się poddajemy? Czy wolimy wygodne życie? Czy potrafimy przezwyciężać nasze niepowodzenia? Czy jesteśmy leniwi i wygodni? Czy ciągle narzekamy i nie widzimy sensu dalszego życia? Życzę każdemu z Was, abyście nigdy nie rezygnowali z podążania za gwiazdą, abyście każdego dnia na nowo odrywali piękno życia i piękno miłości- bożej i ludzkiej.

W kuchni czuć już zapach lasu.

Jakoś mniej też jest hałasu.

Karp z uśmiechem w wannie pływa.

Aktu łaski się spodziewa.

Uszka w barszczu nasłuchują,

czy je dzisiaj ugotują.

Kluski z makiem się witają,

i grzybową pozdrawiają.

A kapusta, ta z grzybami

plotkuje swawolnie ze śledziami.

I tylko Maryja taka zmartwiona.

Stoi z Józefem zasmucona.

Bo nie wie czy znajdzie miejsce dla Dzieciątka?

Tego jeszcze pacholątka.

Gdzie Go złoży Panna Święta?

Czy na świecie znajdzie dom?

Jemu niepotrzebny tron.

Starczy miłości odrobina.

Tylko tego od nas  wymaga dziś  boża Dziecina.

Obyśmy nigdy nie zatracili prawdziwej istoty

Świąt Bożego Narodzenia.

Pusty talerz

   nakrycieJuż za kilkanaście dni Drodzy Czytelnicy, zasiądziemy wspólnie z naszą rodziną, krewnymi czy przyjaciółmi do wigilijnego stołu. Będziemy składać sobie świąteczne życzenia, łamiąc się przy tym naszym polskim opłatkiem. Będziemy spożywać 12 postnych potraw, zgodnie z naszą polską tradycją. Później nasz wielkopolski Gwiazdor przyniesie grzecznym i tym mniej grzecznym dzieciom oraz dorosłym prezenty. Następnie przez kolejne dni będziemy odwiedzać naszych bliskich, śpiewać nasze polskie kolędy i z utęsknieniem czekać na przyjście Nowego Roku. Wszystko pięknie i ładnie, bo w atmosferze długo oczekiwanego Bożego Narodzenia. Ja jednak chciałbym, abyśmy pochylili się nad inną naszą polską tradycją, o której nie wspomniałem wcześniej. Chciałbym abyśmy pomyśleli nad pustym talerzem przy wigilijnym stole. Czy jest on tylko dla nas symbolem, który musi się na nim znaleźć, czy stanowi może dla nas większą wartość?

   Podobno Polacy to gościnny naród. I to prawda. Pokazały to przecież Światowe Dni Młodzieży. Wówczas każdy dom otworzył na oścież drzwi, aby przyjąć młodzież z różnych zakątków świata. Dla nikogo nie było problemem, aby odstąpić na kilka dni łóżko Azjacie, Indianinowi czy czarnoskóremu mieszkańcowi Afryki. Było to łatwiejsze, być może ze względu na to, że łączył nasz wspólny mianownik- Jezus. Robiliśmy to, bo uważaliśmy, że tak po prostu trzeba, bo tego wymaga nasza religia. Ale czy na pewno właśnie tak powinniśmy rozumieć gościnność? Jeśli pokusimy się o rozłożenie na części pierwsze słowa ,,gościnność”, to otrzymamy dwa piękne wyrazy: ,,gość” oraz ,,inność”. Przypadek? Nie sądzę. Jak mawiał ksiądz Kaczkowski: ,,nie można być gościnnym wobec ludzi tożsamych, gościć można tylko innych”. Ale co to znaczy innych? Zapytajmy więc dzisiaj samych siebie, w przededniu tego radosnego, świątecznego czasu, co by się stało, gdyby miejsce, gdzie znajduje się pusty talerz, zajęła osoba wyznająca wiarę w innego Boga, osoba posiadająca inne poglądy polityczne, inną orientację seksualną, mówiąca innym językiem bądź ateista? Czy bylibyśmy skłonni, do tego, aby zjadła z nami wspólnie wigilijną kolację?

   Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie wystarczy spojrzeć na codzienne relacje, jakie są pomiędzy nami. Nie lubimy, gdy ktoś popiera inną niż my partię polityczną. Nie możemy zrozumieć, że nasz oponent bardziej utożsamia się z konserwatystami niż z liberałami. Nie możemy sobie wyobrazić sytuacji, że na naszym osiedlu mieszka uchodźca, który może być potencjalnym terrorystą, bo przecież jest muzułmaninem. A oni przecież stoją za większością zamachów na świecie. Nie potrafimy sobie wyobrazić sytuacji, że w rodzinie, która od wieków była i jest katolicka, w której co niedzielę uczestniczy się w Mszy Świętej, spełnia nakazane posty, syn lub córka może być homoseksualistą. A tym bardziej nie możemy pojąć, jakby przy jednym stole mógł z nami siedzieć, podczas jednego z najważniejszych dla nas chrześcijan świąt w roku, ktoś, kto całkowicie neguje istnienie Boga. I tu leży sedno całej sprawy. Ten pusty talerz jest oznaką, że na kogoś czekamy. Jest oznaką, że mamy otwarte i pełne miłości serca. Jednak nie możemy czekać wyłącznie na kogoś, kto będzie spełniał określone przez nas warunki, kogoś kogo będziemy mogli wybrać sobie sami. Musimy potrafić usiąść do stołu z każdym. Człowiek to nie produkt, który możemy dobierać z całej ich gamy dostępnych w supermarkecie. Człowiek to istota, która została powołana do życia dzięki wielkiej Miłości Boga. Skoro ukochał go Stwórca, to i moim obowiązkiem jest zrobić to samo. Niezależnie kim ta osoba jest. A może w tym zagorzałym liberale kryje się człowiek, który każdego miesiąca przeznacza część swoich dochodów na pomoc dzieciom z domów dziecka? A może ten muzułmanin jest wybitnym chirurgiem, który może nam w przyszłości uratować życie? A może nasz syn gej jest chłopakiem, który większość swojego wolnego czasu poświęca na pomoc niepełnosprawnym, będąc wolontariuszem w hospicjum? I w końcu, może w tym ateiście kryje się wybitny nauczyciel, który rozbudza w naszych dzieciach pragnienie zdobywania i poszerzania wiedzy? Tego nie wiemy. I nie dowiemy się, gdy nie damy drugiemu człowiekowi szansy.

  I już tak na sam koniec. Jeśli my jako chrześcijanie, jako wyznawcy Jezusa, nie będziemy otwarci na innych, na ich religię, poglądy, to ten pusty talerz możemy wyrzucić przez okno. Przynajmniej będzie więcej miejsca na potrawy czy świeczki. Pomyślcie o tym Drodzy Czytelnicy podczas szykowania zastawy na tegoroczną Wigilię.

 

 

Z tajemnicą w walizce

Drodzy Czytelnicy!

Oddaje do Waszych rąk, albo lepiej byłoby rzecz do Waszych oczu pierwsze z trzech opowiadań o Hrabinie Karolinie i jej przygodach. Dlaczego to coś zrodziło się w mojej głowie- nie wiem. Ale skoro się zrodziło, to warto podzielić się tym z innymi. Tak więc miłej lektury :)

matejko-katarzyna-potocka   Baronowa Karolina była bardzo ciekawą osobą. Często się uśmiechała, miała ogromne poczucie humoru i wielki dystans do siebie. Potrafiła bez problemu żartować o swojej, jakby to powiedzieć, lekkiej otyłości.  Wszyscy ją lubili. Rzadko się zdarzało, aby na kogoś się złościła. Działało to także w drugą stronę. Darzono ją wielkim szacunkiem i uznaniem. Była już trzeci raz z rzędu Przewodniczącą Arystokratycznego Związku Kobiet oraz członkinią  Rady Miejskiej. Uchodziła za wyrocznię w wielu sprawach, chociaż sama się za kogoś takiego nie uważała. Wiedziała o sobie samej trochę więcej niż inni. Baronowa Karolina miała bowiem pewien sekret, który był znany tylko jej, a który w przyszłości miał zaważyć na jej życiu. Ale do tego dojdziemy w swoim czasie.

  Gdy przyjechała do hrabiowskich włości 10 lat temu miała przy sobie tylko mały tobołek, w którym zawierał się cały jej majątek i tajemnica. Ale gdy stanęła przy rozwalającej się mosiężnej bramie, stwierdziła, że to jest miejsce, w którym chce zamieszkać. Na początku rozgościła się w małym domku, który wcześniej należał do służby. grady_szlacheckie-9Musiała to zrobić, gdyż pałac, który miał być miejscem jej późniejszego życia był w opłakanym stanie. Trzeba było naprawić dach, który przeciekał przy mocniejszych ulewach. Trzeba było okitować okna, gdyż jesienią po pokojach hulał wiatr. Hrabina Karolina musiała także wybudować mur, aby ochronić pałac przed dzikimi zwierzętami mieszkającymi w sąsiednich lasach. W budowaniu murów jednak nikt nie był lepszy niż Harbina Karolina. Nie jeden już w swych życiu zbudowała, dlatego tez i teraz nie obawiała się zadania, które przed nią stało. Mur musiał być gruby i wysoki. Musiał być kilkuwarstwowy, tak aby było go trudno sforsować. Mur miał pełnić także inną funkcję, o której wiedziała tylko sama zainteresowana. Gdy wszystko już zostało zrobione, gdy prawie wszystkie pieniądze Harbina wydała na remont, w końcu mogła zamieszkać w pałacu. Mogła tak na dobre rozgościć się w swoich włościach.

   Będąc bardzo rozrywkową kobietą, często zapraszała do siebie wiele osób- przyjaciół, bliskich i dalekich znajomych. Lubiła przebywać w ich gronie. Oni to odwzajemniali. Przynajmniej raz w miesiącu organizowała bal, które zazwyczaj kończył się nad ranem. Było wszystkim bardzo dobrze. Podczas jednego z takich balów hrabina Karolina poznała przystojnego mężczyznę, który zawrócił jej w głowie. Był bardzo szarmancki. Kokietował ją w bardzo miły sposób. Był inny niż wszyscy. Hrabina Karolina poczuła się znowu tak, jakby miała dwadzieścia lat.  pobranePoczuła się wyjątkową. Ale z tyłu głowy miała cały czas swoją tajemnicę. Nie dawała jej ona spokoju. Głos w głowie cały czas szeptał, że nie powinna, że jej nie wolno, że będzie nieszczęśliwa. Ona jednak próbowała te podszepty wypierać. Próbowała je w sobie zagłuszać, usprawiedliwiając to tym, że minęło już wiele czasu, że przecież to było tak dawno, że to się już nie powtórzy. I tak wielokrotnie powtarzane w głowie kłamstwo stało się prawdą, a Harbina Karolina w końcu odpowiedziała na zaloty swojego adoratora. Początek ich związku obfitował w cudowne chwile. Wspólnie jeździli na konne przejażdżki, zbierali kwiaty na pobliskich łąkach, kąpali się zimnym, rwącym strumyku. Wspólnie układali i śpiewali piosenki, malowali obrazy, uczyli się gry na fortepianie. Każdy, kto widział ich zażyłość stwierdzał, że są sobie pisani, że dobrze im będzie razem. Wielu wieszczyło im ślub. Oni sami o tym myśleli. Ale pewnego dnia doszło do sytuacji, która wywróciła ich plany do góry nogami.

   W hrabiowskich włościach Karoliny zjawił się gość. Gość, który nigdy wcześniej się tam nie pojawiał, ale który był Karolinie bardzo dobrze znany. Była to jej siostra Helena, lebrun-hrabina-skavronskaia1789która mieszkała prawie trzysta mil na zachód od hrabiowskich włości. Początkowo nic nie wieszczyło nieszczęścia, które miało wstrząsnąć pałacem i okolicą. Siostry przez kilka dnia spędzały ze sobą długie godziny na rozmowach i spacerach. Wspólnie piekły chleb, usuwały chwasty z przypałacowego ogródka, huśtały się na huśtawce. Czuły się tak, jak kiedyś, gdy mieszkały razem ze swoimi rodzicami i bratem w pałacu w okolicach Sękatego Lasu. Iddyla jednak skończyła się, gdy po dwutygodniowej nieobecności do pałacu powrócił narzeczony Karoliny- Horacy. Do tej pory siostra myślała, że Harbina Karolina mieszka sama, dlatego też nie powracała do tematu, który sprawił, że wiele lat temu musiały się rozstać. Teraz sytuacja się zmieniła.

   Tej samej nocy, kiedy do pałacu powrócił Horacy, Helena nie budząc nikogo, zakradła się do pokoju, który zajmowała jej siostra. Wyrwała ją z błogiego uścisku Morfeusza, bo nie mogła już dużej czekać, aby dowiedzieć się prawdy. Jeszcze nie w pełni rozbudzona Karolina zapytała tylko- co się dzieje? W odpowiedzi usłyszała wykrzyczane pytanie- powiedziałaś mu? Powiedziałaś mu o Twojej przeszłości? Powiedziałaś mu kim tak naprawdę jesteś? Powiedziałaś mu? Hrabina Karolina spodziewała się tego pytania. W końcu głos w głowie, który zawsze jej to powtarzał zatriumfował.  Poprawiła się na łóżku, przeczesała ręką włosy i powiedziała swojej siostrze, to wszystko, co leżało jej na sercu. Powiedziała jej, że boi się siebie, że wie, że może po raz kolejny zrobić, to co kiedyś, że każdego dnia o tym myśli. Powiedziała także, że jest jej z tym źle, że nigdy tak naprawdę nie może być sobą, że każdego dnia musi ubierać się w strój, którego nie chce nosić, Graf_Orlovktóry ją ogranicza. Wykrzyczała, że mur, który zbudowała  w sobie i wokół siebie jest tak gruby, że nie da się go tak łatwo zburzyć, że powiedzenie prawdy sprawi, że wszyscy się od niej odwrócą, że wszyscy będą przeciwko niej, bo przecież mieli ją za inną. Bo przecież Karolina była dla nich wzorem, na którym się opierali. Kiedyś nawet mieszkańcy sąsiedniej wioski zwrócili się do niej o pomoc, w takiej samej sprawie, która ją dręczyła. Ona im pomogła, ona dała im radę. A teraz co, miałaby powiedzieć prawdę, miałaby przyznać się, że ona sama jest taka, jak ten mężczyzna, którego posadzono w więzieniu. O nie, nigdy tego nie zrobię- niemal płacząc powiedziała Karolina i wybiegła z pokoju.

   Traf chciał, że wybiegając wpadła na stojącego przy drzwiach Horacego, który akurat tamtędy przechodził. Słysząc kłótnie sióstr zatrzymał się przy drzwiach i niestety wszystko usłyszał. Chwycił Hrabinę Karolinę za lewy nadgarstek i powiedział- o czym mówiła Twoja siostra? O co chodzi z tą tajemnicą? Kim Ty jesteś? Chcę to wiedzieć?- krzyczał wręcz Horacy. Karolina zachowując powagę należną hrabinie stanęła i pełna spokoju rzekła- dla Twojego i mojego dobra musimy się rozstać. Musisz odejść i obiecać mi, że nigdy tu nie wrócisz. Było mi z Tobą dobrze. Ten wspólny czas, był najlepszym w moim dotychczasowym życiu, ale jeśli chcesz cieszyć się jeszcze długim życiem, musisz stąd odejść. Musisz to zrobić jak najszybciej Horacy. Tak naprawdę nigdy mnie nie poznałeś. Moje wcześniejsze życie nauczyło mnie, tak kryć swoje sekrety, aby nikt o nich się nie dowiedział, aby nikt nawet się nie domyślił. Widzisz sam. Mieszkam tu już prawie 10 lat, a nikt nigdy nie pytał mnie dlaczego mieszkam tutaj sama. Nie zapytali mnie, dlaczego nie odwiedzają mnie członkowie mojej rodziny. 7c191028-ff7a-4a44-b906-a1eac7b1ac31Od początku stworzyłam wokół siebie atmosferę dobrej, życzliwej i przyjacielskiej osoby, że nikomu by do głowy nie przyszło, że mieszkają obok morderczyni. Morderczyni swoich własnych rodziców i brata. Tak Horacy, na moich rękach jest krew moich bliskich. To jest moja tajemnica- te słowa były ostatnimi, które wypowiedziała przed utratą przytomności. Były też ostatnimi, które wypowiedziała do Horacego. Gdy się obudziła, jego już nie było. Wyjechał, nie zostawiając nawet listu. Zrobił coś, czego tak bardzo się obawiała.  To uświadomiło jej jednak jedno. Musi o tym powiedzieć innym, musi być z nimi szczera. Nie można całe życie żyć w kłamstwie. Ono niszczy ją od środka. I  mimo, iż uśmiecha się w dzień, w nocy płacze w poduszkę. Musi zaprosić wszystkich znajomych na bal i wszystko wyznać. Wtedy będzie mogła żyć tak naprawdę. Wtedy będzie sobą. Hrabiną Karoliną- zabójczynią własnych rodziców i brata, ale także człowiekiem, który chce się zmienić, któremu należy dać szansę, któremu należy zaufać, mimo wszystko….

Blisko i daleko nie tylko palcem po mapie

   14022228_970147246431475_151491744836873362_nOd razu zaznaczam Drodzy Czytelnicy, że dzisiejszy wpis będzie trochę przydługawy. Dlatego też osoby, które nie lubią czytać o podróżach, o interesujących miejscach znajdujących się  w Polsce i Europie, zachęcam do opuszczenia strony, co by nie tracić 15-minut cennego czasu na czytanie pawłowych blubrów (co oczywiście nie oznacza, że swoim wejściem nie podbiliście mi statystyk- z czego bardzo się cieszę :) ). A osoby, które lubią podróżować- nie tylko palcem po mapie- zapraszam do wygodnego fotela. Rozsiądźcie się. Oczywiście wcześniej zaparzcie sobie duży kubek herbaty lub kakao. I przygotujcie się na dłuuuuuuugi trip. A więc zaczynamy.

   Swoją wakacyjną, podróżniczą przygodę zacząłem w tym roku, tak jak to już czynię 8 lat od Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę. Tak, tak Drodzy Czytelnicy. Wraz z ponad 1000 osób przeszedłem pieszo z Poznania do Częstochowy. Mówię Wam- super przygoda. Codziennie nocleg w innym miejscu. Codziennie inna zupa pomidorowa. Uwierzcie mi- niby taka prosta zupa, ale każda ma inny, wyjątkowy smak. 13668992_941874692592064_408759641243206255_nCodziennie nowi ciekawi ludzie, których spotykamy na szlaku i starzy znajomi, których widzisz tylko przez te 10 dni. Znajomości, które zawiązują się podczas drogi są wspaniałe i na długie lata. A ile można się o sobie dowiedzieć. Można sprawdzić wytrzymałość swojego organizmu, odporność na ból, deszcz i palące słońce. Można ćwiczyć się w altruizmie, sprawdzić zdolność wczesnego wstawania, czy zdolności do zachowywania przez dłuższy czas ciszy. Można sprawdzić swój głos i zdolność do zapamiętywania piosenek. No i oczywiście można wypróbować swoją wiarę, pogłębić ją, umocnić. Tak więc wszystkich zapraszam do podjęcia trudu pielgrzymowania w przyszłym roku. Oczywiście w grupie 5 Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę.

   13872691_951679974944869_7567901346196184513_nA co było po pielgrzymce? Po pełnym przygód 10-dniowym tuptaniu do Częstochowy przyszedł czas na Światowe Dni Młodzieży. Najpierw przeżywane te we własnej parafii- z gośćmi z Etiopii, następnie te diecezjalne- na poznańskiej Cytadeli. Właśnie uczestnictwo w diecezjalnych obchodach przyczyniło się do tego, że pojechałem do Krakowa. Znalazłem się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i przy odpowiednich osobach. I tak dane mi było zobaczyć papieża Franciszka. Dane mi było doświadczyć entuzjazmu wiary. Dane mi było przeżyć wspaniałe chwile, które pozostaną ze mną na długo. Gdybym nie pojechał w lipcu na ŚDM, to całe życie bym sobie wyrzucał, że było to coś na wyciągnięcie ręki, a ja nie skorzystałem. Na szczęście nie będę musiał tego robić.

   Nie zdążyłem zapomnieć o Krakowie a znów w nim byłem. Tym razem wybrałem się do grodu Kraka z rodzinną w celach turystycznych. Wawel, Skałka, Smocza Jama, Stary Rynek, Barbakan, Kościół Mariacki, ul. Grodzka i Bracka, okno papieskie, kościół franciszkanów, Błonia. A poza tym opactwo w Tyńcu. Kraków jest przepięknym miastem, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Miesiąc by nie starczył, aby poznać wszystkie13895514_951460244966842_2121516639314823881_n jego zakamarki. Po Krakowie przyszedł czas po raz wtóry na Częstochowę i pierwszy raz w tym roku na Łódź. Kawa na Piotrkowskiej smakuje inaczej. No i ten Miś Uszatek. A tak nawiasem mówiąc. Polska wcale nie jest w ruinie, jak głosiła w kampanii wyborczej pewna partia. Polska jest piękna. Drogi, mosty, wiadukty, obwodnice, autostrady- coś wspaniałego. Moja czerwona Micra- zwana pieszczotliwie ,,Biedronką”- mknęła przez wspaniały kraj. Nie mamy się czego wstydzić. Musimy być dumni z naszej ojczyzny.

   I przyszedł czas na wakacje, na które czekałem cały rok. Przyszedł czas na Chorwację. Po krótkim odpoczynku po krakowskich wojażach, wyruszyłem na Bałkany, przejeżdżając przez urokliwe Czechy, Słowację i Węgry. Chorwacja jest przepiękna. Morze, góry, plaża, palmy, mandarynki, bora bora (ciepły, wiejący zazwyczaj 3 dni wiatr), rakija i inne frykasy. Jak ja to stwierdziłem: dasz mi pracę, wikt i opierunek, to zostaje tutaj na zawsze. I to nie są puste słowa. Jestem zauroczony każdą miejscowością, którą dane mi było odwiedzić. Makarska (nie mylić z masakra), Split, Trogir, Dubrownik, Jelsa, Bol, Mostar, Medjugorie, jeziora Plitwickie i Park 14063993_973385209441012_8758232251623751282_nNarodowy rzeki Krka. Wielość doświadczeń- zarówno wizualnych, zapachowych jak i smakowych sprawia, że trudno to wszystko opisać w kilku słowach. Nie pozostaje mi nic innego, jak z czystym sumieniem polecić Chorwację każdemu, kto nie wie, gdzie pojechać w przyszłym roku na wakacje. Ja na pewno tam wrócę.

   Może koniec z tymi wyjazdami. Trzeba trochę w domu pomieszkać. Ależ skądże- jedziemy dalej. Tym razem moje kroki skierowały się na wschód Polski, a konkretnie do Białej Podlaskiej, gdzie uczestniczyłem w XXIII Kongresie Ekonomistów Rolnictwa i Agrobiznesu. Miałem okazję poznać ciekawe osoby z całej Polski, posmakować tamtejszych smakołyków, między innymi kartaczy, czy sękacza. Ale najciekawszym w tym wszystkim był wyjazd na Białoruś. Miałem wyjątkową okazję przebywać w tym dość ,,egzotycznym” kraju, rządzonym twardą, dyktatorką ręką. Jakież też było moje zdziwienie, gdy po przekroczeniu granicy zobaczyłem piękne europejskie miasto Brześć, z równo przystrzyżonymi trawnikami, czystymi ulicami. Brześć z supermarketami takimi 14291853_984980228281510_2642344602463850938_njak u nas, z radiem, z którego płyną znane piosenki. To był pierwszy z pozytywnych i zaskakujących akcentów. Kolejnymi była wizyta na fermie strusi, gdzie niewątpliwą niespodzianką była możliwość spróbowania jajecznicy ze strusiego jaja oraz kotleta ze strusia (oba dania bardzo pyszne). Brześć to przede wszystkim twierdza brzeska- piękna, powojenna twierdza, z historią zawartą w każdym zakamarku oraz cerkwie i piękny rynek, na którym podziwiać można latarnie, codziennie zapalane przez latarnika. Coś wspaniałego. Białoruskie piwa, wódki i czekolady też niczego sobie.

    I na tym bym zakończył, bo przecież wypadałoby. Ale niestety, to jeszcze nie koniec. Powiedziecie- skąd ten Krysztofiak ma tyle urlopu? A ja na to- pracuję na uczelni :) . Co ja na to  poradzę, że mój pracodawca jest tak łaskawy i daje mi tyle wolnego. Grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Dlatego też w te wakacje, odwiedziłem jeszcze trzy polskie miejscowości- Wrocław, Gniezno i Warszawę (dwie ostatnie w połączeniu z Krakowem dają szlak polskich stolic). Wszystkie piękne i ze swoim urokiem. Wrocław- perła Dolnego Śląska. Z krasnalami, rynkiem, kamieniczkami, Ostrowem Tumskim, Panoramą Racławicką, Sky Tower i zoo- urzeka swoim pięknem, harmonią, oraz niemieckim ordnungiem. Gniezno z Katedrą, ryneczkiem, jeziorkiem sprawia, że człowiek 14502684_1003127609800105_9119006666254578588_npowraca do czasów, kiedy Polska się zaczęła. A Warszawa? Ach Warszawa! Zapierająca dech w piersiach europejska stolica z biurowcami, starymi kamieniczkami, Zamkiem Królewskim, Wisłostradą, Stadionem Narodowym, metrem czy w końcu Pałacem Kultury i Nauki. Byłem w Warszawie tylko 3 dni. O 3 dni za mało. Na pewno tam wrócę, bo przecież przede mną jeszcze tyle do zwiedzenia.

    I teraz naprawdę już koniec z podróżowaniem. Czas wrócić na ziemię i zabrać się do pracy. W końcu rozpoczął się nowy rok akademicki. W końcu mogę zacząć normalnie pracować oraz marzyć o kolejnych wakacjach.

Wolność, równość, braterstwo…

ewolucj-600x433 Myślę, że słowa, które zamieszczone zostały w tytule dzisiejszego artykułu są wszystkim bardzo dobrze znane, a szczególnie tym, którzy uważali na lekcjach historii. Bowiem pewna  rewolucja, która przetoczyła się przez Francję w XVIII wieku, miała je zapisane na swoich sztandarach. A przecież i my, od kilku dni jesteśmy świadkami mniejszych rewolucji, które dzieją się na naszym polskim i wielkopolskim podwórku, a które głośno wołają o poszanowanie wolności oraz działania na rzecz równości i braterstwa. O nich właśnie chciałbym dzisiaj trochę poblubrzyć. Nie będzie to ani łatwe, ani przyjemne. Nie będzie także proste i bezkonfliktowe. Nie przejdzie, mam nadzieję, bez echa wśród Czytelników i liczę na to, że wywoła małą dyskusyjną burzę. Te dwie rewolucje, które mam zamiar opisać, dotyczą bowiem bardzo delikatnych i zarazem kontrowersyjnych tematów. Ale po kolei.

   Pierwsza z nich dotyczy tematu aborcji. Aborcji, która przez ostatni tydzień wywoływała i nadal wywołuje wiele emocji. Emocji zarówno przy ulicy Wiejskiej, jak i poza nią. Bo oto nasz wspaniały parlament debatuje nad projektami ustaw, które dotyczą tego tematu. Parlament pochyla się nad materią, która w mojej ocenie nie powinna mieć politycznego charakteru. Materią, która powinna dotyczyć tylko czterech osób: matki, ojca, dziecka i lekarza. Zapewne zastanawiają się Drodzy Czytelnicy, co ja na ten temat sądzę. Już spieszę ze swoją opinią. Nie raz, nie dwa na łamach tego bloga podkreślałem, że jestem osobą wierzącą, że jestem osobą, która w swoim życiu stara się żyć- czasami z lepszym, a czasami z gorszym skutkiem- zgodnie ze wskazaniami Dekalogu i nauki Kościoła. I w tym przypadku będę się na nich opierał. Uważam bowiem, że każde życie, niezależnie w jaki sposób poczęte (bo tego też dotyczą dwa projekty ustaw) jest ważne, jest święte i należy je chronić. Skoro wierzymy, że nasze życie nie jest dziełem przypadku i każdy ma do spełnienia jakąś misję, to powinno się robić wszystko, aby życie pojawiło się na tym świecie. Dziecko zdrowe, dziecko chore, dziecko niepełnosprawne, dziecko poczęte jako owoc miłości małżonków, czy to poczęte w wyniku gwałtu, jest stworzeniem, które w jakiś sposób w bożym planie zostało uwzględnione. I z tego punktu widzenia powinno mieć szansę, aby się urodzić. Równocześnie jednak należy pamiętać, że jesteśmy osobami wolnymi. Posiadamy wolną wolę, która nas w żaden sposób nie krępuje. Możemy robić to, na co mamy ochotę. Wszystko bowiem, zależy od nas. To ja, to Ty- samodzielnie- kiedyś będziemy zdawać sprawę z swojego życia, ze swoich wyborów. Będę tylko ja i On. I tu pojawia się zasadniczy problem. Czy posłowie mogą wpływać na mój wybór? Czy swoimi decyzjami mogą decydować o tym, co zrobię ze swoim życiem lub życiem, za które jestem odpowiedzialny? Jeśli alkoholik będzie chciał się napić -chociaż jest na odwyku- to zrobi wszystko, aby zaspokoić swoje pragnienie. Jeśli zabójca będzie opanowany żądzą mordu, to zrobi wszystko, aby polała się krew. Mimo tego iż wiedzą, jakie są tego konsekwencje. I tak samo jest z aborcją. Jeżeli matka wraz z ojcem, podkreślam wraz z ojcem uzna, że nie chce dziecka, które nosi pod swoim sercem i znajdzie lekarza, który bez skrupułów pozbawi to dziecko życia, to nikt nie może wpłynąć na ich wybór. Robią to bowiem zgodnie ze swoją wolą. Oni się na to godzą. I niezależnie, jakie kary prawo nakładałoby na takie osoby, one nie cofną się przed swoją decyzją. Tak jak przed gwałtem nie cofa się gwałciciel czy przed kradzieżą złodziej. Możemy mówić, że życie jest święte- bo jest. Możemy mówić, że życie jest darem- bo jest. Możemy mówić, że każdemu powinna zostać dana szansa, aby pojawił się na tym świcie, ale nie możemy równocześnie ingerować w czyjeś życie. Dać radę, upomnieć, porozmawiać, nakłonić, ale nie kazać komuś coś na siłę zrobić! Nie tędy droga. Bardzo lubię owoce morza. Znam jednak dziewczynę, która ich nie znosi. Nieważne ile razy bym ją namawiał, aby je zjadła, aby chociaż spróbowała, co traci- nie przekonam jej, aby ich skosztowała. Ma wolny wybór i z niego korzysta. Tak samo powinno być z aborcją. Prawo powinno życie chronić, ale w taki sposób, aby nie ograniczać wolności wyboru.

   No i druga z rewolucji. Ta, która dzieje się obecnie w Poznaniu, a która wzbudza wiele kontrowersji. Dotyczy ona mianowicie Parady Równości i związanej z nią akcji, polegającej na dekorowaniu poznańskich ulic tęczowymi flagami. Temat homoseksualizmu jest stary jak świat i od zawsze rodził i rodzi wiele sprzecznych emocji. Bo jednocześnie wiemy, że coś takiego jest, ale nie chcemy o tym słyszeć. Wiemy, że żyją obok nas tacy ludzie, ale równocześnie nie chcielibyśmy, aby nasz sąsiad czy sąsiadka zza płotu okazali się gejem czy lesbijką. Lubimy kogoś, cenimy go za to, kim jest lub co sobą reprezentuje, ale gdy dowiadujemy się, że dokonał coming-outu, nagle zmieniamy front. Czemu tak się dzieje? Pozwalamy, aby ulicami przechodziły procesje Bożego Ciała. Grupa ludzi powie- żaden problem- inna będzie odmiennego zdania i będzie chciała, aby wiarę manifestować tylko w domu czy kościele. Wolność? Wolność! Pozwalamy, aby ulicami przechodziły marsze niepodległościowe, rocznicowe. Cześć społeczeństwa powie- żaden problem- inna będzie przeciwna. Pozwalamy, aby budowano pomniki- Jezusowi, Janowi Pawłowi II, ofiarom katastrofy smoleńskiej. Część społeczeństwa jest za, inna wręcz przeciwnie. Ściernie się poglądów było, jest i będzie. Więc skoro Konstytucja gwarantuje wszystkim wolność, to niech ta wolność będzie respektowana. Jeśli chcą przejść ulicami Poznania jeden dzień w roku, niech przejdą. Co im szkodzi. Podejmujmy wspólnie takie decyzje, aby w różnorodności odkrywać jedność. Aby budować mosty, a nie je burzyć, aby mury upadały, a nie zostawałby budowane. Ktoś powie, że większość ma prawo głosu i mniejszość musi ustąpić. Zgoda, ale ta większość, kiedyś też była w mniejszości- przykład: obecny rząd. Szanujmy siebie, poprzez szanowanie swojej wolności.

   I z tym Was pozostawiam. Namąciłem Wam w głowie, ale cóż- czasami tak trzeba.

Nic nie dzieje się przypadkiem

   pobrany plikMiłosierdzie- to słowo, które w ostatnim tygodniu było na ustach wielu osób w Polsce i na świecie. Miłosierdzie- to słowo, które przez ostatnie kilkanaście dni było odmieniane przez wszystkie przypadki. Miłosierdzie- to w końcu słowo, które we wszystkich językach świata znaczy to samo- niepojętą miłość Boga. Dzięki Światowym Dniom Młodzieży, które odbywały się w Krakowie mogliśmy poznać jego sens, mogliśmy na nowo je odkryć i na nowo je zrozumieć. Chciałbym po wielomiesięcznej przerwie w pisaniu, za którą z całego serca przepraszam, podzielić się z Wami- Drodzy Czytelnicy moimi wrażeniami po tym cudownym festiwalu młodości, który odbywał się w ostatnich dniach na polskiej ziemi.

   Już myślałem, że nie będzie mi dane wybrać się na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa. Już myślałem, że będę mógł je przeżywać wyłącznie oglądając transmisję w telewizji czy Internecie. I wtedy okazało się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Ktoś powie, że przypadkiem spotkałem znajomych podczas diecezjalnych obchodów Światowych Dni Młodzieży na poznańskiej Cytadeli, którzy również chcieli tam jechać. Ja uważam, że nie ma przypadkowych sytuacji, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu ma swój głębszy sens i jest wpisane w pewien boży plan. Widocznie Pan Bóg chciał, abym był w Krakowie. Chciał, abym mógł doświadczyć tej cudownej atmosfery, tej różnorodności kulturowej, językowej, narodowościowej. Abym mógł zobaczyć z bliska, że mimo barier można tworzyć mosty, że mimo przeciwności można budować wspólnotę, że mimo grzechów można stać się świętym. Chciał, abym mógł wsłuchać się w słowa papieża Franciszka, który mówiąc prostym językiem, trafiał do serc uczestników Światowych Dni Młodzieży. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co usłyszałem podczas czuwania na Campusie Misericordiae oraz podczas Mszy Świętej Posłania. Te słowa na długo zapiszą się w mojej pamięci. Chciałbym żyć nimi na co dzień. Chciałbym nie być kanapowym chrześcijaninem, chciałbym nie bać się podejmować ryzyka, chciałbym pozostawić po sobie ślad. Chciałbym robić w życiu to, co będzie przynosiło szczęście drugiemu człowiekowi, co będzie sprawiało, że świat, w którym żyjemy będzie lepszy. Chciałbym nie odpowiadać złem na zło, nienawiścią na nienawiść, ale tak jak mówił papież- pokazywać, że większą siłę ma braterstwo, poświęcenie, podanie ręki drugiemu człowiekowi. Chciałbym uczyć się od starszych ich życiowej mądrości, chciałbym czerpać z ich przeogromnego skarbca doświadczenia. Chciałbym z miłością pochylać się nad słabszym, chorym, biednym, chciałbym być widocznym znakiem miłosierdzia. Wszystko to wydaje się piękne i wzniosłe. O wszystkim tym łatwo jest mówić teraz, w tej podniosłem atmosferze, kilka dni do Światowych Dniach Młodzieży. Trudniej to wykonać w szarej rzeczywistości. Jednak teraz, mając w pamięci, to co działo się w Krakowie będzie łatwiej. Nie możemy bowiem tego zmarnować, nie możemy tego zatracić. Ten czas był czasem siewu. Ziarno padło- myślę, że na ziemię żyzną. Musimy czekać na jego wzrost. Oby wydało dobre owoce.

   Dziękuję Bogu za łaskę bycia w centrum Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Dziękuję za Kasię, Adę i Łukasza, dzięki którym mogłem tam być. Dziękuję za papieża Franciszka, za jego gesty, słowa, za jego mądrość i wszystkie rady, które dał nam- młodym. Dziękuję za każdego pielgrzyma, za jego świadectwo. Dziękuję organizatorom i wolontariuszom- wszyscy stanęli na wysokości zadania i pokazali, że Polak potrafi. Światowe Dni Młodzieży 2016 były, są i będą wielkim sukcesem Krakowa i Polski. Były, są i będą zaczątkiem nowej wiosny Kościoła. Były, są i będą jednym z ważniejszych wydarzeń w moim życiu. Wydarzeń, które zmienią moje życie…

Szafa

SMALL_regal_na_przetwory   Ostatnimi czasy bardzo popularne stały się szafy.  I to chyba wszystkie ich rodzaje. Te dwudrzwiowe, wysokie, niskie, drewniane czy pancerne. A cały ten galimatias wywołany jest przez jedną szafę- szafę Kiszczaka, w której to podobno są dokumenty, świadczące, że III RP to fikcja. W której są dowody, mające sprawić, że historia Polski po 1989 roku zostanie napisana na nowo, że starzy bohaterowie i ich czyny zostaną zdeprecjonowani, a na piedestał zostaną wniesieni Ci, którzy w tamtych czasach siedzieli w domu i nawet palcem nie kiwnęli, aby coś zrobić. Szkoda, że my Polacy tak szybko zapominamy. Szkoda, że tak łatwo jest nam kogoś opluwać. Szkoda, że najlepszym towarem eksportowym, jaki mamy jest właśnie żółć. Żółć, która sączy się z każdego sfrustrowanego człowieka, który nie może pogodzić się z tym, że nic w życiu nie osiągnął. Ale postawmy tutaj kropkę, gdyż nie o tym chcę dzisiaj pisać.

   Mnie bardziej interesuje szafa, którą każdy z nas ma we własnym domu. Szafa, w której przechowujemy  marzenia, pragnienia, nasze sekrety. Bo chyba każdy z Was- Drodzy Czytelnicy ma takie rzeczy, o których nie chce nikomu powiedzieć. Ma słoiczki, w których wekuje swoje mniejsze lub większe problemy, mniejsze lub większe pragnienia czy marzenia. Te słoiczki skrzętnie wstawiane są na półki w szafie i cierpliwie czekają na lepsze czasy, aby je wyciągnąć. To tak samo jak z kiszonymi ogórkami. Idziemy po nie do piwnicy, tylko wówczas, gdy są potrzebne. Wcześniej stoją sobie cichutko na półce i się po prostu kiszą. Czekają na odpowiedni moment. I podobnie jest z naszymi marzeniami, planami. Są pochowane i czekają na dobre czasy.

   Gorzej z sekretami. Te zazwyczaj chcemy schować, gdzieś głęboko, najlepiej na najwyższą półkę, czy w takie miejsce, gdzie na pewno ich nie zauważymy. Robimy wszystko, aby być od nich jak najdalej. Ale czy to jest najlepsze wyjście? Czy dobrze się na tym wychodzi? Co dzieje się z wekami, o których ktoś zapomniał, które stoją w piwnicy już kilka lat? Psują się. Tak samo jest z naszymi sekretami. Psują nas samych od środka. Sprawiają, że nie możemy siebie do końca wyrazić. Ograniczają nas w jakiś sposób. Zamykają nas. Bardzo dobrze to zilustrowała J.K. Rowling- autorka przygód Harrego Pottera. W każdej jej książce pojawiała się postać, która miała jakiś sekret. Osoba, która przez cały czas wydawała się inna niż była w rzeczywistości. Ile w tych fikcyjnych postaciach jest odniesień do nas? Ilu jest w każdym z nas profesorów Quirellów, Lockhartów, Lupinów, Moodych, Umbridge czy Snapeów? Ilu w końcu jest w nas Dumbledorów? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami- Drodzy Czytelnicy. To Wy najlepiej siebie znacie. Znacie swoje sekrety.

   Pamiętajcie- nie wekujcie zbyt długo swoich problemów. Nie wekujcie zbyt długo swoich sekretów. Zaglądajcie często do szafy Waszego życia. Wyciągajcie z niej na bieżąco słoiki. Wietrzcie ją. Wtedy na pewno życie będzie łatwiejsze. Tak więc- Drodzy Czytelnicy- marsz do szafy :) .

Wczorajsze święto

z11034910Q,Walentynki   No na szczęście minął już 14 lutego. Mamy nowy dzień, nowy tydzień, a kolejne Walentynki są dopiero za rok. Uff. Festiwal serduszek, czekoladek, tulipanów i innych gadżetów skończył się. Wszystko to zostało schowane do kartonów i upchnięte w magazynie lub, jak to często w dużych sklepach bywa będzie jeszcze przez kilka tygodni zalegały na półkach, opatrzone etykietką PROMOCJA. Ale czy miłość można w taki sposób traktować? Czy wystarczy jeden dzień w roku, aby sobie o niej przypomnieć?

   Nie wiem, czy wiecie- Drodzy Czytelnicy, ale święty Walenty, którego wspomnienie wczoraj obchodziliśmy, jest patronem osób chorych psychicznie. Ale jakby się tak głębiej zastanowić, to przecież każdy, kto jest zakochany nie jest w pełni władz umysłowych. Podejmuje decyzje, nie zawsze oparte o racjonalne myślenie, decyzje, które wynikają z potrzeby serca, a może i z brzucha, gdzie przecież latają motyle. Biega w deszczu po kałużach ze swoim ukochanym lub ukochaną, wystaje pod oknem z gitarą w ręku i budzi sąsiadów swoim śpiewem, wstaje o 7 rano, aby iść po świeże bułki na  wspólne śniadanie. Robi coś, czego normalnie by nie zrobił. Ale tak to już jest z tą miłością. Wyzwala w nas pokłady drzemiącej gdzieś głęboko kreatywności, empatii, sprawia, że rezygnujemy ze swojego egoizmu, że chowamy swoje wydumane ego do kieszeni, bo przecież teraz to nie my jesteśmy najważniejsi. Teraz jest ktoś, dla kogo warto się starać, dla kogo warto zmieniać swoje upodobania i przyzwyczajenia, dla kogo warto, po prostu zrobić coś szalonego.

   Dlatego też życzę wszystkim zakochanym oraz wszystkim tym, którzy dopiero czekają na ukłucie strzały Amora, abyście nie zapominali, że miłość należy okazywać każdego dnia a nie tylko od święta. Chłopacy- nie zapominajcie, że kwiaciarnie są otwarte codziennie. Wystarczy tylko do nich wejść. Miłość pielęgnowana na co dzień jest ciekawsza, milsza i przyjemniejsza, a co najważniejsze nie jest nudna. Tak więc- KOCHAJMY SIĘ :).

Szlifowanie diamentu

   imagesJuż starożytni odkryli, że sport jest czymś, co sprawia, że życie człowieka nabiera sensu, co daje siły witalne, przedłuża nasz pobyt na tym ziemskim padole, ale również kształtuje charakter. Bo przecież każda dyscyplina sportowa opiera się na rywalizacji, która jest czynnikiem sprawiającym, że dążymy do bycia jeszcze lepszymi, doskonalszymi, że chcemy aby to nas oklaskiwano, nam zakładano laury na głowę. Uczy on nas także pokory, bo przecież każdy sukces jest wcześniej okraszony wieloma niepowodzeniami, upadkami, licznymi pytaniami- czy to ma sens? Jednak, aby to wszystko było możliwe musi w każdym człowieku, zwłaszcza młodym, narodzić się, a później zostać odkryta pewna predyspozycja do uprawiania danej dyscypliny sportu. I właśnie nad tematem odkrywania chciałbym się dzisiaj pochylić.

  Jestem przekonany, że każdy z Was, Drodzy Czytelnicy pamięta swoje zajęcia z wychowania fizycznego, prowadzone na każdym szczeblu edukacji. Były one mniej lub bardziej ciekawe, mniej lub bardziej urozmaicone, prowadzone z mniejszym bądź większym zapałem. Były one także przez Was, mniej lub bardziej lubiane. Wiem z własnego doświadczenia, że nasze spojrzenie na dany przedmiot szkolny w głównej mierze było uwarunkowane podejściem nauczyciela do wykładanych treści. Jeśli historyczka potrafiła zachęcić uczniów do słuchania, jakie to były ciekawe wojny napoleońskie, to i oni odpłacali jej się później dobrymi ocenami na sprawdzianie. A zamiłowanie do sportu rodzi się głównie, w mojej ocenie i mam nadzieję, że także i w ocenie wielu spośród Was, z tego, jakie podejście ma do prowadzonych zajęć wuefista. Jeśli prowadzone przez niego zajęcia polegają wyłącznie na rzuceniu piłki do gry w nogę i spędzeniu reszty lekcji na siedzeniu na ławce i patrzeniu na to, jak młodzi chłopcy w dziki sposób w nią grają, nie zwracając w ogóle uwagi na tych, których piłka nożna w ogóle nie interesuje- takie zajęcia nie mają najmniejszego sensu. Powiem szczerze, że mój brak zamiłowania do lekcji wychowania fizycznego wynikał właśnie z takiego podejścia nauczyciela, który z góry zakładał, że skoro piłka nożna jest naczelnym sportem Polaków, skoro gra się w nią wszędzie, to przecież będzie idealną rozrywką na 45 minut, które stanowią odskocznię pomiędzy trzema zajęciami z języka polskiego, a matematyką i przyrodą. A przecież nie każdy młody chłopak musi fascynować się Messim, Błaszczykowskim czy Lewandowskim, nie musi znać wyników ostatnich meczów Ligii Mistrzów, czy autorów najlepszych bramek na ostatnim Mundialu. Przecież nie każdy urodził się piłkarzem. Może w chłopcu, który jest wybierany na samym końcu podczas podziału drużyn na zajęciach, drzemie talent do gry w siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczną. Może w tym chłopcu, któremu nikt nie chce podać piłki, jest talent do biegów przełajowych, rzutu piłeczką palantową czy skoku wzwyż. Może ten chłopiec, który jest przez kolegów marginalizowany podczas gry w piłkę, mógłby w przyszłości zostać wyśmienitym pływakiem, lekkoatletą czy tenisistą.Aby z diamentu uzyskać piękny brylant, trzeba go najpierw oszlifować. Tak samo jest z odkryciem talentu. Trzeba spróbować wielu rzeczy w życiu, aby w końcu odkryć to, co mi najlepiej wychodzi, co chciałbym robić dalej, co sprawia mi przyjemność. A gdzie najłatwiej odszukać taką ,,szlifiernię”? Nie trzeba wybiegać daleko. Uważam, że jest nią szkoła i ludzie w niej pracujący. A odnosząc się do tematu artykułu- są nią wuefiści. To oni poprzez swoje zaangażowanie, poprzez głębsze spojrzenie na młodego człowieka, mogą odkryć wiele talentów. Mogą poprzez swoją postawę rozbudzić w młodzieży- coraz to bardziej otyłej, zasapanej, przytłoczonej siedzeniem przed komputerem i telewizorem- zainteresowanie szeroko rozumianym sportem. Mogą sprawić, że rodzice nie będą musieli załatwiać swoim dzieciom zwolnień lekarskich, tylko dlatego, że na każdych zajęciach gra się w piłkę nożną. Może dzięki temu za kilka lat będziemy cieszyć się sukcesami naszych rodaków na konkursach, mistrzostwach czy igrzyskach olimpijskich.

  Wszystko, co wcześniej napisałem wynika z mojego własnego doświadczenia szkolnego. Zarówno tego w szkole podstawowej, gimnazjum, jak i w szkole średniej. Na każdym z tych szczebli edukacji pojawiał się taki sam schemat. Rozgrzewka, rzucenie piłki i hulaj dusza, piekła nie ma. Czasami tylko jakieś biegi, czy ten czy inny skok, co by mieć jakieś oceny w dzienniku. A tak poza tym, cały czas piłka nożna i piłka nożna i piłka nożna. Może chodziłem do wyjątkowych szkół. Nie wiem. Pytanie czy i u Was, Drodzy Czytelnicy też tak to wyglądało? Dlatego też bardzo spodobała mi się forma zajęć z wychowania fizycznego, jaka została zaproponowana na studiach. Mogłem wówczas wybrać, to co chciałem, to co sprawiałoby mi przyjemność, co nie byłoby przykrym obowiązkiem, ale szczęśliwą koniecznością. Z racji, że lubię pływać- wybrałem basen. I nie żałuję tej decyzji.

   Dlatego też i Was zachęcam, Drodzy Czytelnicy- niezależnie kim jesteście- uczniami, rodzicami, czy nauczycielami- zabiegajcie o to, aby zajęcia w-fu były urozmaicone, aby były przekrojem wszystkich możliwych dyscyplin sportowych, aby dawały każdemu- nawet najsłabszemu- możliwość wykazania się. Jeśli tak będzie, wówczas każdy młody człowiek, będzie mógł z ręką na sercu powiedzieć, że w zdrowym ciele jest zdrowy duch. A jak duch jest zdrowy, to wszystko jest THE BEST.

Rzeczy ważne i ważniejsze

   pobrany plikPolskie kino nie należy do ścisłej czołówki kinematografii światowej. Nie mamy zbyt wielu filmów, które osiągnęły wielki sukces, o których mówiłoby się przez wiele lat. No może Wajda, Holland i kilku innych reżyserów stworzyło coś, co trafiło do szerszego kręgu odbiorców, o czym przez kilka miesięcy dyskutowano. No i oczywiście należy tu wspomnieć Pawła Pawlikowskiego i jego ,,Idę”, która w zeszłym roku zdobyła pierwszego w historii polskiego filmu Oscara. Ale nie o filmach chcę pisać. Chociaż to one zainspirowały mnie do tych przemyśleń. Konkretnie były to dwie obejrzane przeze mnie produkcje polskie: ,,Moje córki krowy” oraz ,,Słaba płeć”.

   Oba dotykały ważnego problemu- problemu utraconych wartości.  Żyjąc szybko, ciągle za czymś goniąc nie uświadamiamy sobie, jak wiele rzeczy ucieka nam przez palce. Jak wiele rzeczy traktujemy błaho, tak zwyczajnie. Wiemy, że są, że istnieją, ale ich nie doceniamy. Przypominamy sobie o nich dopiero, gdy je stracimy. Tak jest właśnie ze zdrowiem, pracą, przyjaciółmi, rodziną czy po prostu szczęściem. Ale może właśnie taki chichot losu jest nam potrzebny, abyśmy otrząsnęli się z tego błogiego stanu, w którym żyjemy, abyśmy zatrzymali się na chwilę i pomyśleli, co tak naprawdę w życiu się liczy. Pieniądze są niezbędnym elementem naszej egzystencji- ale nie najważniejszym. Kariera i wysokie stanowiska są w pewnym sensie jakimś motorem napędzającym nasze jestestwo, ale nie są aż tak ważne. Bo tak jak je szybko zdobyliśmy, tak też szybko możemy je stracić. Nasz wysiłek i pot wylany na siłowni, aby wyrzeźbić piękne ciało może w jednej chwili pójść w zapomnienie, gdy dowiemy się, że jesteśmy śmiertelnie chorzy. Gdy zostaniemy zaskoczeni przez przypadłość, która przykuje nas do łóżka i sprawi, że będziemy zdani na pomoc innych.  Wtedy dopiero uświadamiamy sobie, jak wiele straciliśmy, jak wiele nas ominęło, jak wiele czasu zmarnowaliśmy, jak wiele osób zraniliśmy. Ale może właśnie takie wydarzenia są nam potrzebne? Może kłody leżące pod nogami czy grom z jasnego nieba są tymi czynnikami, które mają nam w końcu uświadomić, co jest w życiu tak naprawdę ważne. Bohaterki obu filmów musiały coś stracić, aby zrozumieć. Jednej los zabrał zdrowie matki. Sprawił, że musiała przemeblować swoje życie, aby móc odwiedzać chorą w szpitalu. Druga natomiast straciła pracę w dobrej korporacji. Oszukana i wykorzystana przez przyjaciółkę musiała od nowa ułożyć sobie życie, w rzeczywistości, która była dla niej odległa. Jednak obie uświadomiły sobie, że nie warto się przez całe życie oszukiwać, że nie warto wierzyć, że zawsze będzie łatwo i przyjemnie, że w życiu tez zdarzają cię deszczowe dni. Szkoda tylko, że musiało to odbyć się takim kosztem.

   Obyśmy nigdy nie musieli- Drodzy Czytelnicy być tak zaskakiwani przez los. Abyśmy zawsze pamiętali, że w życiu są sprawy ważne i ważniejsze. I abyśmy zawsze wybierali te ważniejsze. Czego Wam i sobie życzę :) .

Rozważania o potędze czasu

   pobrany plikCzas. Każdy z nas wie, jak potężne to zjawisko. Nikt ani nic nie jest w stanie go zatrzymać. Nie można go także cofnąć. Nie zdoła się go także wyprzedzić. On był, on jest i on będzie. Kruszy skały, sprawia, że papier staje się żółty oraz, że włosy na głowie przybierają siwy kolor. Ale jakby tak się głębiej zastanowić, to chyba jest sposób, aby go oszukać, aby sprawić, że na chwilę zwolni, a może i nawet stanie w miejscu. Tym wytrychem są wspomnienia i marzenia. Wspomnienia zawarte na zdjęciach, pocztówkach, w zeszytach, czy te pozostające w naszych głowach. Dzięki nim możemy powracać do tego, co było, wtedy gdy tylko mamy na to ochotę.  A marzenia są ze swej natury swoistym  przyspieszaczem czasu. Dzięki nim możemy zerkać przez szparę drzwi z napisem PRZYSZŁOŚĆ. Tak więc chciałbym abyśmy dzisiaj- w ostatni dzień 2015 roku trochę wspólnie powspominali i pomarzyli. A więc do dzieła :) .

   Rok rozpocząłem z impetem, bawiąc się na jednym z lepszych Sylwestrów mojego życia. Wspólnie ze znajomymi witałem bowiem Nowy Rok nad polskim morzem- w turystyka-francja-paryz-05Łazach. A jak mówią, jaki Nowy Rok, taki cały rok. Przysłowie w moim przypadku sprawdziło się w 100%. Kolejne tygodnie i miesiące przyniosły bowiem ciekawe wydarzenia. Wspomnieć tu należy słynny Eurotrip, który został zapoczątkowany wyjazdem do stolicy Francji. Paryż zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zabytki, ludzie, atmosfera, jedzenie, to wszystko rozbudziło nieodpartą chęć, aby tam powrócić, aby jeszcze raz przeżyć wspaniałą przygodę w mieście Burbonów, Rewolucji i wieży Eiffla. Podobne uczucia rozpaliła we mnie Praga oraz Bruksela, które miałem okazję odwiedzić w kolejnych tygodniach. Bardzo często powracam wspomnieniami do tamtych dni, do przeżytych wraz z przyjaciółmi chwil, do wspólnych przygód, zabawnych sytuacji, zdjęć i filmów, których z tamtych chwil mamy całe mnóstwo. Każdy z tych wyjazdów wniósł w moje życie wiele cennych doświadczeń, otworzył nowe horyzonty, pokazał, że nasze życie to przede wszystkim ciągłe poznawanie i odkrywanie otaczającego nas świata.

   W tym też roku zakończyłem także najlepszy okres mojego życia. Skończyłem studia i szczęśliwie obroniłem tytuł magistra ekonomii. Łezka mi się w oku kręci, gdy pomyślę sobie, że ten czas już nigdy nie wróci, że już nigdy nie będę studentem, ze wszystkimi tego udogodnieniami, które objawiały się zniżkami oraz pełnymi jedzenia słoikami :) . Coś się skończyło, ale co innego się zaczęło. Nie skończyłem bowiem swojej przygody z Uniwersytetem Przyrodniczym. Zmieniła się jedynie rola, w której występuję. Teraz jestem szczęśliwym jego pracownikiem, który z uśmiechem na ustach przekazuje zdobytą wiedzę nowym zastępom studentów. Oby tak było aż do emerytury :) .

   W tym także roku przeżyłem wiele wspaniałych chwil z moimi koleżankami i kolegami. Wspólnie  śmialiśmy się, wspólnie przeżywaliśmy ważne dla nas wszystkich chwile, wspólnie podróżowaliśmy, zwiedzaliśmy, graliśmy, śpiewaliśmy, pielgrzymowaliśmy. Robiliśmy to razem, bo tylko tak jest najpiękniej- we wspólnocie. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna, dziękuję za to, że byliście i proszę Was- wybaczcie mi to, co było z mojej strony złe, to czym Was zraniłem lub obraziłem. Wejdźmy w Nowy Rok z czystym kontem, wejdźmy z nadzieją, że będzie on równie udany, jak ten, który kończy się.

  pobrany plikAle oprócz chwil radosnych, szczęśliwych i przyjemnych były także i te przepełnione goryczą. Zdarzały się mniejsze lub większe upadki, złe wybory. Czasami płynęły łzy, był krzyk i nerwy. Ale przecież życie to nie bajka, świat nie jest różowy. Jest czasami także szary. Naszym zadaniem jest go kolorować. Z upadku szybko się podnosić i robić wszystko, aby powtórnie się nie potykać o tę samą przeszkodę. Tego sobie i Wam- Drodzy Czytelnicy życzę :) .

   I na koniec należałoby trochę pomarzyć. Należałoby zaplanować nadchodzący rok. Tak zrobiłem w zeszłym roku. Część z tego, co wówczas planowałem, udało mi się zrealizować. Odsyłam do artykułu pod tytułem ,,Czas podsumowań”. Można sprawdzić, co się udało wykonać, a co w nadchodzącym Nowym Roku powinno zostać ponownie podjęte.  W tym roku przed planowaniem powstrzymam się. Dam się wykazać temu potężnemu zjawisku, jakim jest czas. Zobaczymy, co przyniosą kolejne godziny, dni, miesiące. Mam oczywiście kilka marzeń, większych i mniejszych planów, które chciałbym zrealizować w najbliższym czasie, ale nie będę nic mówić, aby nie zapeszać. Czuję jednak w kościach, że będzie to rok wyjątkowy. Rok przełomowy. Oby tak rzeczywiście było :) .

   A dla Was- Drodzy Czytelnicy- niech ten nadchodzący Nowy Rok nie będzie gorszy od poprzedniego. Życzę Wam, abyście nie marnowali żadnej chwili, abyście czerpali z każdego dnia pełnymi garściami, abyście pamiętali, że czasu nie da się cofnąć, nie da się go przyspieszyć. Można go jedynie zatrzymać- zatrzymać we wspomnieniach. Wspaniałych wspomnień zatem Wam życzę :) .

 Wielką Miłość w żłobie położono, na sianie,

gdyż w gospodzie miejsca dla Niej nie stanie.

Położono obok krów, osłów i koni,

wśród ryku, krzyku i nieprzyjemnej woni.

Dziecko złożono w miejscu, gdzie zwierzęta mają dom,

choć Ono u Ojca miało ciepło, berło i tron.

Zamiast kołderki miało chustkę matczyną.

Tak to już było z tą Bożą Dzieciną…

Niech te święta będą przepełnione miłością płynącą z betlejemskiego żłóbka.

Niech każdy doświadczy radości ze spotkania Jezusa
obecnego w drugim człowieku.

Niech każdy odnajdzie spokój, radość, ciszę.

Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia

1_swieto-swietej-rodziny-jezusa-jozefa-i-maryi-29122013

Sieroty

o-jan-gora-op-fot-lednica2000   Bóg zaskakuje nas każdego dnia. Kto by się spodziewał, że w ostatnim tygodniu Adwentu, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, zrobi nam taką niespodziankę. A jednak. Śmierć ojca Jana Góry była dla nasz wszystkich szokiem. Sprawiła, że każdy z nas zatrzymał się na chwilę, oderwał od lepienia pierogów, pieczenia pierników czy robienia zakupów i przystanął, aby zapytać: dlaczego?

   Pytanie jak najbardziej zrozumiałe, bo przecież stało się to tak nagle. Twórca spotkań młodzieży nad jeziorem Lednickim, odszedł w najmniej przez wszystkich oczekiwanym momencie. Odszedł przez jubileuszowym- XX już spotkaniem młodzieży na Lednicy, przed celebracją 1050 chrztu Polski oraz przed wydawałoby się najważniejszym- Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. Odszedł tak jak żył- w pośpiechu. Odszedł podczas sprawowania Mszy Świętej- najlepszego z najlepszych spotkania z Jezusem. Pozostawił wielką pustkę, której nie uda się łatwo zapełnić.

   Boże plany są dla nas niezrozumiałe. Nasz Stwórca jednak ma wobec całego świata i każdego z nas konkretny plan. Przez takie właśnie wydarzenia- chociaż z ludzkiego punktu widzenia mogłoby ono się wydawać dramatyczne- chce nam coś powiedzieć. Chce nas zmusić do refleksji. Zadumy nad własnym życiem, nad sposobem jego przeżywania. Ojciec Jan był i będzie przykładem tego, że nigdy nie należy się poddawać, że nigdy nie należy oddawać się marazmowi, że każdego dnia trzeba stawać do walki ze samym sobą, z własnymi wadami i grzechami. Był przykładem, że przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie można wszystko, bo przecież to On nas umacnia, to On jest Panem naszego życia. Doskonale to wiedział. Starał się tego uczyć młodzież. Starał się wychowywać ich w duchu nauczania świętego Jana Pawła II. A młodzież- mimo iż zagubiona- zawsze odpowiadała na jego wezwanie. Stawiała się nad jeziorem Lednickim, aby o zmierzchu, w pierwszą sobotę czerwca, wybierać Chrystusa. Będzie tak robiła nadal. Bo przecież ojciec Jan nie odszedł tak na 100%. Pozostała po nim wielka spuścizna, która na pewno będzie zagospodarowana. Ziarno nie wyda plonu, nim wcześniej nie obumrze. Ofiara z życia nigdy nie idzie na daremne. Ojciec Jan jeszcze bardziej złączy się z Lednicą. Stanie się jej stróżem, gdyż zgodnie z ostatnią wolą, jego grób ma znaleźć się właśnie tam, gdzie przez 20 ostatnich lat gromadził tysiące młodych ludzi- na Lednicy.

   Mam świadomość tego, że przyszłoroczne spotkanie młodzieży pod bramą Rybą będzie inne. Nie będziemy słyszeć ojca Jana, który mówi: kocham Was, który mówi, że przez śpiew i taniec również można chwalić Boga. Czasami jednak milczenie jest lepsze od tysięcy słów. Zaduma nad jego życiem, nad tym, co robił i kim był, sprawi, że jeszcze lepiej go poznamy, że poprzez jego przykład mocniej zakochamy się w Panu Bogu. A o to przecież w naszym życiu chodzi- aby każdego dnia na nowo i coraz bardziej zakochiwać się w Bogu.